– W tych branżach o wysokości zarobków decydują nie tylko wyniki ekonomiczne przedsiębiorstw, lecz także silne związki zawodowe, które wymuszają wzrost płac – ocenia Karolina Sędzimir, ekonomistka banku PKO BP.

Najniższy poziom wynagrodzeń jest od lat w przemysłach: odzieżowym, tekstylnym i skórzanym. Przeciętne płace brutto pracowników tam zatrudnionych wynosiły od stycznia do lipca od niespełna 2 tys. zł do 2,5 tys. zł. To też nie jest przypadkowe. Branże te zmagają się między innymi z morderczą konkurencją tanich towarów z Chin i innych krajów azjatyckich. Ich kondycja jest w związku z tym często słaba, co przekłada się na niski poziom zarobków. Wciąż daleko im nawet do średniej krajowej.

Według danych GUS w pierwszych siedmiu miesiącach br. przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad 9 osób wyniosło 3679 zł i było o 4 proc. wyższe niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Ale nawet ci, którzy zarabiają lepiej, mają powody do narzekań. Jeśli bowiem uwzględni się inflację, to średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zwiększyło się realnie o zaledwie 0,1 proc., podczas gdy przed rokiem wzrosło o 1,1 proc. Eksperci nie mają wątpliwości, że również w następnych miesiącach nie będzie lepiej

W rezultacie w całym roku realny wzrost zarobków w przedsiębiorstwach może być zbliżony do zera. Taki scenariusz przewidują między innymi Ernest Pytlarczyk, główny ekonomista BRE Banku, oraz Jakub Borowski, główny ekonomista Kredyt Banku. Jeśli spełnią się te prognozy, wtedy ten rok będzie najgorszy od dwudziestu lat. Nawet w wielu poprzednich latach, gdy mieliśmy dużo wyższą inflację niż obecnie i większe bezrobocie, zarobki rosły szybciej. Na przykład w 1993 r. siła nabywcza płac zwiększyła się o 1,4 proc. mimo inflacji przekraczającej 35 proc. i bezrobocia wynoszącego 16,4 proc.

Tegoroczny niski wzrost wynagrodzeń nie jest przypadkowy. Z powodu kryzysu na Zachodzie i spowolnienia w Polsce przedsiębiorcy obawiają się o zamówienia w kolejnych miesiącach.