Rynek nielegalnych usług opiekuńczych za naszą zachodnią granicą rozwija się błyskawicznie. I trudno to zmienić, bo jest to wygodne również dla Niemców.
Reklama
Pod koniec listopada niemiecka Policja Federalna i celnicy odtrąbili „bezprecedensowy” sukces. Służbom udało się rozbić siatkę werbującą do nielegalnej pracy opiekunów osób starszych. Na celowniku znalazło się trzech obywateli Polski i 71 współpracujących z nimi niemieckich firm: razem organizowali nielegalną pracę Ukrainek na terenie Niemiec. Kobiety były fikcyjnie zatrudniane w Polsce, a następnie kierowane za Odrę. Czyżby zatem niemieckie władze poważnie zabrały się za zwalczanie powszechnej praktyki zatrudniania opiekunek na czarno? Nasi rozmówcy – po obu stronach granicy – szacują, że nielegalne usługi stanowią 90 proc. całego rynku. Dlatego nie pozostawiają najmniejszych wątpliwości: tego rodzaju akcje policji nie mają większego znaczenia dla szarej strefy.
Wartość tego rynku to ok. 49 mld euro rocznie. Z szacunków wynika, że jego fundamentem jest przeszło 450 tys. opiekunek pracujących w systemie rotacyjnym. Jak podaje Fundacja Friedricha Eberta (FES – związana z partią SPD), ponad połowa tych kobiet pochodzi z Polski. Około 11 proc. ze Słowacji, 10 proc. – z Rumunii, 2 proc. – Ukrainy, a 0,3 proc. – Mołdawii.
Jedną spośród tych 450 tys. jest Joanna T. (nazwisko do wiadomości redakcji). Przez lata była w Polsce pielęgniarką. Potem prowadzili z mężem sklep spożywczy, z którego dało radę się utrzymać, póki syn nie postanowił przeprowadzić się do dużego miasta. A ponieważ dziecku trzeba pomagać, kobieta zaczęła szukać dodatkowego zajęcia. Pomysł podsunęła koleżanka. Dała pierwszy namiar na rodzinę w Niemczech. – Przeważył argument, że w prostej linii dzieli nas niecałe 200 km – opowiada. Przyznaje, że przez myśl jej nie przeszło, by skorzystać z legalnej drogi zatrudnienia. Chodziło o szybki zarobek. Przez trzy miesiące zajmowała się panią, która była mało kłopotliwa. – Robiłam zakupy, gotowałam, pilnowałam leków. Dostawałam 1,5 tys. euro miesięcznie. Jakbym pana Boga za pięty złapała – relacjonuje. Jednak u Niemki stwierdzono raka, choroba szybko postępowała, kobieta zmarła.
Wróciła do Polski, rozpuściła wici, że szuka pracy. I znów ta sama znajoma (jak się z czasem okazało, dostawała procent od każdej „zwerbowanej” Polki) dała jej kolejny kontakt. – Panu, którym się opiekowałam, coś się jednak pomyliło. Uznał, że ma służącą, której może rozkazywać, a czasem i po pupie poklepać. Któregoś dnia nagrałam taką sytuację i pokazałam jego córce – wspomina.
Ta, najwyraźniej chcąc uniknąć skandalu, zapłaciła za miesiąc z góry i dała namiar do znajomych, którzy też potrzebowali opieki nad starszym ojcem. Joanna najpierw nie chciała się zgodzić, ale syn wziął właśnie kredyt na mieszkanie. – Pojechałam z duszą na ramieniu. Niepotrzebnie. U tego człowieka przepracowałam ostatnie dwa lata – relacjonuje.
Dziś znów jest w Polsce. I zastanawia się nad kolejnym wyjazdem. Ale to nie Polki były celem ostatniej akcji policji.
– W ostatnim działaniu niemieckiej policji chodziło o obywatelki Ukrainy. Niemcy nie tolerują nielegalnego zatrudnienia spoza UE, a nie robią nic z nielegalnym zatrudnieniem w ramach UE. W ten sposób chronią rynek przed niekontrolowanym napływem cudzoziemców, zostawiając sobie szarą strefę pod częściową kontrolą. Taki paradoks – mówi nam dr Marek Benio, wiceprezes Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy. – Jest kolosalna różnica między opiekunkami domowymi z Polski i Ukrainy. Przede wszystkim, jeśli chodzi o oczekiwania finansowe. Stawki dla Ukrainek są znacznie niższe od tych oczekiwanych przez nasze rodaczki, nawet w szarej strefie. Ponadto Ukrainki nie przywykły do egzekwowania swoich praw i cenią każdą pracę, więc pracują ciężej i z większym zaangażowaniem niż Polki – tłumaczy.
Według statystyk Federalnego Ministerstwa Zdrowia (BMB) państwowe świadczenie na rzecz opieki nad osobą starszą lub niepełnosprawną pobiera w Niemczech 3,6 mln osób. Zaledwie 780 tys. z tej liczby znajduje się pod opieką stacjonarną. To pokazuje skalę zapotrzebowania.
– Mitem jest, że Niemcy masowo oddają rodziców „na umieranie” do domu starców. Większość decyduje się na opiekę ambulatoryjną – mówi w rozmowie z DGP Richard Ennen, od 14 lat pracujący jako opiekun w jednej z bremeńskich firm, która realizuje kontrakt podpisany z tamtejszym urzędem ds. socjalnych. – Zasiłek opiekuńczy jest jednak w Niemczech względnie niski – od 300 do 900 euro. Dlatego osobom nawet z niższej klasy średniej nie opłaca się porzucanie pracy na rzecz opieki nad członkiem rodziny. Wolą, a właściwie są zmuszone, zatrudnić kogoś na czarno – ocenia.
Tłumaczy to, dlaczego sami Niemcy są zainteresowani utrzymaniem szarej strefy oraz dlaczego pracują w niej głównie obcokrajowcy. Z danych niemieckiego Federalnego Urzędu Statystycznego (Destatis) wynika, że w 52 proc. (z ok. 3,5 mln) przypadków, kiedy członek rodziny potrzebuje stałej opieki, jego bliscy sięgają po rozwiązanie „nieformalne”.
Zdaniem Stefana Schwarza, prezesa Europejskiego Instytutu Mobilności Pracy, trwałość szarej strefy wynika też z uwarunkowań kulturowych. – Dekady przed wejściem do UE Polacy masowo wyjeżdżali do Niemiec dorabiać na lewo. Z upływem czasu zdobywaliśmy kompetencje i stawaliśmy się coraz bardziej zamożni. Polki rzadziej najmują się jako sprzątaczki, za to częściej jako wykwalifikowane opiekunki domowe. Jednak zwyczaj poszukiwania pracy przez nielegalnych werbowników nadal ma się dobrze. Mimo możliwości legalnej pracy u polskich pracodawców oferujących swoje usługi na terenie Niemiec wiele osób nadal świadomie wybiera pracę na czarno. Uważają, że w ten sposób zarobią więcej, bo nie muszą płacić podatków i składek na ZUS. Nie przeszkadza im duże ryzyko. Akceptują je szczególnie chętnie, gdy w Polsce mają długi lub pobierają świadczenia, które straciliby, gdyby wykazali przychody – wylicza, zastrzegając, że element kulturowy istnieje też po stronie niemieckiej. - Przyzwyczailiśmy naszych sąsiadów, że wykonujemy dla nich usługę, na którą oni nie mają ochoty, za niższe pieniądze. Dziś niemiecki system opieki długoterminowej stał się całkowicie uzależniony od szarej strefy. Gdyby uwzględnić oczekiwania związków zawodowych i zapewniać całodobową opiekę wyłącznie w oparciu o osoby zatrudnione na umowę o pracę zgodnie z niemieckimi przepisami, taka usługa wymagałaby oddelegowania trzech opiekunów i kosztowałaby miesięcznie ok. 13 tys. euro. Na taką kwotę nikogo w Niemczech nie stać.
Polscy przedsiębiorcy potwierdzają, że rynek długoterminowych usług opiekuńczych w Niemczech przypomina dziki Zachód. Nie ma bowiem regulacji na wzór innych usług opieki zdrowotnej. – To jest dla uczciwej części branży zabójcze – mówi nam Ada Zaorska, która od 1993 r. prowadzi firmę świadczącą usługi opiekuńcze, a od 2012 r. deleguje też pracownice do Niemiec. Wylicza, że rodzina, zatrudniając legalnie opiekunkę, musi wydać 2,4 i 3,5 tys. euro miesięcznie. Zależnie od kwalifikacji pracownicy, znajomości języka, natężenia pracy. W szarej strefie stawki są nawet o połowę niższe. – Zdarzyło się, że miałam nagraną pracę dla kobiety, która jednak kilka dni przed wyjazdem poinformowała mnie, że dostała lepszą ofertę z innej „firmy”. Nie wszyscy myślą kategoriami przyszłej emerytury. Wygrywa myślenie, że większa kasa potrzebna jest natychmiast – mówi Zaorska.
Dziś ma ok. 100 podopiecznych na terenie Niemiec. I ok. 400 pracownic. Do każdej starszej osoby przypisane są przynajmniej dwie opiekunki. Kobiety zmieniają się często. Rzadko która wytrzymuje rok. To specyfika pracy w obcym miejscu, z osobami starszymi, które miewają trudne charaktery i roszczeniowe postawy. – Bywa, że już po dwóch tygodniach odbieram alarmowe telefony od swoich pracownic. Mówią, że nie wytrzymują. Wtedy, jako firma, wysyłam na ich miejsce kolejną osobę – opowiada Zaorska.
Zaorska jest przekonana, że europejska dyrektywa o delegowaniu pracowników, która obowiązuje od 30 lipca tego roku, doprowadzi do dalszego rozrostu szarej strefy. – Zgodnie z nią podopieczni powinni po półtora roku od zawarcia umowy umrzeć albo zmienić firmę zapewniającą usługi opiekuńcze – ironizuje. – Jeśli jednak chcieliby dalej korzystać z usług tej samej osoby, powinni płacić jej ok. 5–6 tys. euro miesięcznie. Bo po tym czasie opiekunka podlegałaby już niemieckiemu prawu pracy. A to oznacza konieczność podpisania z nią umowy ze wszelkimi konsekwencjami, jak np. płatny urlop, nocne godziny.
90 proc. rynku opieki stanowią usługi świadczone nielegalnie