Dziś w Polsce nikt poza PiS nie proponuje kontrmodelu dla liberalizmu, który znalazł się w kryzysie – mówi DGP dr Łukasz Moll
Po wyborach teza, że Polska pękła, robi karierę. Jednak chyba ta rozpadlina nie przebiega w prosty sposób – pomiędzy światowym zachodem a ciemnym wschodem, jak twierdzą niektórzy?
Z pobieżnego przeglądu mapy wyborczej tak by się właśnie mogło wydawać, że wschód kraju należy do PiS-u, a zachód do Platformy. Jednak jeśli spojrzeć głębiej, na powiaty i gminy, to ten podział nie jest już tak wyraźny. Te narracje mówiące o tym, że przebiega on na granicy zaborów czy jest schedą po PRL-u, uważam za błędne. To publicystyczne klisze, które nie oddają istoty rzeczy. Mniejszych pęknięć jest wiele i żadne nie wyjaśni nam wszystkiego. Ale w moim przekonaniu najistotniejsze jest to, które widać na powyborczych mapach, gdy wniknie się wewnątrz województw. Zachodzi tu napięcie między dużymi miastami a Polską prowincjonalną. Gdy na ten obrazek nałożymy jeszcze rozkład poparcia dla kandydatów ze względu na zawód czy wykształcenie, to skonkludowałbym, że mamy tu do czynienia z sytuacją polityczną typową dla państw peryferyjnego kapitalizmu.
Reklama
Jaka to sytuacja?
Poczynając od 1989 r., od transformacji, coraz mocniej rywalizują ze sobą dwa poważne projekty polskiej państwowości. I właśnie ta rywalizacja coraz silniej polaryzuje społeczeństwo. Jest ona typowa dla państw peryferyjnych, które szukają modelu swojej państwowej formy, modelu wspólnoty. Podobnie rzeczy się miały w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej czy Europy Środkowowschodniej. Mówiąc o państwach peryferyjnych, mam na myśli takie, które nie odgrywają pierwszoplanowej roli w geografii globalnego kapitalizmu. Zazwyczaj ich rola sprowadza się do bycia podwykonawcą, dostarczycielem surowców czy taniej siły roboczej, często migrującej. I kraje te, z istoty swej rzeczy, silniej przeżywają bóle porodowe w procesie poszukiwania swojej formy.

Reklama
Nic lepiej nie łączy grupy społecznej niż wspólny wróg.
Ma pani rację, opisując w naszej rozmowie bóle porodowe narodzin państwowości państw peryferyjnych, skupiłem się na nich. To nie jest tak, że doganiamy Zachód i typową dla niego stabilną, ułożoną demokrację. To raczej państwa takie jak Wielka Brytania, Francja czy Stany Zjednoczone doszlusowały do wschodnioeuropejskiej normy. Spójrzmy na brexit, na Amerykę Donalda Trumpa, na ruch żółtych kamizelek nad Sekwaną. Wszędzie tam występuje pęknięcie pomiędzy grupami, które czują się pominięte przez establishmentowe projekty. Konflikt pomiędzy masami a liberalnymi elitami jest źródłem napięć wprowadzającym politykę w ruch. Podkreśla się, że Trump wygrał, gdyż Demokraci zaniedbali dawną klasę robotniczą zamieszkującą obszar tzw. Pasa Rdzy. Brexit się wydarzył, gdyż obie partie zaniedbały dawną przemysłową północ kraju, małomiasteczkową Anglię. Ruch żółtych kamizelek jest buntem prowincjonalnej Francji wobec świata wielkiej finansjery i elit Paryża, które wystawiają społeczeństwu rachunek za kryzys. Jest to więc zjawisko w pewnym stopniu uniwersalne, a nie typowo polskie, już nawet nie wyłącznie charakterystyczne dla peryferii. Dziś w Polsce nikt poza PiS nie proponuje innego kontrmodelu dla liberalizmu, który znalazł się w kryzysie.
Widzi pan jakiś sposób na to, żeby zakopać tę przepaść? Może potrzebna jest trzecia siła, która wejdzie klinem pomiędzy waśń POPiS-ową?
Żebyśmy się coraz bardziej nie polaryzowali, potrzebne jest zejście z tendencji, którą obecnie kroczymy. Grozi nam scenariusz, w którym projekt wspólnoty bardziej solidarnej będzie kojarzony jednoznacznie z konserwatyzmem obyczajowym i wykluczającym nacjonalizmem. A wolności obywatelskie i hasła postępowe z nierównościami społecznymi, zaniedbaniem uboższych grup i prowincji. A wyborcy, którzy będą chcieli nadal głosować, mając na uwadze swoje potrzeby materialne i godnościowe, będą musieli zgadzać się na homofobię, seksizm, nagonki na uchodźców i nasiąkać tymi postawami. Z drugiej strony osoby o poglądach postępowych, wolnościowych, nabiorą przekonania, że z prowincją nie ma o czym rozmawiać, bo jest ona zacofana i trzeba z nią po prostu wygrać. I w tym sensie obie rywalizujące ze sobą opowieści o świecie stają się samospełniającymi się przepowiedniami. Jeśli założymy, że jedynym elektoratem, który może wesprzeć postępowe idee, jest elektorat materialnie i kulturowo uprzywilejowany, a jedynym, który może wesprzeć prosocjalną politykę, jest elektorat zmarginalizowany, to okopiemy się w tym podziale.
Pan na tę sytuację spogląda z perspektywy lewicowej.
Tak. Konsekwentnie, zarówno w wymiarze społeczno-gospodarczym, jak i obyczajowym. Zależałoby mi na tym, żeby tą trzecią siłą była w Polsce lewica. Uważam, że historyczną misją lewicy zawsze było realizowanie polityki równościowej w oparciu o nieuprzywilejowany, wykluczony elektorat. Dzisiaj jest niestety tak – co wynika z wielu polskich i światowych badań – że lewica jest wspierana przez osoby najlepiej wykształcone, względnie zamożne, bo oczywiście nie milionerów, w dodatku z dużych miast. Wyższą klasę średnią. Świat pracy i prowincja to nie są przyczółki lewicy.
Siłą niekojarzoną z konserwatyzmem był PSL. Ale zdaje się – poległ. Oddał elektorat prowincjonalny PiS-owi, próbował się promować na partię miejską, inteligencką. Teraz siedzi i liże rany. Wyliże się?
Dziś skojarzenia z tą partią są takie, że mamy do czynienia z ugrupowaniem statecznych, konserwatywnych rolników, względnie zamożnych, którzy na transformacji, akcesji do UE wyszli nieźle. Jakiś czas temu opozycją do nich była Samoobrona, która wspierała ruchy rewanżystowskie wśród chłopów, którym się nie powiodło. Ale kiedy ta partia znikła, to PiS zaczął wchodzić w jej miejsce. A zapominamy o tym, że przedwojenny PSL był wprawdzie partią silnie katolicką, ale za to mocno antyklerykalną. W żadnej natomiast mierze nie był partią umiarkowania, to było ugrupowanie wyklętego ludu ziemi, które stało np. za Wielkim Strajkiem Chłopskim z 1937 r. Władysław Kosiniak-Kamysz z okazji rocznicy tego strajku starał się do tego nawiązywać, więc oni teoretycznie mają świadomość swoich korzeni. Ale pod przywództwem Kosiniaka idą w stronę partii, która chciałaby mieć swój elektorat w mieście, wśród klasy średniej zmęczonej przepychankami PO-PiS-u. Bazują na wizerunku swojego przewodniczącego, który jest lekarzem i przypomina przedwojennego inteligenta. Problem w tym, że o ten sam elektorat walczy i Trzaskowski, znający pięć języków, epatujący swoim francuskim, karierą w Unii Europejskiej, i Hołownia, który jest takim inteligenckim kaznodzieją, i Robert Biedroń, który jest politycznym celebrytą obiecującym Polskę postępową i uśmiechniętą. Oni biją się o ten sam elektorat, mimo że nawet imponujące w swojej skali zjednoczenie go, co pokazała druga tura wyborów prezydenckich, nie jest w stanie dać opozycji zwycięstwa.
Zostaje czekać, aż urodzi się coś nowego, a nim to nastąpi, jesteśmy skazani na to, co mamy: wojnę POPiS-ową.
Czytałem ostatnio wywiad z Robertem Krasowskim w „Tygodniku Powszechnym”, w którym mówił, że on już w żadną trzecią siłę nie wierzy. Tyle już ich było w ostatnich latach, tych oddolnych zrywów: Palikot, Kukiz, Hołownia, Biedroń, wszyscy z mocnym przesłaniem antypartyjnym, antyestablishmentowym, z prawa i z lewa. Wszyscy kończyli w ten sam sposób: zjedzeni przez duopol. Zastanawiające jest to, że dla sporej grupy wyborców wizerunek partii antyestablishmentowej utrzymuje PiS. Tym trudniej jest ich z tego miejsca wysiodłać temu, kto chciałby zagrać podobną kartą antyelitarnego wzburzenia.
Sami się kładą na talerzu.
No właśnie. Problemem tych „trzecich sił” jest to, że zawsze w momencie próby, prędzej niż później, doklejają się do tego dwubiegunowego podziału władzy. Robert Biedroń, jak zaczynał startować z Wiosną, to zrobił konferencję prasową w Warszawie, na której symbolicznie kruszył beton partyjny. Miał cegły z napisem POPiS, w które walił młotem. Już w kolejnym roku z podkulonym ogonem ogłosił, że gotów jest iść w koalicji z Platformą Obywatelską, ostatecznie przytulił się do Lewicy. Szymon Hołownia zaraz po I turze został przywołany do porządku przez obóz opozycji, by poprzeć Trzaskowskiego. Zrobił to, ale zarzuca mu się, że nie dość entuzjastycznie i przez to opozycja przegrała drugą turę. Nie potrafią te ruchy trzeciej siły ustać w miejscu, na własnych nogach do ostatniej rundy, poczekać, aż ten układ dwubiegunowy pokaże większe luki, w które będzie można wejść. Moim zdaniem to wynika z tego, że nikt na serio nie chce łowić wyborców po obu stronach duopolu. PiS nie ma realnej konkurencji w zaproponowaniu alternatywy dla Polski liberalnej.
Co miałoby szansę wkraść się w lukę pomiędzy PO-PiS-em, zostać realną trzecią siłą, od której coś będzie zależało, która będzie podmiotem, a nie przystawką?
Jest kilka możliwości. Poważnym ograniczeniem jest to, że w poszukiwaniu tej trzeciej siły próbuje się często kalkować propozycje z Zachodu. Tu też widać tę naszą imitacyjną peryferyjność. Biedroń miał być polskim Macronem, Partia Razem polskim odpowiednikiem nowej lewicy hiszpańskiej Podemos itd. A należałoby odkurzyć polskie tradycje, zakorzenione w naszych zmaganiach z peryferyjną formą. Można odświeżyć kiedyś silny agraryzm, bo pogłoski o śmierci polskiej wsi i rolnictwa okazały się mocno przesadzone. Ja napisałem, mocno prowokacyjnie, na jednym ze swoich profili społecznościowych, że lewica powinna rzucić hasło powrotu do drugiej Polski Ludowej. Warto też pamiętać, że marzenie o Polsce Ludowej jest znacznie starsze niż ustrój, który mieliśmy w drugiej połowie XX wieku. Mieści się tu Kościuszko, polscy niepodległościowcy, którzy nie chcieli wracać do Polski szlacheckiej, socjaliści. Nie zapominajmy też, że Polska ludowa, społecznie sprawiedliwa, to było również wielkie marzenie Armii Krajowej czy Pierwszej „Solidarności”. To pragnienie Polski, która nie byłaby pańska. Polski, która włączałaby do wspólnoty szerokie masy swoich obywateli. Ta Polska towarzyszy nam więc w historii i czeka ciągle na swoją realizację. I uważam, że lewica – niekoniecznie nasza sejmowa – powinna po to marzenie sięgnąć.