Dokładnie rok po wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele dyskusja o zasadności jego wdrożenia sięga zenitu. Co więcej, przyjmuje coraz bardziej karykaturalną formę. Przeciwnicy i zwolennicy ograniczeń przerzucają się danymi, z których wynika, że albo zakaz pozytywnie wpłynął na rynek i trzeba go jeszcze zaostrzyć, albo wręcz odwrotnie – powoduje upadek wielu małych sklepów i konieczne jest jego cofnięcie lub co najmniej złagodzenie.
Oliwę na to wzburzone morze mógłby wylać rząd, ale ten raczej dolewa w tej sprawie oliwy do ognia. Z jednej strony premier, minister przedsiębiorczości i technologii oraz niektórzy posłowie rządzącej partii sugerują, że możliwe jest złagodzenie tych przepisów. Oni opierają się na informacjach od tych pracodawców, którzy wskazują, że zakaz niekorzystnie wpłynął na mikroprzedsiębiorstwa.
Z drugiej strony Sejm ma właśnie wznowić prace nad projektem posłów PiS, który zaostrza obecne rozwiązania (przede wszystkim ma uniemożliwić powoływanie się sklepów na status placówki pocztowej, dzięki któremu teraz mogą prowadzić działalność w niedziele). Z kolei resort pracy podkreśla, że czeka na wyniki oceny skutków wprowadzenia zakazu i obecnie nie pracuje nad żadnymi zmianami w tej sprawie. Jednocześnie sugeruje, że warto rozważyć szersze uregulowanie całego rynku (nie tylko kwestii pracy w handlu, ale zasad funkcjonowania całej branży). Nie dziwi więc, że zwolennicy i przeciwnicy zakazu za wszelką cenę starają się wywrzeć presję na wprowadzenie takich modyfikacji, które byłyby dla nich korzystne.