Firmy i lokalni włodarze z Polski B muszą stanąć do wyścigu o pracowników i mieszkańców. Inaczej region będzie nadal biedniał i szybko się wyludniał.
Christian Spichiger, wicedyrektor produkującego pociągi szwajcarskiego Stadler Rail, chętnie mówi o dynamicznym rozwoju polskiego oddziału. O tym, jak zaczynał z 25-osobową załogą, a teraz zatrudnia 800 osób. O tym, ile składów w miesiącu jest w stanie zmontować siedlecki zakład. Ale też przyznaje, że inwestycja ta postawiła go w obliczu wyzwań, których się nie spodziewał. Na przykład nie miał pojęcia, że jego firma będzie prowadziła biznes w Polsce B. W ogóle nie słyszał o takim podziale. Otwierając zakład w Siedlcach, nie tylko dowiedział się, że są dwie Polski, ale też doświadczył, na czym ten podział polega. Do dziś dużym wyzwaniem jest dla niego pozyskanie kadry zarządzającej i doświadczonych specjalistów z wyższym wykształceniem technicznym, którzy chcieliby pracować w niewielkim mieście na wschodzie kraju.
Dla Spichigera to była nowość, bo dla szwajcarskiego menedżera dojeżdżanie do pracy dziesiątki kilometrów nie jest niczym specjalnym. Dla Polaka jednak to bariera nie do przejścia. I to z wielu powodów, z których brak odpowiedniej infrastruktury – szerokich autostrad czy szybkich pociągów – to tylko dwa przykłady. Stadlerowi łowów nie ułatwia obecna sytuacja na polskim rynku pracy, gdzie najlepsi fachowcy mogą przebierać w ofertach. – Siedlce nie zawsze są rozpatrywane przez doświadczonych, wyspecjalizowanych menedżerów jako potencjalne miejsce zatrudnienia. Nie każdy jest gotowy na przyjazd, który często wiąże się nie tylko z zatrudnieniem danej osoby, lecz także z możliwością ciekawej pracy dla współmałżonka czy oferty edukacyjnej i kulturalnej dla całej rodziny – mówi Spichiger.