Mam znajomego, który próbował swoich sił w branży handlowej. Pracował w kilku różnych sieciach, z każdą zmianą pracodawcy mając nadzieję, że podniosą się jego dochody. Po prawie dwóch latach tułaczki dał sobie spokój, bo zarobki może były znośne dla studenta, który chce dorobić – ale nie dla młodego człowieka z dzieckiem na utrzymaniu, który startuje w życie i chce się jakoś urządzić. Ostatecznie z polskim handlem wygrała emigracja.
Nie, nie proponuję, żeby niezadowoleni z wynagrodzeń pracownicy sieci wyjechali z Polski. Przytaczam tę historię jako przykład na to, że pracownicy handlu – nieważne, czy będą to hipermarkety, dyskonty czy sklepy odzieżowe – od dawna za swój trud nie otrzymują godziwej zapłaty. Pośrednio przyznają to same sieci; jedna z nich, w reakcji na zapowiedź akcji protestacyjnej, spieszyła przypomnieć, że wynagrodzenia pracowników w ich sklepach są o jedną piątą wyższe od wynagrodzenia minimalnego (po uwzględnieniu dodatku za brak nieobecności).
Tym bardziej cieszy akcja protestacyjna, na jaką zdecydowali się pracownicy sieci. Co więcej, dochodzi do niej po serii podwyżek, na jakie sieci handlowe zdecydowały się w ciągu ostatniego roku. Pomimo tego pracownicy czują, że mogą chcieć więcej. Biorąc pod uwagę, że do niedawna na hasło „podwyżka” padał koronny argument – na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych – mamy do czynienia z rewolucją.