Reklama
„Można również rozważyć skierowanie serii wniosków, odrębnie dla poziomu federalnego oraz landowego lub dla każdego landu odrębnie” – stwierdza resort sprawiedliwości w piśmie skierowanym do KPRM. We wniosku pojawia się też sugestia, by domagać się nałożenia środka tymczasowego oraz kar w wysokości 40 mln euro dziennie do czasu „pełnego zastosowania się” do niego. „Z uwagi na przedmiot zarzutów głównych, systemowy charakter naruszeń, a także możliwości finansowe Republiki Federalnej Niemiec, okresowa kara pieniężna w wysokości 40 mln euro dziennie nie wydaje się dziś nadmierna” – ocenia ministerstwo.
Na jakiej podstawie resort sprawiedliwości (MS) chce podważyć nominacje sędziowskie w Niemczech? Chodzi o udział polityków w trybie powoływania sędziów. Autorzy zwracają uwagę, że uczestniczą w nim: komisja ds. wyboru sędziów, która składa się z ministrów krajów związkowych i przedstawicieli Bundestagu, minister oraz na końcu prezydent, który powołuje sędziów. Sama komisja obraduje w sposób tajny, jej rozstrzygnięcia nie podlegają kontroli sądowej. To – zdaniem ministerstwa – może budzić wątpliwości, czy sędziowie nie są podatni na bezpośrednie lub pośrednie wpływy władzy. „Nie zapewniając niezależności i bezstronności organów należących do systemu środków odwoławczych w dziedzinach objętych prawem UE [...], RFN uchybiła zobowiązaniom wynikającym z art. 19 ust. 1 akapit drugi Traktatu o UE” – konkludują autorzy wniosku.
Inicjatywa resortu sprawiedliwości może wzbudzać pytania w kontekście znanego stanowiska Zbigniewa Ziobry, że TSUE nie ma kompetencji do oceny zmian w polskich sądach. W konkluzjach pisma pojawia się jednak stwierdzenie, że gdyby uznać orzeczenia TSUE wydane wobec Polski za wiążące, a Niemcy je za takie uznają, to ich rozwiązania powinny zostać poddane testowi przed TSUE.
– Chcemy pokazać, że w sporze o praworządność stosowane są podwójne standardy. Gdyby zastosować orzecznictwo TSUE dotyczące Polski wobec Niemiec, ci musieliby zrewolucjonizować swój system sądowniczy, czyli pozbawić polityków wpływu – argumentuje wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta.
Swoją inicjatywą ziobryści próbują nakłonić premiera Mateusza Morawieckiego i jego otoczenie do zaostrzenia kursu wobec Brukseli. Tyle że tym razem nie chodzi już o bezpośredni konflikt z Komisją Europejską czy TSUE, lecz o wciągnięcie w ten spór konkretnego państwa członkowskiego – w dodatku będącego największym płatnikiem w unijnym budżecie i którego obywatelka jest szefową KE. Zdaniem MS przyniesie to korzyści. W pierwszej kolejności to „wymuszenie aktywności państw, które z boku przyglądają się sporom Polski lub krytykują je za zaproponowane rozwiązania”. Tą drogą mielibyśmy udowodnić, że „upolitycznienie procesu nominacji sędziowskich jest w niektórych państwach znacznie większe”.
Jednak w KPRM pismo jest traktowane nie tyle jako głos w dyskusji na zewnątrz, ile instrument w polityce wewnętrznej i próba pokazania, że premier obawia się zadzierać z Berlinem. – Nasze stanowisko jest jasne. TSUE, zgodnie z wyrokiem TK, nie ma prawa decydować w sprawach kształtu systemu sądownictwa. Taki wniosek to samobójstwo. Jeśli Polska wniosłaby tego typu sprawę do UE, to między wierszami będziemy dawać prerogatywy TSUE w zakresie kontroli wymiaru sprawiedliwości – mówi osoba z otoczenia premiera. Dlatego decyzja będzie raczej odmowna. Tym bardziej że ostatnie dni pokazują, że Berlin jest jedną z tych stolic, z których płynie przekaz, że między Warszawą a Brukselą powinno dojść do kompromisu, a pieniądze dla Polski powinny zostać odblokowane.
Wczoraj premier w rozmowie z dziennikiem „Financial Times” powtórzył, że do końca roku zlikwidowana zostanie Izba Dyscyplinarna SN, którą TSUE uznał za nielegalną. Ostrzegł jednak, że jeśli KE „rozpocznie trzecią wojnę światową”, wstrzymując obiecane Polsce pieniądze, będzie „bronił naszych praw wszelką bronią, jaka jest w naszej dyspozycji”.