Bo trzeba sobie powiedzieć wprost: trybunał w sprawie z wniosku premiera nie jest żadnym bezstronnym arbitrem. Jest stroną, i to mocno zainteresowaną finałem sporu. Bo tak naprawdę nie chodzi o to, czy nasza konstytucja ma pierwszeństwo przed prawem unijnym, ale o to, kto ma rację: Trybunał Konstytucyjny w Warszawie czy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. W czwartek było to widać jak na dłoni.
Koronnym dowodem na brak bezstronności co najmniej części składu orzekającego było zachowanie kilku sędziów, którzy ewidentnie nie potrafili trzymać nerwów na wodzy. Do tej grupy zaliczyć należy oczywiście byłą posłankę PiS Krystynę Pawłowicz. Jej podniesiony głos, kierowanie do przedstawicieli rzecznika praw obywatelskich pytań w stylu: „Kiedy przestanie pan bić żonę?”, przerywanie wypowiedzi zastępcy RPO, nieukrywane zniecierpliwienie, gdy ten próbował udzielić pełnej odpowiedzi – wszystko to świadczyło o tym, jak słuszna była próba odsunięcia tej osoby od orzekania w sprawie prawa UE. I jak źle się stało, że do tego nie doszło.