Od 29 stycznia zacznie obowiązywać większość przepisów ustawy poprawiającej bezpieczeństwo ruchu drogowego, potocznie określanej jako ustawa „stop bandytom drogowym” (Dz.U. z 2025 r. poz. 1872). Nad przepisami wspólnie pracowały resorty sprawiedliwości, administracji i spraw wewnętrznych oraz infrastruktury. Celem była walka z najbardziej patologicznymi zachowaniami na drodze – na celowniku znalazły się m.in. nielegalne wyścigi, drift oraz recydywiści wsiadający za kółko mimo zakazu.
Zgodnie z nowymi przepisami, jeśli kierowca zdecyduje się wsiąść za kierownicę mimo orzeczonego już wcześniej sądowego zakazu, sąd co do zasady będzie orzekał dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów – „chyba że zachodzi wyjątkowy wypadek, uzasadniony szczególnymi okolicznościami”. To sposób na wyegzekwowanie przestrzegania przepisów, bo recydywistów, którzy je ignorują, w skali roku jest kilkanaście tysięcy. A ofiar wypadków – jak przypominał na poniedziałkowej konferencji szef Ministerstwa Sprawiedliwości Waldemar Żurek – mimo poprawiających się statystyk wciąż jest za dużo. W 2024 r. na milion mieszkańców było ich 52.
Do więzienia za brawurową jazdę?
Zdaniem dyrektora Instytutu Transportu Samochodowego prof. Marcina Ślęzaka największym potencjalnym zagrożeniem będzie stosowanie a priori dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów.
– Jeśli sąd nie zachowa pełnej swobody przy ocenie konkretnego przypadku, łatwo będzie o decyzje nieproporcjonalne do realnego zagrożenia. Z drugiej strony, wobec recydywistów, którzy w pełni świadomie łamią zakazy i ignorują wcześniejsze wyroki, taki instrument penalizacyjny zdaje się być w pełni uzasadniony i można go odczytywać jako ostateczną formę ochrony innych uczestników ruchu – mówi DGP.
Z podnoszonymi przez niektórych argumentami w sprawie nadmiernej represyjności przepisu nie zgadza się szef portalu brd24.pl Łukasz Zboralski.
– Zdarzało się, że sędziowie potrafili orzec wobec jednej osoby po dwadzieścia kilka czasowych zakazów, a ta osoba dalej wsiadała za kółko. Ośmieszało to po prostu całą instytucję zakazu oraz ustawodawcę – mówi.
Nowe przepisy rozszerzają możliwość orzeczenia przepadku pojazdu. Obecnie obligatoryjne jest to w przypadku przekroczenia przez kierowcę poziomu 1,5 promila we krwi – teraz możliwe będzie również, kiedy stężenie alkoholu we krwi kierowcy wyniesie od 0,5 do 1,5 promila. Ustawa przewiduje karę od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności za organizację lub udział w nielegalnych wyścigach. Podnosi również górne widełki maksymalnego wymiaru kary z 8 do 10 lat więzienia za wypadek ze skutkiem śmiertelnym, jeśli sprawca wypadku brał udział w wyścigu, miał orzeczony zakaz prowadzenia pojazdów lub wypełniał przesłanki określone w nowym art. 178d kodeksu karnego (patrz: grafika).
Do opisanego w tym przepisie czynu zabronionego dojdzie, gdy kierowca spełni trzy warunki jednocześnie: będzie prowadził pojazd z rażąco nadmierną prędkością, rażąco naruszy inne przepisy o ruchu drogowym oraz narazi innego człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub uszczerbku na zdrowiu. Eksperci, z którymi rozmawiała DGP, wskazują, że nawet bardzo niebezpieczne sytuacje na drodze niekoniecznie muszą wypełniać wszystkie te warunki naraz, więc mimo dobrych intencji ustawodawcy nie spodziewają się, by przepis był często wykorzystywany. Z kolei jeszcze w trakcie prac legislacyjnych resort sprawiedliwości rozwiewał wątpliwości idące w drugą stronę – niektórzy sugerowali bowiem, że nowe przepisy pozwoliłyby na karę więzienia za zwykłe przekroczenie prędkości na drodze. To nieprawda, ale jeśli kierowca faktycznie złamie nowy przepis, grozi mu kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności.
Problematyczna konfiskata
– Choć punktowo pewne kwestie dałoby zrobić się lepiej, nie mam wątpliwości, że ministerialna ustawa o poprawie bezpieczeństwa drogowego rzeczywiście popchnie nas w dobrą stronę – mówi DGP Zboralski, według którego przepisy osiągną swój cel, jakim jest uderzenie w skrajne grupy osób notorycznie łamiących prawo.
Krytycznie szef brd24.pl patrzy jednak np. na zmianę przepisów dotyczących przepadku pojazdów w momencie, kiedy kierowca kierował nie swoim autem – czyli np. wtedy, kiedy było ono w leasingu czy stanowiło współwłasność małżeńską. Jak podkreśla Zboralski, do tej pory w takich przypadkach kierowcy musieli zapłacić określoną kwotę związaną z jego wartością, którą można było łatwo wyliczyć na podstawie określonych tabel.
– Teraz Ministerstwo Sprawiedliwości zaproponowało, żeby płacić od 5 tys. do 500 tys. zł nawiązki. Zmianę uzasadniono m.in. tym, żeby nie trzeba było już powoływać biegłego, który określi wartość samochodu. To oczywiste kłamstwo, a resort ulżył najbogatszym pijanym kierowcom – ocenia. Jak dodaje nasz rozmówca, z danych policji wynika, że kierowca w takiej sytuacji średnio płacił 44 tys. zł.
– Moim zdaniem po wejściu w życie nowelizacji kwota ta będzie niższa. Oczywiście celem konfiskaty nie jest stricte kara, tylko zapobieżenie sytuacji, w której dany kierowca znowu wsiądzie za kółko, ale nowe przepisy zdecydowanie zaburzą próbę zbudowania pewnej równowagi – bo na razie Polska nie chce iść śladem Danii, gdzie samochód zabiera się zawsze bez względu na to, kto był właścicielem – konkluduje.
Nielegalny wyścig, czyli co?
Kolejną regulacją, której celowość budzi wątpliwości, jest konieczność zgłaszania do organu gminy spotkań, w których weźmie udział 10 lub więcej samochodów. Jeśli ktoś zdecyduje się zorganizować taki zlot bez odpowiedniego zezwolenia, będzie podlegał karze ograniczenia wolności albo grzywny nie niższej niż 2 tys. zł. Tymczasem krytycy wskazują, że często w takich przypadkach chodzi np. o spotkania pasjonatów motoryzacji. To m.in. ten zapis sprawił, że w trybie kontroli następczej ustawę do Trybunału Konstytucyjnego skierował prezydent Karol Nawrocki. Argumentował on, że przepis nadmiernie ingeruje w wolność zgromadzeń, a w dodatku kary przewidziane są nie tylko dla organizatorów, ale i uczestników, którzy mogą być zupełnie nieświadomi niespełnienia wskazanych w ustawie warunków.
Obawy prezydenta wzbudziła też niejasna definicja nielegalnego wyścigu – bo w ustawie zawarto w zasadzie dwie. Jedna to „rywalizacja kierujących co najmniej dwoma pojazdami mechanicznymi w ruchu lądowym, w szczególności z zamiarem pokonania odcinka drogi w jak najkrótszym czasie, z naruszeniem zasad bezpieczeństwa w ruchu”, a druga – „celowe wprowadzenie pojazdu mechanicznego w poślizg lub celowe doprowadzenie do utraty styczności z nawierzchnią chociażby jednego z kół pojazdu mechanicznego, wykonane w trakcie spotkania zorganizowanego na otwartej lub ogólnodostępnej przestrzeni”. Zdaniem prezydenta definicja łączy więc w sobie dwa różne zjawiska – klasyczną rywalizację pojazdów oraz drift, a płynna granica zaciera różnicę między wykroczeniem a przestępstwem.
Aktywiści: trzeba zmian systemowych
Regulacje dotyczące driftu wejdą w życie dopiero po trzech miesiącach od dnia ogłoszenia ustawy w Dzienniku Ustaw, czyli w marcu. Zgodnie z nimi za sam drift grozić będzie grzywna w wysokości co najmniej 1,5 tys. zł, ale jeśli ten stworzy zagrożenie w ruchu drogowym, zapłacić już trzeba będzie minimum 2,5 tys. zł. Tamowanie ruchu drogowego ma być zagrożone karą grzywny na zasadach ogólnych, a w sytuacji poważniejszego zakłócenia ruchu sąd może orzec dodatkowo nawiązkę w wysokości do 1,5 tys. zł.
Zgodnie z nowymi przepisami wobec sprawców poważnych przestępstw komunikacyjnych, którzy mieli co najmniej 1,5 promila alkoholu we krwi lub popełnili je w czasie obowiązywania zakazu prowadzenia pojazdów, zawieszenie kary powinno następować jedynie w szczególnie uzasadnionych wypadkach. Dodatkowo – w przypadku, gdy kierowca nie zastosował się do zakazu prowadzenia pojazdów – z 5 tys. do 10 tys. podniesiona będzie dolna granica świadczenia na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej.
A jak na nowe regulacje patrzą walczący o poprawę bezpieczeństwa drogowego aktywiści? Przewodniczący organizacji Miasto Jest Nasze Eryk Baczyński zapewnia, że to krok w dobrą stronę, jednak konieczne są zmiany systemowe.
– Obecnie na polskich drogach nie ma zbyt licznych kontroli automatycznych, czyli fotoradarów, w dodatku odebrano samorządom prawo do ich stawiania. Naszym zdaniem mandat powinno też nakładać się w uproszczonej procedurze, decyzją administracyjną, gdzie dopiero następczo osoba nim ukarana mogłaby od takiej decyzji się odwołać. Popieramy również wprowadzenie do kodeksu karnego przestępstwa zabójstwa drogowego – wymienia. ©℗
Podstawa prawna
Etap legislacyjny
Ustawa wchodzi w życie