Monitoring atmosfery, stanu mórz czy zmian klimatu – to tylko niektóre z funkcji, jakie ma europejski program obserwacji Ziemi Copernicus. Sieć satelitów i powiązanych z nimi czujników w atmosferze, morzach i na lądzie dostarcza na bieżąco danych dotyczących planety. Na ich podstawie można tworzyć mapy, prowadzić badania naukowe, a także projektować polityki publiczne. Już niedługo dostęp do pochodzących z niego danych będzie mógł uzyskać każdy z nas. Prace nad Copernicus Data Access Service, czyli systemem ich udostępniania, rozpoczyna właśnie Europejska Agencja Kosmiczna (ESA). Kluczową rolę odgrywać w nim będzie polska firma.
– Chcemy, aby dane z programu Copernicus były szeroko dostępne i aby można było z nich łatwo korzystać. Jednocześnie potrzebujemy potężnego środowiska do analityki danych – tłumaczy Thierry Breton, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego.
To właśnie za budowę systemu, który pozwoli na szybki dostęp do pełnego archiwum danych obserwacji Ziemi systemu Copernicus, będzie odpowiadać konsorcjum, w którego skład wejdzie polski podmiot. CloudFerro dostarcza i obsługuje chmury obliczeniowe m.in. służące do badań klimatu czy przemysłu kosmicznego. Dokładnie taka rola przypadnie mu też w nowym projekcie.
Reklama
– Copernicus Data Space Ecosystem będzie kamieniem milowym dla społeczności zajmującej się obserwacją Ziemi – nie ma wątpliwości Maciej Krzyżanowski, prezes firmy. Program ma pozwolić na dostęp do wszystkich danych, jakie satelity zarejestrowały do tej pory i zarejestrują w przyszłości. A to niebagatelna sprawa: już dziś zajmują one 35 PB (petabajtów). Jak wyjaśniają specjaliści z CloudFerro, to tyle co 250 mln plików muzycznych albo 10 tys. laptopów z dyskami 100 GB. Za sześć lat danych ma być ponaddwukrotnie więcej.
Dzięki Copernicus Data Access Service, aby analizować dane, nie trzeba będzie ich pobierać na dysk – wszystkie operacje będzie można przeprowadzić w chmurze. Szacuje się, że miesięcznie systemu ma używać 120 tys. osób.

Reklama
CloudFerro już dziś współpracuje z ESA przy innych projektach. Jest jedną z największych spółek sektora kosmicznego. A ten jest niedocenionym obszarem naszej gospodarki. Już dziś buduje go ok. 320 firm i 80 instytucji naukowych, które zatrudniają łącznie ok. 12 tys. osób. W ciągu ostatniej dekady firmy uzyskały 140 mln euro w ramach kontraktów z Europejską Agencją Kosmiczną.
– Choć nie wysyłamy statków na Marsa, budujemy komponenty, które umożliwiają ich działanie i realizację misji – mówi Kinga Gruszecka, prezeska Stowarzyszenia Polskich Profesjonalistów Sektora Kosmicznego. Jak tłumaczy, polskie firmy zajmują się z jednej strony tworzeniem oprogramowania, takiego jak algorytmy wykorzystujące dane satelitarne przydatne w rolnictwie, czy analizowaniem położenia obiektów na orbicie, a z drugiej – budową urządzeń wykorzystywanych w eksploracji kosmosu. Jednym z głównych sukcesów sektora jest umieszczenie na orbicie 14 satelitów. 11 z nich wciąż się tam znajduje.
Polska doczekała się także kolejnego, po zmarłym niedawno Mirosławie Hermaszewskim, astronauty. Doktor Sławosz Uznański został wybrany przez Europejską Agencję Kosmiczną do rezerwy astronautów ESA. Oznacza to, że ma szansę na lot w kosmos, jeśli wypadnie któryś z sześciu członków podstawowego korpusu lub jeżeli ESA rozszerzy programy załogowe.
Rozwój sektora kosmicznego ma jednak poważne ograniczenia. Po pierwsze – brakuje zrozumienia. – Często spotykamy się z niedowierzaniem. Jeszcze nie spotkałam osoby, która nie byłaby zainteresowana tym, czym się zajmujemy. Ale kiedy przychodzi do rozmowy o pieniądzach, sprawa się komplikuje – mówi Gruszecka. Podmioty z branży kosmicznej polegają więc na finansowaniu z takich instytucji, jak Narodowe Centrum Badań i Rozwoju czy ESA. Aby jednak firmy mogły dostać kontrakty z tej drugiej instytucji, kraje muszą najpierw zapłacić do niej składkę. Część uzależniona jest od PKB kraju, a część – od deklaracji. W tym roku Polska zapłaci do ESA 44,7 mln euro.
Jak twierdzi ekspertka, polskiemu sektorowi kosmicznemu pomogłaby także klarowna strategia polskiego rządu. Tymczasem wciąż nie powstał jeden z najważniejszych dokumentów strategicznych, czyli Krajowy Program Kosmiczny. Od 2015 r. do jego uchwalenia były już co najmniej cztery podejścia.
– Bez KPK trudno nam ocenić, w którą stronę się rozwijać. W krajach, gdzie funkcjonują programy, jest jasno określony cel: jakie rząd planuje misje, jakie technologie są dla niego kluczowe. Weźmy Grecję, która komunikuje, że chce mieć własnego satelitę telekomunikacyjnego. Za tym oczywiście idą pieniądze dla firm, które będą partycypować w jego budowie – mówi Kinga Gruszecka. – Tymczasem w Polsce mamy wiele małych i średnich przedsiębiorstw, które realizują swoje projekty, ale brakuje nam określenia, które obszary są priorytetowe – dodaje. Na razie cel jest ogólny: zdobyć 3 proc. udziału w europejskim sektorze kosmicznym.
W zawieszeniu są też inne regulacje. Od 10 lat trwają prace nad ustawą o działalności kosmicznej. Pierwszy jej projekt był gotowy w 2017 r., później jednak utknął na etapie konsultacji publicznych. Jak przyznaje Ministerstwo Rozwoju i Technologii, na ślimacze tempo powstawania tych dokumentów obecnie mają wpływ równoległe prace nad Krajowym Planem Odbudowy (KPO) oraz… Krajowym Programem Kosmicznym. ©℗
Stworzone dla kosmonautów, używane na co dzień
Choć technologie wykorzystywane w eksploracji przestrzeni kosmicznej wydają się drogie i odległe, stopniowo upowszechniają się w codziennym życiu. Koronnym przykładem jest nawigacja satelitarna, która dziś dostępna jest w każdym telefonie komórkowym. Satelity pomagają także w uzyskaniu dostępu do internetu – sławny dzięki użyciu na terenie Ukrainy system Starlink w USA pomaga doprowadzić sieć tam, gdzie zasięg konwencjonalnych operatorów nie sięga. Być może takie rozwiązania będą testowane też przez polski rząd.
Znajdująca się w każdej apteczce srebrno-złota folia NRC to nic innego jak wynalazek NASA z lat 60. Podobnie jak liofilizowana żywność, którą można zabrać na długie górskie wycieczki. Z promów kosmicznych zapożyczono także czujniki dymu, które dziś są standardem w nowo budowanych obiektach. Potrzeba zmniejszenia wstrząsów oddziałujących na pilotów przyniosła nam z kolei piankę poliuretanową, dziś znajdziemy ją w materacach czy sportowych butach.©℗
AW