Dziś nie ma już oczywiście technologii – nie tylko w produkcji, lecz także w usługach czy komunikacji społecznej – w której elementy cyfrowe nie odgrywałyby kluczowej lub niezwykle istotnej roli. Rzeka płynie coraz szerszym, głębszym i szybszym nurtem. To jest żywioł, który od ponad dwóch dekad staramy się zrozumieć, w jakiejś mierze okiełznać i oczywiście wykorzystać.
Wiele naszych cywilizacyjnych, globalnych wyzwań i problemów miało i ma swoje źródło w kolejnych rewolucjach przemysłowych. Klimat jest tego dobrym i teraz najważniejszym, najbardziej aktualnym przykładem. W zamian osiągnęliśmy niebywały postęp, ale koszty rosną i okazują się przytłaczające.
Reklama
Rewolucja cyfrowa jest być może pierwszą, która porządkuje świat inaczej: w zgodzie z ekonomią pozwala redukować koszty, także środowiskowe i społeczne, oraz odpowiadać na wyzwania, a nadto przynosi ogrom różnorakich korzyści lub daje możliwość zachowania tych, które osiągnęliśmy wcześniej. To ona sprawia, że technologie stają się nadzieją.
Nie wrócimy do epoki przedprzemysłowej. Choć słusznie uczymy się umiaru i powściągliwości, nie chcemy radykalnego pogorszenia jakości i poziomu życia. Rozumiemy – musimy rozumieć – też jednak coraz lepiej, że rozwój nie może być destrukcyjny, a rachunek kosztów i zysków dla świata i ludzkości nie może ujmować tylko krótkiej perspektywy i składać się wyłącznie z liczb. Jedynym kompromisowym rozwiązaniem są najnowocześniejsze technologie – zaprzęgnięte do rozwiązywania problemów, w tym także tych, które sami stworzyliśmy. Dlatego cyfryzacja oznacza szansę i nadzieję. Ma ona też, jakżeby inaczej, swoje ciemne oblicza. Ryzyko i liczne zagrożenia – może już nie dla klimatu, ale dla życia społecznego, a nawet wolności i demokracji – lecz mają one zupełnie inny charakter. Jesteśmy ich świadomi. Jesteśmy też w stanie je kontrolować, ograniczać lub likwidować. Możemy być mądrzy przed szkodą. Świat cyfrowy może być światem optymizmu i nadziei. Ale musimy się o to postarać.