statystyki

Informacja w kajdanach. Jak wyglądałby świat, gdyby wiedza naprawdę była na wyciągnięcie ręki?

autor: Sebastian Stodolak03.05.2020, 19:00; Aktualizacja: 03.05.2020, 19:22
Żyjemy w iluzji, że informacja jest dzisiaj, w erze internetu, czymś powszechnym i ogólnodostępnym. Nie jest. Chowa się za kratami obwarowań prawnych, barier technicznych, kulturowych tabu, a czasami po prostu ludzkiej chciwości.

Żyjemy w iluzji, że informacja jest dzisiaj, w erze internetu, czymś powszechnym i ogólnodostępnym. Nie jest. Chowa się za kratami obwarowań prawnych, barier technicznych, kulturowych tabu, a czasami po prostu ludzkiej chciwości.źródło: ShutterStock

Najbardziej prestiżowe ośrodki badawcze, wydawnictwa naukowe, a nawet prywatne firmy analityczne zdjęły kłódki – same z siebie, bez ponagleń i nakazów – z tematyki otagowanej jako „wirusologia”. Swobodny dostęp do wiedzy przybliża w czasie wynalezienie szczepionki na COVID-19.

B rewster Kahle nigdy nie był lubiany przez Gildię Autorów (Authors Guild). To najstarsza amerykańska organizacja twórców, której celem jest ochrona praw własności intelektualnej. Ale dzisiaj ta antypatia przeradza się w nienawiść. Kością niezgodny jest Internet Archive (Archive.org).

To magazyn wszystkiego, co się da zapisać w wersji cyfrowej, założony przez Kahle’a 24 lata temu. Zgromadził dotąd 330 mld archiwalnych wersji stron WWW, 20 mln książek, 4,5 mln nagrań muzycznych, 4 mln filmów, 3 mln obrazów, 200 tys. programów komputerowych. To daje w sumie ponad 45 petabajtów (biliardów bajtów) danych, a baza wciąż się rozrasta. Internet Archive digitalizuje tysiąc książek dziennie, ich wersje fizyczne przechowuje zaś w specjalnych magazynach. Kahle udostępnia te zbiory wszystkim. Za darmo.

Gildii Autorów nie podobało się to nawet w tych czasach, gdy udostępnianie odbywało się tak, jak w zwyczajnej bibliotece. Kahle wypożyczał książki na maksimum dwa tygodnie, a jedna osoba mogła w tym samym czasie czytać jedną lekturę – pliki zabezpieczono przed kopiowaniem. Nic dziwnego, że członkowie stowarzyszenia wpadli we wściekłość, gdy w marcu z powodu pandemii Kahle usunął zabezpieczenia i całkowicie otworzył zbiory, tworząc „Narodową Bibliotekę Awaryjną”. Ma działać przynajmniej do 30 czerwca. Organizacje autorów uznały to za akt piractwa i zwykłe okradanie twórców. Kahle broni się, że choć z powodu koronawirusa zamknięto biblioteki w realu, to książki nie przestały być potrzebne. Nauka w szkołach – co prawda zdalna – ale trwa. Znajdujemy się w stanie wyższej konieczności. Wygląda to na przekonujące uzasadnienie, ale wszyscy znający poglądy Kahle’a wiedzą, co naprawdę chodzi mu po głowie. Kryzys dostarczył mu dobrego argumentu do podjęcia kolejnych kroków w kierunku realizacji jego głównego celu: archiwizacji całej ludzkiej wiedzy i zapewnienia do niej powszechnego dostępu. Wariat i utopista?

Pandemiczna namiastka dostępności

Żyjemy w iluzji, że informacja jest dzisiaj, w erze internetu, czymś powszechnym i ogólnodostępnym. Nie jest. Chowa się za kratami obwarowań prawnych, barier technicznych, kulturowych tabu, a czasami po prostu ludzkiej chciwości. Pandemia koronawirusa daje nam jednak namiastkę tego, jak wyglądałby świat, gdyby wiedza naprawdę była na wyciągnięcie ręki. Gdy informacje o nowym, groźnym wirusie wyszły na jaw (czytaj: Chiny łaskawie przestały je ukrywać), firmy farmaceutyczne i uniwersyteckie laboratoria natychmiast przystąpiły do prac nad testami i szczepionką. Najczęściej potraktowaliśmy to jak coś zupełnie zwyczajnego, bo w końcu naukowcy tym się zajmują. Popełniliśmy błąd, nie doceniając słowa „natychmiast”. Powinno robić na nas wielkie wrażenie. Nie istniało ono w słowniku naukowców, którzy sto lat temu stawiali czoła grypie hiszpance. Wywołujący ją wirus zdobywał kolejne ludzkie przyczółki w okopach I wojny światowej mniej więcej przez rok, zanim naukowcy w ogóle zorientowali się, że „coś jest nie tak” i zaczęli nową chorobę badać. W dodatku z mizernym skutkiem. Ani szczepionki, ani lekarstwa nie wymyślili. Przez kilka lat sądzili, że chorobę wywołuje bakteria, a nie wirus. Skutek był mizerny także dlatego, że w tamtych czasach wymiana informacji była ślamazarna. Zanim dana publikacja naukowa obiegła świat, mijały miesiące. Kolejne – zanim zweryfikowano jej wiarygodność. Dzisiaj te procesy to kwestia kilku dni. Wyizolowanie genomu koronawirusa i podzielenie się tym odkryciem z resztą świata zajęło chińskim badaczom tydzień, a opracowanie testów na obecność patogenu zabrało naukowcom w Berlinie kolejne sześć dni.


Pozostało jeszcze 79% treści

2 dostępy do wydania cyfrowego DGP w cenie
9,80 zł Za pierwszy miesiąc.
Oferta autoodnawialna
PRENUMERATA 2020

Polecane

Reklama

Komentarze (4)

  • ktoś...(2020-05-04 07:27) Zgłoś naruszenie 70

    Blokada pełnej treści tego artykułu jest na to najlepszym dowodem...

    Odpowiedz
  • a(2020-05-03 20:25) Zgłoś naruszenie 20

    Dokładnie tak jest. Internet znacznie przyspiesza obieg informacji. Przybliża też ludzi do tzw. dochodu podstawowego. Kiedy do tego dojdzie nie wiadomo, Zbyt wielu zarabia na niewiedzy drugiego. Wielu zarabia na chorobach, wojnach. Póki jeden będzie zarabiał miliony a drugi grosze - informacje będą w kajdanach. Przecież PiS zawiesił ustawę o dostępie do informacji publicznej. Transparentność to przeszkadza każdej władzy.

    Odpowiedz
  • W zero M(2020-06-03 10:05) Zgłoś naruszenie 00

    Chyba chciałbym jednak nie znać prawdy... Ale niestety już się nie ukryje choćby nie wiem jak to zagmatwali haha co za ******

    Odpowiedz
  • sss(2020-05-04 00:21) Zgłoś naruszenie 00

    "a opracowanie testów na obecność patogenu zabrało naukowcom w Berlinie kolejne sześć dni." A wyniki daje losowe....

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane