To będzie krótka historia ciężkiego przypadku naszej polityczno-społecznej schizofrenii dotyczącej nowych technologii, która zaczyna się powtórnymi odwiedzinami w amerykańskim Kongresie Marka Zuckerberga (albo jego klona-cyborga, trudno wyczuć).
Reklama
Rozmowa miała się toczyć o Librze, czyli kryptowalucie, jaką chce wprowadzić Facebook, ale w pewnym momencie zeszła, jak to w przypadku wizyt Zucka w Kongresie bywa, na kłamstwa. Alessandra Occasio-Cortez, młoda popularna demokratka, pytała go np. jak dalece można pójść w mijaniu się z prawdą w reklamach politycznych puszczanych na Facebooku. Czy mogłaby umieścić kłamliwe reklamy wspierające jej program ekologiczny? – Prawdopodobnie tak – przyznał Zuck. – Kłamstwa są złe – zagaił jednak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że rozumie koncepty moralne. – Czyli nie będzie pan usuwał kłamstw? – dopytywała się kongresmenka.
Inni namiętnie drążyli kwestię kontentu, który pojawia się poza politycznymi reklamami: panoszących się na platformie nieprawd, treści kryminalnych, szkodliwych, makabrycznych i nawołujących do zbrodni. Czy Facebook będzie takie treści usuwał? Ależ oczywiście. Tak. Staramy się. Niezależni fakt-checkerzy. Trenujemy sztuczną inteligencję. Zatrudniamy ludzi. Przepraszam i w ogóle – mówił Zuckerberg. Robimy, co możemy; reklamy polityczne to inna para kaloszy, ale staramy się, żeby u nas było „czysto”.
Magazyn DGP. Okładka. 8.11.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Zaraz potem okazało się, że w swojej technokratycznej dezynwolturze Facebook wykoncypował nowy superplan, który ma uciąć spekulacje, jakoby platforma niszczyła dobrej jakości dziennikarstwo i promowała kłamstwa. Będzie to, uwaga, zakładka z prawdziwymi wiadomościami! Na zwykłym feedzie możemy obejrzeć wszelkie bzdury, które zamieszczają tam użytkownicy; w newsowej zakładce zaś wyłącznie i jedynie zaufane źródła. Na przykład „New York Times”. Porządne źródła konserwatywne. Albo… Breitbart. Tak, ten sam Breitbart, który Steve Bannon, współautor sukcesu Trumpa, zamienił w nie tyle nachalną, ile opętaną tubę propagandową obecnego prezydenta. Polityczne stanowisko to prawo człowieka i dziennikarza i każdy portal może sobie Trumpa popierać, jeśli takie ma widzimisię, ale Breitbart bardzo często w sposób oczywisty kłamie, co stwierdziły niezależne źródła wielokrotnie, i żaden szanujący się republikanin stamtąd nie będzie czerpał wiedzy o świecie. Dlaczego Breitbart zostaje wpuszczony do zakładki newsowej? – Myślę, że chcemy, żeby zawartość reprezentowała różne perspektywy – mówił Zuckerberg, trochę się plącząc, bo tajemnicą poliszynela w Waszyngtonie jest to, że Big Tech zdradzony przez demokratów powoli układa się z republikanami i taki jest pewnie powód tej inkluzji. Czy naprawdę chcecie – mówił Zuckerberg – żeby platforma tych rozmiarów co Facebook angażowała się w cenzurę? Z tyłu chór gospel zawodził, a przynajmniej zawodzić powinien „Wolność słowa, oł je”. Kiedy kilka dni później Twitter sprytnie ogłosił, że kończy z zamieszczaniem reklam politycznych, Sheryl Sandberg z Facebooka potwierdziłą, że FB nie pójdzie w ślady Twittera i zostanie przy swoim. Jej argument: wolność słowa. Ludzie powinni sami mieć szansę zobaczyć, kto kłamie, a kto nie. Ludzie mają prawo, by do nich kłamać, a Facebook to nie autorytarny rząd, cenzurować nie będzie.

Dajcie cenzora, dajcie wolność słowa

Który Zuckerberg jest prawdziwy: ten, który chce cenzurować i karać, czy ten, który umywa ręce od wyborów ideologicznych i wpuszcza na swoją platformę rzekomo nikogo nie oceniając? I, co może ważniejsze, którego Zuckerberga tak naprawdę chcemy my: tego, który zajmuje się cenzurą, sprawdzaniem faktów i pracą redaktorską, czy tego, który nie ma zamiaru decydować, co jest prawdą, a co nie?
I tu właśnie uwidacznia się ta nasza ciężka schizofrenia, która sprawia, że ani Kongres, ani światowa opinia publiczna nie są w stanie wyartykułować, czego tak naprawdę chcemy od Marka Zuckerberga. Bo przecież chcemy cenzora, chcemy redaktora! W końcu nie może być tak, że Facebook udaje „tylko platformę”, ale chętnie zarabia na kłamstwach i przestępstwach, nie ponosząc za te treści żadnej odpowiedzialności, prawda? Bierz odpowiedzialność, Marku! Redaguj, nadzoruj i karz! Ale kiedy tylko Facebook naprawdę zabiera się do pracy redaktorskiej, od razu chwyta nas za serce przerażenie. Czyżby banda gości w szarych bluzach miała w Kalifornii decydować o tym, co jest dopuszczalne w debacie publicznej, a co jest zabronione? Ręce precz od naszych treści! Za chwilę przychodzi refleksja: jak to precz od naszych treści, to przecież prywatna firma, która może robić sobie z treściami, co tylko chce! W imię liberalizmu gospodarczego, Marku, wycinaj, co chcesz, zostawiaj tylko to, co ci się podoba, np. Breitbart, bo przecież musisz mieć jakiś polityczny parasol, a dziś oferuje ci go tylko alt-prawica; twoje zbójeckie prawo. Zaraz! – przychodzi refleksja kolejna; nie może być tak, że Mark wycina, co chce, bo jeśli wytnie akurat mnie, to gdzie moja wolność słowa? Tylko znowu: czy to od niego mam się domagać wolności słowa, czy nie ma on wcale obowiązku mi jej zapewniać? Ale, ale, skąd mam ją wziąć, skoro tylko u niego i jemu podobnym mogę gardłować, co mi w duszy gra?
Uff. Widzą państwo, jakie to trudne, chcieć dziś czegoś od Big Techu w sposób jako tako spójny? Jesteśmy przerażeni tym, co robią media społecznościowe z nami i z informacją; tym, jaką mają siłę rażenia. Po pomoc zwracamy się do nich samych, domagając się redakcji i cenzury – dając im w ten sposób jeszcze więcej władzy. Po czym jesteśmy jeszcze bardziej przerażeni: czyżbyśmy oddali zarządzanie nieomal całą sferą publiczną w prywatne ręce? Panie Zuckerberg, ma pan ogromną władzę, z nią powinna przyjść wielka odpowiedzialność, apelujemy do pana, byś ją pan wziął – mówi Kongres. Wszyscy oglądający przesłuchanie narzekają na Zuckerberga, że odpowiedzialność owa nie przygniata go aż tak bardzo jak powinna – a prawda jest taka, że Zuckerberg i tak jest miły, że przychodzi i się stara, bo swoją kryptowalutę może wdrożyć, czy się to Kongresowi podoba czy nie i generalnie może mieć, na dziś, Kongres głęboko w tyle.

Niebezpieczna gra w monopol

Czemu się tak miotamy? Bo w naszym politycznym paradygmacie Facebook po prostu nie powinien istnieć. Czego bowiem można chcieć od skrzyżowania świnki morskiej z krową i rowerem? Nie wiadomo. I również nie wiadomo, czego chcieć od prywatnej „platformy”, która nieneutralnie mikrotargetuje nie swoje treści, chcąc nie chcąc, angażując się (choćby algorytmicznie) w ich redakcję; która rozrosła się tak, że zastąpiła infrastrukturę publiczną w kwestii decydującej dla istnienia demokracji, czyli wymiany informacji i ekspresji, zachowując nad tą sferą niemal wyłączną jurysdykcję.
Kluczem do rozwiązania tej zagwozdki jest słowo „monopol”. Monopol jest ze swej natury sprzeczny z ideą demokracji liberalnej, bo polega na akumulacji władzy – a demokracja liberalna za swój cel stawia sobie tej władzy rozproszenie. A dopuszczenie do powstania monopolu takiego jak Facebook (który kontroluje Instagrama, WhatsAppa i inne produkty) czy Google (od map po YouTube) albo Amazon (większość handlu online plus platforma handlowa plus własny detal) zaburza delikatną równowagę, na jakiej spoczywa ten najwrażliwszy z systemów.
Kilka lat temu Jacek Żakowski przeprowadził świetny wywiad z Zygmuntem Baumanem. Na łamach „Polityki” filozof dowodził, że żyjemy w czasach „interregnum”, czyli w takich, w których nie wiadomo, kto tym wszystkim tak naprawdę rządzi. Jeszcze niedawno moc i polityka były pożenione ze sobą w instytucjach państwa narodowego; dziś moc i polityka rozeszły się, ale nie powstał żaden zastępczy paradygmat sensownego rozkładu władzy. „Państwom co prawda nie wolno ingerować w sprawy innych państw, ale korporacjom już nikt tego nie zabroni. Jak im się w jakimś państwie nie podoba, to idą do innego. A państwa stają się bezsilne”. Nie ma dobitniejszej ilustracji tego procesu niż przesłuchanie Marka Zuckerberga – nominalna władza atakuje szkodnika, który nominalnie się kaja, ale obie strony wiedzą, że to on ma nad nimi wszystkimi tę realną władzę. I to nie tylko nad amerykańskim Kongresem, lecz także nad polskim parlamentem i całą masą innych demokratycznych instytucji. Kogo lepiej posłuchać, żeby zrozumieć, w jakim kierunku pójdzie jutro świat: Jarosława Kaczyńskiego? Nancy Pelosi? Czy Marka Zuckerberga?
Zuckerberg nie jest wybitnie inteligentny, chociaż niejedno mu w życiu wyszło fantastycznie. Ale szczęście plus nos do biznesu to jedno, a rozumienie procesów społecznych i politycznych to drugie. Myślicielem jest Mark mniej niż przeciętnym, a jednak cały świat musi się z jego opiniami boksować – taki jest właśnie urok monopolu.
Niedawno w magazynie „The New Yorker” ukazał się artykuł o kryzysie sumienia Doliny Krzemowej („Silicon Valley’s Crisis of Conscience”), w którym autor, Andrew Marantz, opisuje duchowe „spa” Esalen, słynne medytacyjno-terapeutyczne centrum wyjazdowe, w którym zarządcy świata próbują dojść do ładu z tym, co światu zrobili. „Przez długi czas główną pozą elity Doliny Krzemowej było samozadowolenie graniczące z pychą. Teraz emocjonalny repertuar rozszerza się na wstyd – albo przynajmniej pozór wstydu” – pisze Marantz. Jeśli te słowa dają wam nadzieję – och, oto budzi się sumienie naszych władców, może nie jesteśmy straceni – to znaczy, że mamy przekichane. Bo tylko globalny monopol może sprawić, że nadzieją dla świata jest medytacyjna transformacja moralna wierchuszki jakiegoś biznesu, a nie zasady rządzące sprawnym państwem prawa.

Od miłości do nienawiści

Ale może nie wszystko stracone? Może ten skrawek władzy, jaki dzierży amerykańskie państwo, może jeszcze zostać użyty, by zawalczyć z monopolem, nawet jeśli Big Tech wydaje na waszyngtoński lobbying niesamowite pieniądze?
Dawno temu, gdy w Owalnym Gabinecie zasiadał Barack Obama, który do władzy doszedł m.in. dzięki mistrzowskiemu zarządzaniu kampanią w mediach społecznościowych, demokraci kochali Dolinę Krzemową. Była ona, jak sądzili, magiczną krainą, w której bezskrzydli aniołowie w bieli używali technologii, by nieść światło Ameryce. A dziś, kiedy już wiadomo, że Facebook, Google i Twitter nie tylko wybierają Obamów, lecz także Trumpów, i gdy wyszły na jaw ogromne skandale związane w brakiem kontroli nad danymi, lub wręcz handlem nimi, demokraci wykonali woltę i Mark Zuckerberg z dnia na dzień został diabłem numer 2, drugim po Trumpie. I dziś uderzanie w Zucka to ulubiony sport rozgrywany podczas prezydenckich prawyborów demokratycznych. Bernie Sanders i Joe Biden głośno mówili o potrzebie rozbicia dużych firm technologicznych. Kiedy wyszło na jaw, że sztab wyborczy Pete’a Buttigiega kontaktował się z Zuckerbergiem w sprawie rekomendacji osób do zatrudnienia w kampanii, na Buttigiega padł blady strach i biedak wił się jak piskorz, próbując zdystansować się od niewygodnego znajomego. Ale najgłośniej w sprawie Facebooka wypowiadała się Elizabeth Warren, z rozbicia tech-monopoli czyniąc jedną z głównych treści swojej kampanii (Zuckerberg, jak wynika z ujawnionych niedawno nagrań, to właśnie Warren boi się najbardziej).
Jeśli w Białym Domu pojawi się po następnych wyborach demokrata, jest więc szansa, że bezkarność Facebooka się skończy – przynajmniej częściowo. Ale nawet rozbicie monopolu przez Elizabeth Warren tak naprawdę nie zakończy Baumanowskiego interregnum. W globalnym świecie nawet prezydent USA, jeśli chce zachować przyjazny demokracji liberalnej tryb częściowego imposybilizmu, ma do dyspozycji jedynie słabe instytucje państwa narodowego – a korporacje mają dla siebie cały świat.
I problemem, wbrew temu, co słyszymy w debatach demokratów, nie jest wcale sam Mark Zuckerberg, bądź co bądź produkt niespodziewanej rewolucji, którą prześniliśmy wszyscy. Republikanin Patrick McHenry podczas przesłuchania w Kongresie powiedział mądrze: „Czy to fair, czy nie fair, jest pan tutaj dzisiaj, żeby tłumaczyć się za całą erę cyfrową”.
– To będzie pan usuwał kłamstwa, czy nie? – pytała Occasio-Cortez. I jeśli Zuckerberg byłby szczery, powinien był powiedzieć: „Fajnie, że się pani tak interesuje moim biznesem. Ale zrobię, co mi się będzie żywnie podobało”. ©℗