„Przy sprzedaży na raty, na przedpłaty, na zamówienie, według wzoru lub na próbę oraz sprzedaży za cenę powyżej dwóch tysięcy złotych sprzedawca jest obowiązany potwierdzić na piśmie wszystkie istotne postanowienia zawartej umowy” – wynika jednoznacznie z ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej. Tymczasem internetowi sprzedawcy twierdzą, że to nie ma najmniejszego sensu, bo przecież umowę na odległość zawiera się po to, aby było łatwiej i szybciej, a nie trudniej, jak jest w tym przypadku. To zaś dopiero początek papierologii związanej z prowadzeniem sprzedaży w sieci.

Kolejny przepis utrudniający pracę przedsiębiorcom pochodzi z ustawy o ochronie danych osobowych: „Administrator danych może powierzyć innemu podmiotowi, w drodze umowy zawartej na piśmie, przetwarzanie danych”. – W oczywisty sposób utrudnia to działalność prowadzoną online polegającą np. na hostingu (udostępnieniu miejsca na serwerze, na którym będą przechowywane dane, w tym dane osobowe) – argumentują firmy.

Idźmy dalej. „W przypadku odmowy uznania reklamacji w całości lub części, odpowiedź na reklamację powinna zostać doręczona reklamującemu przesyłką poleconą” – czytamy w rozporządzeniu ministra infrastruktury w sprawie trybu postępowania reklamacyjnego oraz warunków, jakim powinna odpowiadać reklamacja usługi telekomunikacyjnej. Telekomy mają na ten temat własne zdanie: „Przecież szybciej i prościej można by to załatwić drogą elektroniczną”. I trudno nie przyznać im racji.

Łącznie takich uciążliwych przepisów firmy wymieniły już około dwudziestu. Lista nie jest jeszcze jednak zamknięta – do Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji ciągle spływają kolejne przykłady absurdalnych wymogów, które tylko zwiększają biurokrację, ale w żaden sposób nie ułatwiają pracy firmom ani nie służą konsumentom. MAiC samo poprosiło przedsiębiorców, aby wskazali mu absurdalne przepisy, zamierza bowiem ograniczyć odręczne podpisy, papiery i formularze niezbędne do prowadzenia biznesu. – Projekt roboczo określany mianem depapieryzacji regulacji gospodarczych jest na początkowym etapie realizacji. Obecnie analizujemy stan prawny i odpowiedzi na rozesłaną ankietę – tłumaczy nam rzecznik resortu Artur Koziołek. Istotę projektu depapieryzacji tłumaczy tak: „Polega on na ustaleniu, czy w porządku prawnym istnieją regulacje prawne, które dla umowy cywilnoprawnej w relacjach przedsiębiorca – konsument oraz przedsiębiorca – przedsiębiorca wymagają zachowania formy pisemnej, tym samym utrudniając lub uniemożliwiając zawarcie takiej umowy środkami komunikacji elektronicznej, w szczególności w internecie”.

MAiC zaczęło zbierać propozycje od przedsiębiorców na wniosek specjalnej grupy ekspertów i firm zajmujących się modelami biznesowymi w internecie. Grupa ta działa przy resorcie od początku 2012 r., a jej głównym zadaniem jest usuwanie barier prawnych w rozwoju szeroko pojętej gospodarki elektronicznej. Najważniejszy jej postulat to właśnie ograniczenie formy pisemnej w wirtualnym biznesie. Wymóg taki oznacza konieczność złożenia własnoręcznego podpisu na dokumentach lub bezpiecznego kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Wprawdzie te elektroniczne podpisy powoli się popularyzują (do tej pory wydano ich ponad 860 tys.), niemniej wciąż nie są powszechnym sposobem potwierdzania swojej tożsamości. Czyli w praktyce ten wymóg oznacza jedno: nawet jeżeli transakcja jest internetowa, to podpis trzeba złożyć w „realu” – na papierze.

Resort cyfryzacji wciąż czeka na kolejne papierowe przepisy, które zdaniem przedsiębiorców utrudniają im działalność. Po ich zebraniu każdy będzie musiał być osobno sprawdzony pod kątem prawnym. W praktyce oznacza to, że eksperci ocenią, czy rzeczywiście jest konieczny (np. czy faktycznie chroni prawa konsumentów), czy może spokojnie będzie można go wyeliminować i pozwolić oszczędzać i na papierze, i na czasie, i na znaczkach pocztowych.