Przedsiębiorcy, którzy w ostatnim czasie borykają się z poważnymi problemami finansowymi, w zasadzie nie powinni występować o wsparcie. Choć może to być dla nich ostatnia deska ratunku.
Problem dotyczy przede wszystkim dofinansowań, o które pracodawcy mogą ubiegać się na podstawie przepisów tarczy antykryzysowej (czyli ustawy z 31 marca 2020 r. o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw, Dz.U. poz. 568). Chodzi o to, że jednym z warunków uzyskania np. dotacji z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (FGŚP) – w związku z przestojem lub obniżeniem wymiaru czasu pracy – jest to, aby firma nie spełniała przesłanek do ogłoszenia upadłości. Na pierwszy rzut oka wydaje się to słuszny warunek, jednak podstawą do upadłości jest już samo to, że firma przestaje płacić kontrahentom (a dokładnie: traci zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych). Kłopot w tym, że warunek ten może spełniać wiele firm, dla których pomoc z tarczy na ratowanie miejsc pracy mogłaby się okazać nieoceniona. Wiele z nich zostało przecież zmuszonych niemal do zamknięcia działalności (np. sklepy w galeriach handlowych, salony fryzjerskie etc.).
Tymczasem, analizując przepisy, można odnieść wrażenie, że pomoc z tarczy antykryzysowej adresowana jest do firm w dobrej kondycji finansowej. A te, które na obecnej sytuacji epidemicznej już straciły, mogą być jej pozbawione.
Reklama
– Tarcza antykryzysowa oferuje pomoc tylko części przedsiębiorców w tym zakresie, w jakim uzależnia jej udzielenie od niespełniania przesłanek do ogłoszenia upadłości. Oznacza to, że najbardziej potrzebujący tej pomocy nie mają do niej faktycznie dostępu – przekonuje Edyta Stark, prawnik w kancelarii Sienkiewicz i Zamroch Radcowie Prawni.
– Przedsiębiorcy są między młotem a kowadłem. Wielu z nich już dziś może w związku z koronawirusem spełniać warunki do ogłoszenia upadłości, więc nie powinni o pomoc z tarczy występować. Tymczasem dzięki wsparciu finansowemu mogliby przetrwać, wyjść na prostą i spłacić długi. A jeśli go nie uzyskają, to może być dla nich gwóźdź do trumny – wtóruje Łukasz Kuczkowski, radca prawny, partner w kancelarii Raczkowski.

Reklama

Brak płynności

Zgodnie z przepisami tarczy antykryzysowej dofinansowanie z FGŚP otrzyma ten, wobec kogo nie zachodzą przesłanki do ogłoszenia upadłości. Podobnie jest w przypadku dofinansowań do pensji pracowników wypłacanych przez starostów – ustawa wymaga, aby wnioskując o pomoc, firma złożyła oświadczenie o braku tego rodzaju przesłanek. Prawo upadłościowe mówi natomiast, że upadłość powinna ogłosić firma, która jest niewypłacalna. A o tym można mówić już wtedy, gdy „utraciła zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych”.
– To pojęcie niejednoznaczne. Aby jednak ułatwić zdiagnozowanie stanu niewypłacalności, ustawodawca wprowadził domniemanie, że dłużnik utracił zdolność do wykonywania swoich wymagalnych zobowiązań pieniężnych, jeżeli opóźnienie w ich wykonaniu przekracza trzy miesiące. Czyli – w uproszczeniu – niewypłacalność zachodzi, jeśli zalegam z dwoma fakturami za trzy miesiące – wyjaśnia Łukasz Grenda, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, partner w SSW Pragmatic Solutions.
– Jest to jednak tylko domniemanie i może zostać obalone. A ocena tego, kiedy nastąpił moment powstania niewypłacalności, jest kwestią wyjątkowo złożoną, dlatego zwłaszcza teraz przedsiębiorcy powinni wyjątkowo czujnie monitorować sytuację finansową swojego przedsiębiorstwa. Szczególnie w obecnej sytuacji trudno przewidzieć, kiedy przejściowe kłopoty finansowe zamienią się w niewypłacalność – mówi Edyta Stark.
Eksperci zgodnie wskazują przy tym, że niewypłacalność może wystąpić nawet w dużo krótszym okresie, np. 14 dni, zwłaszcza jeśli firma prawie zupełnie zamyka swoją działalność i są niewielkie szanse, że uda się ją odbudować. Ostatnie ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej mogły więc mieć taki skutek (choć też wiele przypadków niewypłacalności będzie mieć genezę sprzed epidemii).
– Wygląda to trochę tak, że pomagamy tym, którzy mają szansę przetrwać. To podobny, choć nie tak dramatyczny wybór jak ten, którego dokonuje lekarz, podając respirator temu choremu, który ma szansę przeżyć – wskazuje jeden z naszych ekspertów.

Prawny rygor

Oświadczenia są składane pod rygorem odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania. Zatem przedsiębiorca, który składa je, choć nie powinien (bo spełnia warunki do upadłości), naraża się na istotne ryzyka.
– Oświadczenie nieprawdy może spowodować pociągnięcie osoby je podpisującej, np. członka zarządu, do odpowiedzialności karnej. A to nie wszystko. W przypadku niezłożenia wniosku o ogłoszenie upadłości we właściwym terminie osoby odpowiedzialne, np. członkowie zarządu spółki, ryzykują, że będą odpowiadać za jej zobowiązania całym swoim majątkiem – wskazuje Łukasz Kuczkowski.
Jest jednak szansa na to, że tego warunku nikt nie będzie badać.
– Z przepisów nie wynika, czy ktoś będzie to weryfikować. Ponadto kontrola obejmuje zasadniczo przeznaczenie środków, a zwłaszcza to, czy nie wykorzystano ich niezgodnie z celem. Poza tym to, w którym momencie zaistniały podstawy do ogłoszenia upadłości, ocenia sąd upadłościowy – zauważa Mateusz Brząkowski, radca prawny z kancelarii Wardyński i Wspólnicy.
A zatem jeśli firma zaryzykuje, uzyska dofinansowanie i uratuje miejsca pracy, to na tym wygra. Ale jeśli upadnie, będzie to oznaczać nie tylko zwrot dotacji, lecz także liczne postępowania sądowe, w tym karne.
Warto zaznaczyć, że obecnie na zgłoszenie wniosku o upadłość jest zaledwie 30 dni od zaistnienia podstawy do jej ogłoszenia. Rząd zapowiada, że wydłuży ten termin do trzech miesięcy od odwołania stanu epidemii. Czym innym jest jednak złożenie wniosku, a czym innym samo spełnianie przesłanek do upadłości – i nawet jeśli decyzję o tym pierwszym będzie można odłożyć w czasie, to nie daje to ulgi przy występowaniu o dofinansowania.