W zeszłym roku wierzyciele bankrutów wpisanych wcześniej do bazy KRD stracili 55 mln zł.
Według danych sądowych w 2018 r. upadło ponad 600 firm. Jedną trzecią z nich wierzyciele zgłosili do Krajowego Rejestru Długów już rok przed bankructwem. Blisko połowa z nich figurowała w KRD na trzy miesiące przed ogłoszeniem upadłości. To wystarczająco długo, by wycofać się z robienia interesów z takim podmiotem. Warunek? Trzeba wiedzieć, że kontrahent to potencjalny bankrut. Tymczasem prawie 46 proc. małych i średnich firm w ogóle nie sprawdza wiarygodności swoich partnerów przed rozpoczęciem współpracy. Co prawda, liczba sprzedanych przez KRD raportów w ubiegłym roku wzrosła o 2 mln do niemal 36 mln, jednak większość tego ruchu generują największe firmy. Dla nich weryfikacja kontrahentów to standard. Dla małych przedsiębiorców to problem, często wynikający z obaw przed pogorszeniem relacji z kontrahentami. Stąd jedna trzecia sprawdza tylko nowych kontrahentów, a 7,8 proc. robi to, kiedy w grę wchodzi zlecenie o dużej wartości. Zawsze swoich potencjalnych partnerów sprawdza zaledwie 12,4 proc. przedsiębiorców. Takie są wyniki badania „Audyt windykacyjny” przeprowadzonego na zlecenie Rzetelnej Firmy i Kaczmarski Inkasso, dwóch spółek z grupy KRD.
ikona lupy />
DGP
– Co czwarty ubiegłoroczny bankrut to mikroprzedsiębiorca. Część z nich splajtowała na skutek własnych błędów, ale w części przypadków powodem był brak zapłaty od nierzetelnych kontrahentów – mówi Andrzej Kulik z Rzetelnej Firmy. Zwraca uwagę, że dobra koniunktura, jaką mieliśmy w gospodarce w ostatnich dwóch latach, wcale w zwiększaniu czujności nie pomaga. A wręcz ją osłabia. Efekt? Mimo ponad 5-proc. wzrostu PKB w 2018 r. subiektywna ocena kondycji finansowej firm była jedną z najgorszych w ostatnich latach, co pokazuje chociażby ostatnie badanie Krajowego Rejestru Długów i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych – „Portfel należności polskich przedsiębiorstw”.
– W IV kwartale 2018 r., pomimo dobrej koniunktury na rynku, Indeks Należności Przedsiębiorstw spadł. Wartość INP wyniosła 89,2 pkt – to o 0,6 pkt mniej niż jeszcze 3 miesiące temu i 2,9 mniej niż rok temu. Im mniejsza wartość INP, tym większe problemy z zatorami płatniczymi – zwraca uwagę Andrzej Kulik.
Drugi problem to duża trudność z szybkim zidentyfikowaniem potencjalnego bankruta. Bo nie każdy dłużnik w bazie biura informacji gospodarczej to od razu kandydat do upadłości. Ale można przynajmniej próbować. Na pewno symptomem nadchodzących kłopotów jest narastanie kwoty niezapłaconych zobowiązań oraz liczby wierzycieli. – Jeśli na podstawie znajomości branży, wielkości firmy, osiąganych w tej branży obrotów przez takiej wielkości firmy i wiedzy o jej majątku wiemy, że poziom zadłużenia naszego kontrahenta osiąga poziom jego szacowanego majątku, to z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że mamy do czynienia z bankrutem – mówi Kulik.
Kluczowa jest jednak nie tyle wielkość zadłużenia, co jego charakter. W każdej branży są pewne typy zobowiązań, które płaci się w pierwszej kolejności, by móc w ogóle prowadzić działalność. Andrzej Kulik mówi, iż nieprawdziwy jest pogląd, że każda firma najpierw płaci podatki, potem raty kredytowe czy leasingowe, a później resztę. Tak nie jest. Na przykład dla firmy informatycznej, opierającej się na wiedzy i umiejętnościach swoich pracowników, to pensje będą miały priorytet.
– Z kolei jeśli jest to przedsiębiorca, który produkuje coś z komponentów dostarczanych przez poddostawców, których nie ma zbyt wielu na rynku, to jeśli im nie płaci, jest to na pewno informacją o poważnych kłopotach. Przecież odcina się w ten sposób od dostaw – mówi przedstawiciel Rzetelnej Firmy.
Czy nadchodzące spowolnienie w gospodarce coś zmieni? Ekonomiści zwracają uwagę na to, co się dzieje w strefie euro, a szczególnie w Niemczech. To tam sprzedajemy około jednej czwartej swojego eksportu. Nastroje w niemieckich firmach są fatalne. Indeks PMI dla tamtejszego przemysłu opublikowany w ostatni piątek spadł do poziomu 44,7 pkt. To najgorszy odczyt od sześciu lat, na dodatek jest daleko poniżej granicy 50 pkt, co oznacza, że liczba przedsiębiorstw ograniczających aktywność jest większa od liczby firm, które się rozwijają. Teoretycznie w obliczu tak dużego ryzyka spowolnienia firmy powinny oglądać każdą złotówkę i przywiązywać większą wagę do informacji gospodarczej. Sęk w tym, że polskie przedsiębiorstwa zdają się nie wierzyć w to spowolnienie. Nie widać tego choćby w danych, jak te z polskiego przemysłu, gdzie w lutym produkcja wzrosła szybciej, niż oczekiwali ekonomiści.
– Na razie odporność polskiego sektora przetwórczego się utrzymuje, co jest pozytywnym zaskoczeniem. Spotykamy się z przedsiębiorcami, oni mówią – nawet ci, u których największy udział wśród klientów eksportowych stanowią ci z Niemiec – że nie widzą oznak spowolnienia. Według nich spadek zamówień nastąpił jakieś 4–5 miesięcy temu, a teraz ich liczba się odbudowuje – mówi Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka banku PKO BP.
Z drugiej strony w danych widać też, że to, co pogarszało rentowność firm w ubiegłym roku, nie traci na znaczeniu. Chodzi o wzrost płac. W lutym wyniósł on 7,6 proc., nieco więcej niż spodziewali się eksperci.
46 proc. małych firm nie sprawdza wiarygodności partnerów
Mimo dobrej koniunktury firmy dostały zadyszki
Wysoki wzrost gospodarczy nie przełożył się w ub.r. na równie dobre wyniki przedsiębiorstw, jak w roku poprzednim – do takiego wniosku prowadzi analiza wyników sektora przedsiębiorstw, opublikowanych kilka dni temu przez Główny Urząd Statystyczny. Statystyka obejmuje 18 tys. największych firm.
Ich przychody w 2018 r. zwiększyły się o 6,7 proc., ale koszty przyrastały szybciej, bo o 7,5 proc. W strukturze nadal dominują materiały kupowane do produkcji, ale to koszt wynagrodzeń podniósł się w firmach najbardziej. Udział tego typu wydatków zwiększył się o 0,3 pkt proc. W 2018 r. na płace przypadało 15,3 proc. wszystkich wydatków przedsiębiorstw.
Wyższa dynamika kosztów niż przychodów przełożyła się na pogorszenie wskaźników rentowności sprzedaży (spadek z 4,9 proc. do 4,6 proc.) i obrotu netto (z 4,4 proc. do 3,7 proc.). Pogorszyła się też płynność firm. Wskaźnik płynności pierwszego stopnia, który pokazuje, w jakim stopniu firma jest w stanie regulować swoje bieżące zobowiązania najbardziej płynnymi aktywami, np. gotówką – spadł z 38,4 proc. w 2017 r. do 36,2 proc. w roku 2018. Z kolei pokrycie zobowiązań krótkoterminowych inwestycjami i należnościami krótkoterminowymi (które, co do zasady powinno wynosić co najmniej 100 proc.) zmalało ze 102,2 proc. do 98,4 proc. A skoro tak, to musiało to mieć negatywny wpływ na zdolność do regulowania zobowiązań.
Zadyszkę widać też w zdolności firm do wypracowania zysku netto. W ub.r. wyniósł 137,8 mld zł. Był o 5,1 proc. niższy od uzyskanego w 2017 r. Strata netto w firmach, które znalazły się na minusie, wyniosła 25,1 mld zł. Zwiększyła się o 33 proc.