Działającym w specjalnych strefach ekonomicznych pozostaje teraz niepotrzebna biznesowa ekwilibrystyka. Żeby skorzystać z ulgi na B+R, muszą założyć firmę poza strefą.
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek doktor nauk ekonomicznych i główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan / Dziennik Gazeta Prawna
Na mocy ustawy z 4 listopada 2016 r. o zmianie niektórych ustaw określających warunki prowadzenia działalności innowacyjnej, tzw. mała ustawa o innowacyjności (Dz.U. poz. 1933) zwiększono kwoty kosztów kwalifikowanych wydatków na badania i rozwój, które można odliczyć od podatku dochodowego. Od stycznia mikro, małe i średnie firmy mogą skorzystać z odliczenia do 50 proc. (w 2016 r. było to maksymalnie 30 proc.). Ulga w tej wysokości przysługuje również dużym podmiotom, ale wyłącznie w zakresie wydatków osobowych (m.in. z tytułu zatrudnienia personelu naukowego). Z pozostałych kosztów związanych z działalnością B+R (np. opłata za korzystanie z aparatury badawczej) będą mogły odliczyć 30 proc.
Reklama
Jak to wygląda w praktyce

Reklama
Jeżeli np. wynagrodzenie pracownika badawczego stanowi koszt w wysokości 5 tys. zł, to firma spoza SSE będzie mogła wpisać w tej pozycji w deklaracji podatkowej – przy uwzględnieniu 50-proc. ulgi na B+R – 7,5 tys. zł. To z kolei oznacza, że wykaże w zeznaniu całorocznym niższy przychód do opodatkowania i w konsekwencji zapłaci mniejszą daninę.
Z tej preferencji nie skorzystają jednak przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność w SSE. Wyklucza to art. 18d ust. 6 ustawy z 15 lutego 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych (t.j. Dz.U. z 2016 r. poz. 1888 ze zm.), który stanowi, że „prawo do odliczenia nie przysługuje podatnikowi, jeżeli w roku podatkowym prowadził działalność na terenie specjalnej strefy ekonomicznej na podstawie zezwolenia”. Przepis wzbudza duży sprzeciw przedsiębiorców i ekspertów. Zwracają uwagę, że regulacja uderza w wiele firm, które działają zarówno w strefie, jak i poza nią. Tracą bowiem podwójnie. To dlatego, że ta część przedsiębiorstwa, która mieści się poza strefą, jest normalnie opodatkowana (zwolnienie przysługuje tylko podmiotom, które fizycznie znajdują się na terenie SSE). Jednocześnie zakład poza strefą nie może też preferencyjnie rozliczyć swoich kosztów, bo jest częścią podmiotu, który działa w strefie na podstawie uzyskanego zezwolenia.
Efekt (nie)zamierzony
Skutkami tych regulacji zaniepokojony jest Kiejstun Żagun, dyrektor i szef zespołu ds. ulg i dotacji w KPMG. Wskazuje, że w efekcie tak niefortunnie skonstruowanego przepisu przedsiębiorcy działający zarówno w strefie, jak i poza nią nie będą mogli w ogóle skorzystać z ulgi na badania i rozwój.
Zgadza się z nim Paweł Tynel, partner i doradca podatkowy w EY. – Wyobraźmy sobie, że firma jest zarejestrowana w strefie, ale ma cztery różne zakłady. Trzy z nich są nastawione na produkcję i znajdują się na terenie SSE. Jednocześnie zatrudnia również 30 inżynierów, którzy opracowują nowe rozwiązania w wieżowcu w centrum Warszawy, gdzie spółka ma filię. Firma nie będzie mogła skorzystać z ulgi i odliczyć kosztu ich pracy, nawet jeżeli pracują poza strefą. W świetle przepisu cała firma jest bowiem jednym i tym samym podatnikiem, który prowadzi działalność na terenie SSE – wyjaśnia ekspert.
Dodaje, że kontrowersyjny przepis wprowadza tak naprawdę jedynie kolejne utrudnienie. W ostatecznym rozrachunku przedsiębiorcy, którzy już zainwestowali w badania na terenie SSE, i tak będą mogli skorzystać z preferencyjnych warunków, ale będzie to wymagało od nich niepotrzebnej biznesowej ekwilibrystyki. – Wystarczy po prostu założyć drugą firmę poza strefą, przenieść do niej całą działalność badawczo-rozwojową i zlecić jej prace. Tylko po co robić coś takiego? – pyta retorycznie ekspert. Dla przedsiębiorcy taki scenariusz oznacza jedynie kolejne obciążenie administracyjne i niepotrzebne koszty. ⒸⓅ
OPINIA EKSPERTA
Granice SSE powinny być rozciągnięte na całą Polskę
Nie widzę żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego podmioty działające w strefach są wykluczone z możliwości skorzystania z ulgi badawczo-rozwojowej. Zwłaszcza że mają one – przeciętnie i statystycznie rzecz ujmując – dużo większy potencjał innowacyjny niż wiele firm spoza stref. Odmawiając im preferencji, dyskryminuje się tak naprawdę wielu przedsiębiorców, którzy zaczynali działalność w SSE od prostych prac montażowych, ale z biegiem lat rozwinęli już biznesy na tyle, że teraz chcieliby sami projektować nowe rozwiązania, a nie tylko wykonywać zlecenia bardziej zaawansowanych technologicznie firm. Nie ma lepszego ku temu narzędzia niż wprowadzenie odpowiednich ulg podatkowych. Takie preferencje z powodzeniem funkcjonują w wielu innych krajach. Nasi sąsiedzi są nawet bardziej szczodrzy. Na Węgrzech i w Czechach ulga wynosi 100 proc., na Litwie 200 proc. kosztów kwalifikowanych, a nie 50 proc. jak w Polsce. Jeżeli mamy osiągnąć radykalną zmianę na plus i dogonić najbardziej innowacyjne gospodarki świata, to musimy położyć dużo większy nacisk właśnie na inwestycje w B+R. Rządzącym powinno więc zależeć, by z całej Polski zrobić jedną wielką specjalną strefę ekonomiczną. Oczywiście im wyższa ulga, tym mniejsze wpływy do budżetu. Będzie to jednak opłacalne w dłuższej perspektywie. Innowacyjne firmy generują bowiem większą wartość dodaną, a w związku z tym i wpływy z podatków wzrosną. Trzeba tylko dać przedsiębiorcom szansę się rozwijać.