Ministerialne dotacje dla czasopism humanistycznych od lat przyznawane są według klucza politycznego. Nie ma znaczenia, czy rządzi PO, czy PIS. A wsparcie nie może zależeć od sympatii aktualnego ministra kultury.
Magazyn. Okładka. 19.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Jak co roku w okolicach marca część młodych środowisk intelektualnych okazuje swoje oburzenie. To właśnie pod koniec zimy lub na początku wiosny Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłasza decyzję dotyczącą przydzielenia dotacji dla czasopism kulturalnych oraz humanistycznych, zwanych potocznie pismami idei. W tym roku najszerszym echem odbiła się akcja „Krytyki Politycznej”, która od 2016 r. przestała otrzymywać ministerialną dotację dla czasopism. Pod hasłem „pozdrów Glińskiego” zbierała ona wśród sympatyków środki na wydanie kolejnego numeru kwartalnika. Akcja zakończyła się sukcesem i w szybkim tempie udało się zgromadzić potrzebną kwotę – jednak tylko na jeden numer. „Krytyka” ma największe spośród pism idei możliwości dotarcia do ludzi (100 tys. obserwujących na Facebooku), tymczasem pomijanych według klucza politycznego pism jest więcej i większość przypadków nie kończy się happy endem. A ta sytuacja trwa w najlepsze od lat – bez wątpienia nie zaczęła się w momencie dojścia PiS do władzy. Można wręcz powiedzieć, że wcześniej było nawet gorzej.
Reklama

Źródło społecznego dyskursu

Oczywiście jakiś zapalony wolnorynkowiec mógłby zapytać, po co w ogóle przyznawać dotacje dla pism idei? Przecież czasopisma powstają dla czytelników, a skoro dany tytuł nie potrafi się utrzymać z przychodów ze sprzedaży, ewentualnie reklam, to znak, że rynek zweryfikował go negatywnie. Skoro nikt go nie chce czytać, to niech nie wychodzi. Jednak pisma idei są czytane i mają zwykle wierne grono zwolenników. To nie są wielkie grupy, ale bardzo zaangażowane w debatę publiczną i czujące silną więź z ideą, którą dane pismo reprezentuje. Inaczej mówiąc, środowiska zgrupowane wokół poszczególnych pism idei są źródłem społecznego dyskursu. Charakter pism idei sprawia, że sprzedają się one w niewielkich nakładach – zwykle od zaledwie kilkuset do kilku tysięcy egzemplarzy – więc siłą rzeczy nie są w stanie utrzymać się z dochodów własnych. Publikują one teksty długie, często na niedostrzegane w danym momencie tematy i pokazujące świat z perspektywy odleglejszej niż ostatni tydzień, więc nic dziwnego, że nie są popularne. Jednak to wcale nie znaczy, że nie są ważne.

Reklama
To właśnie pisma takie jak „Nowy Obywatel”, „Krytyka Polityczna”, „Nowa Konfederacja”, „Kontakt” czy „Kultura Liberalna” wprowadzają do debaty publicznej nowe tematy, pomysły i idee. Część z nich dopiero później jest podchwytywana przez czołowe media, docierające do setek tysięcy lub czasem milionów odbiorców. Tematy reprywatyzacji, zmian klimatycznych, zanieczyszczenia powietrza czy skutków społecznych wycofywania się państwa z prowincji, o których mówią obecnie zarówno politycy, jak i czołowi komentatorzy, po raz pierwszy podejmowane były właśnie w pismach idei. Na przykład tekst „Zreprywatyzowani” Konrada Malca ukazał się w „Obywatelu” już w 2009 r., gdy Patrykowi Jakiemu jeszcze się o tym nawet nie śniło. To na łamach pism idei po raz pierwszy pojawiają się nowe perspektywy intelektualne, często idące pod prąd dominującym doktrynom. Tekstów Davida Graebera, jednego z najbardziej oryginalnych zachodnich myślicieli, nie przeczytamy na łamach czołowych dzienników czy tygodników, tylko na stronach internetowych „Krytyki Politycznej” i „Nowego Obywatela”.
W pismach idei pierwsze szlify zbierają także młodzi autorzy, przed którymi łamy czołowych gazet są jeszcze zamknięte. To dzięki istnieniu takich pism mogą oni zetknąć się po raz pierwszy z pracą z redaktorem, nauczyć się pisać według odpowiednich standardów, a także często zarobić pierwsze, niewielkie pieniądze z pisania. Większość wiodących publicystów urodzonych w latach 80. i 90. zaczynało pisać właśnie w jednym z pism idei – to dotyczy zarówno felietonistów prawicowych, lewicowych, jak i liberalnych. Pisma idei są więc inkubatorami nowych prądów myślowych, przyszłych tematów rozgrzewających debatę publiczną oraz młodych autorów. Są niezbędne w dojrzałej demokracji i utrzymywanie ich leży w interesie nas wszystkich. Nawet tych, którzy ich w życiu nie czytali.

Huśtawka nastrojów

Jak się nietrudno domyślić, każda opcja polityczna ma swoje ulubione pisma idei. Nic w tym złego, problem w tym, że kolejne koalicje rządzące uzależniają wsparcie dla czasopism nie od ich merytorycznej wartości oraz wpływu na społeczny dyskurs, lecz od własnych poglądów. Za czasów rządów koalicji PO-PSL pieniądze szerokim strumieniem płynęły więc do pism okołoliberalnych. „Przegląd polityczny”, czyli pismo gdańskich liberałów, z których wywodzi się Donald Tusk, z godną uznania konsekwencją otrzymywało 100 tys. zł rocznie (w 2015 r. 120 tys. zł), choć czasy świetności ma ono już dawno za sobą. O swój byt mogła być spokojna również redakcja pisma „Res Publica Nowa”, która w 2014 r. otrzymała 105 tys., a w 2015 r. 270 tys. zł na trzy lata, choć zasięg tego pisma i skala jego rezonowania nie była większa niż niektórych tytułów, które dotacji czasem w ogóle nie otrzymywały. W tym czasie pisma konserwatywne lub socjalistyczne mogły liczyć na kwoty 30–40 tys. zł, o ile w ogóle dotacja została im przyznana (nie licząc „Frondy”, która była szczodrze dotowana za poprzedniej koalicji). Przykładowo w 2015 r. żadnej dotacji nie otrzymały „Nowy Obywatel” oraz „44/Czterdzieści i Cztery”. We wcześniejszych latach „Nowy Obywatel” dostawał ją zwykle dopiero po odwołaniu.
Po wyborach w 2015 r. dotacje popłynęły gdzie indziej. Od 2016 r. środki przestały być w ogóle przyznawane „Krytyce Politycznej” oraz „Przeglądowi Politycznemu”. Czy w zaledwie rok tak obniżyły loty, że z najwyżej punktowanych pism stały się tymi punktowanymi najniżej? Przecież to jest niemożliwe – po prostu zmienił się klucz polityczny, według którego decydują urzędnicy MKiDN. Dotacje przestało także dostawać „Liberté”, a te pisma liberalne, które ostały się wśród beneficjentów, muszą sobie poradzić z środkami obciętymi mniej więcej o połowę. Wyraźnie wyżej notowane są za to pisma konserwatywne (np. „Pressje”, „44” czy „Christianitas”), w ślad za czym w górę poszły też ich dotacje. Absurdalnie wysoko notowany jest miesięcznik „Kurier Wnet” (wydawany przez bliskie PiS Radio Wnet), który ma formę gazety codziennej, tyle że jest cieńszy (prawie 250 tys. zł w latach 2017–2019).
Trzeba jednak przyznać, że sytuacja się minimalnie poprawiła. Dotacje wciąż są rozdawane z klucza politycznego, lecz przynajmniej są nieco bardziej egalitarne. W 2019 r. nie było wsparcia większego niż 105 tys. zł, a czołowe pisma idei, nie licząc tych kilku pominiętych, dostawały je w przedziale 40–70 tys. zł. Oczywiście te bliskie rządzącym są raczej w górnej granicy, a pozostałe – w dolnej. Nie zmienia to faktu, że wciąż to opcja ideowa jest ważniejsza przy rozpatrywaniu wniosków niż wartość merytoryczna i skala rezonowania. Trudno w takich okolicznościach prowadzić uczciwą pracę intelektualną, naprawdę niezależną od władzy – a przecież niezależność pism idei jest ich największą zaletą.

Wzór na ideę

Tytuły ubiegające się o dotację są oceniane w trzech kategoriach – wartość merytoryczna, strategiczna oraz organizacyjna. Kryteria przyznawania punktów w poszczególnych kategoriach na pierwszy rzut oka wydają się rozsądne – np. wartość merytoryczna tekstów, przyciąganie młodych autorów, opiniotwórczy charakter, docieranie do szerokiej rzeszy odbiorców itd. Problem w tym, że są określone tak ogólnie, że dla urzędników nie ma żadnego problemu, by punkty przyznawać arbitralnie. Dzięki czemu w rok można spaść z czołówki na dno. Taka sytuacja jest fatalna dla wszystkich, także tych, którzy w danej chwili są traktowani szczególnie łaskawie. Przecież przy kolejnej zmianie władzy ich sytuacja zmieni się diametralnie. Jak w takiej sytuacji planować rozwój pisma w okresie większym niż jedna kadencja? Po co się w ogóle wysilać, by podnosić jakość gazety, skoro tak dużo zależy od opcji ideowej, która jest przy władzy?
Kryteria przyznawania dotacji dla pism idei powinny odbywać się na zupełnie innych zasadach – na podstawie obiektywnych i wymiernych wskaźników. Zasięg można mierzyć średnią sprzedażą oraz liczbą wejść na stronę internetową w poprzednim roku. Koszty szacować na podstawie liczby numerów oraz ich obszerności liczonej liczbą znaków – oczywiście inaczej dla pism internetowych, a inaczej dla tych, które mają również formę papierową. Opiniotwórczość mierzyć liczbą cytowań w ogólnopolskich mediach oraz artykułach naukowych. Poza tym pisma idei powinny mieć odrębną pulę dotacji – obecnie starają się one o środki z tej samej puli, co pisma stricte kulturalne (np. „Jazz Forum”), literackie („Teksty drugie”) czy historyczne („Mówią wieki”). Tymczasem mają one zupełnie inny charakter, więc trudno je oceniać według tych samych kryteriów.
Oczywiście można zauważyć, że wskaźniki i statystyki są sprzeczne z samą istotą idei jako takiej. Jak można sprowadzić ją do suchych liczb i statystyk? Jak można ją w ten sposób ocenić? To wszystko prawda, tylko nie można zamykać oczu na fakt, że obecny sposób przyznawania dotacji, oparty właśnie na opisowych kryteriach i arbitralnych decyzjach urzędników, zwyczajnie nie sprawdził się w warunkach polskiej wojenki politycznej. A skoro tak, to lepiej spróbować obiektywnych kryteriów, które przynajmniej zapewnią pismom ze wszystkich opcji ideowych w miarę równe boisko. Z dwojga złego lepsze suche liczby niż sympatie aktualnego ministra.