Według naszych źródeł promotorem zniesienia obliga, czyli obowiązku sprzedaży całej wyprodukowanej energii na giełdzie, był m.in. były minister energii Krzysztof Tchórzewski. Od dawna domagała się tego również górnicza Solidarność – jest to jeden z jej postulatów związanych z ogłoszonym 7 września pogotowiem protestacyjnym.
Obóz rządzący oraz górnicza „S” wiążą z tą inicjatywą duże nadzieje. Nawet one różnią się jednak w szacunkach, o ile – dzięki zniesieniu obliga – spadną ceny energii.
Marek Suski (PiS), szef sejmowej komisji ds. energii, twierdzi, że jeżeli mechanizm ten zadziała zgodnie z przewidywaniami, to ceny energii spadną nawet o dwie trzecie.
Reklama
Związkowcy przekonują, że obligo winduje ceny do poziomu dwa–trzy razy wyższego, niż wynosi koszt produkcji. W ich ocenie dzięki jego zniesieniu ceny energii spadną co najmniej o połowę.
Bardziej umiarkowany w swoich szacunkach jest Zbigniew Gidziński, doradca przewodniczącego śląsko-dąbrowskiej Solidarności ds. polityki klimatycznej. Jak nam mówi, brak obliga „spowoduje obniżenie cen energii – według ekspertów – o 25–30 proc.”.

Reklama
Wymienia też argumenty na rzecz zniesienia obliga: – Ustalana metodą kosztów krańcowych cena giełdowa może być stosunkowo łatwo kontrolowana przez podmioty handlujące na giełdzie. Ponadto giełdowi kupcy energii są zobligowani do ustanawiania depozytów w wysokości wolumenu kupowanej energii, co stanowi kolejny i odczuwalny dla nich wydatek, a zupełnie przyzwoity dochód dla firm prawniczych i banków.
Do zwolenników inicjatywy należy także Polska Grupa Energetyczna, największy producent prądu w kraju. Jak nam odpowiada, popiera rozwiązania, które pozwolą na obniżenie cen energii hurtowej i kosztów dla odbiorców końcowych. „Jeśli ceny hurtowe energii spadną, pozwoli to obniżyć koszty zakupu energii przez przedsiębiorstwa na Towarowej Giełdzie Energii i w konsekwencji spowoduje, że energia sprzedawana odbiorcom końcowym będzie tańsza” – wskazuje.
Również Jadwiga Emilewicz (PiS), szefowa parlamentarnego zespołu ds. gospodarki zeroemisyjnej i Europejskiego Zielonego Ładu, uważa, że „zdjęcie części obrotu z giełdy to zdjęcie ryzyka dla zawierających kontrakty długoterminowe – a zatem, przy dobrej polityce właścicielskiej, to solidna podstawa do obniżki cen energii”.
Jednak, jak przekonuje, „propozycja całkowitej likwidacji obliga to leczenie bólu palca przez ucięcie ręki”. – Już dziś nie ma powodu, aby spółki energetyczne wyznaczały cenę energii, bazując na cenach węgla z ARA (porty w Amsterdamie, Rotterdamie i Antwerpii – red). Nawet przy obowiązującym obligo. Podstawa prawna – zgodnie z którą część obrotu pozostałaby jednak na giełdzie, pozwala utrzymać transparentność procesu cenowego. Mam nadzieję, że w toku prac legislacyjnych w Senacie będzie możliwe zostawienie 15, 30 proc. obrotu energią na TGE – podkreśla Emilewicz.
Przeciw likwidacji obliga występuje Urząd Regulacji Energetyki. – Większa dostępność energii na giełdzie sprzyja nie tylko transparentnemu funkcjonowaniu konkurencji, lecz także umożliwia prawidłowe działanie wielu mechanizmów wsparcia, w tym wynikającego z ustawy o OZE – argumentuje.
Zniesienie tego obowiązku ma też wielu przeciwników wśród ekspertów. – To duży krok wstecz dla całego rynku energii elektrycznej. Cofamy się jako kraj do początku liberalizacji – mówi nam Artur Sarosiek, prezes Energy Solution.
Według niego znacząca liczba sprzedawców energii, którzy nie mają swoich źródeł wytwórczych, będzie miała problem z pozyskaniem ofert zakupu energii, tym bardziej że czeka nas jeszcze głęboka reforma rynku z punktu widzenia wytwarzania i przeniesienia większości aktywów węglowych do nowego państwowego podmiotu – NABE.
– Skutkiem braku obliga będzie brak przejrzystości rynku, ograniczona konkurencja i w długiej perspektywie wyższe ceny dla odbiorców – przestrzega Sarosiek.
Również Joanna Maćkowiak-Pandera, szefowa Forum Energii, uważa, że „zniesienie obowiązkowego handlu określonym wolumenem na giełdzie nie tylko nie doprowadzi do spadku cen, ale cofnie nas w czasie o 20 lat”. – Trudno zrozumieć, jakie były powody tej decyzji, nie znam żadnego eksperta lub ekspertki, którzy wspieraliby ten pomysł – podkreśla.
Także Michał Hetmański, prezes Fundacji Instrat, uważa, że zniesienie obliga to chybiony pomysł. Jak przekonuje, potrzebujemy więcej podaży na giełdzie i otworzenia się na prywatnych, a nie państwowych uczestników obrotu. – Problem rekordowych cen należy rozwiązać u sedna – produkcja prądu w Polsce odbywa się w marginalnym stopniu na podstawie cen gazu czy importowanego węgla kamiennego. Elektrownie osiągają rekordowe zarobki, ponieważ oferują dostawy energii elektrycznej na cały kolejny rok nie na podstawie polskiego, kilkukrotnie tańszego węgla (indeks PSCMI1), ale tego importowanego (indeks ARA) – przekonuje.
Podobnie mówi Grzegorz Onichimowski, były szef Towarowej Giełdy Energii, ekspert Instytutu Obywatelskiego. Jest on zdania, że całkowite zniesienie obliga to koniec konkurencyjnego rynku energii w Polsce. – To utrata możliwości uzyskania przez klientów sektora wiarygodnych informacji o cenach energii, to także zagrożenie praktykami uznaniowego traktowania klientów przez spółki energetyczne i ukrywania rzeczywistych marż na wytwarzaniu – przekonuje.
Jak jednak podkreśla, „także podniesienie obliga do 100 proc. nie miało sensu, bo np. zmuszało samorządy – właścicieli spalarni śmieci – do sprzedaży energii poprzez giełdę, zamiast zużyć ją na własne potrzeby”. – Mam nadzieję, że Senat przywróci obligo w pierwotnym kształcie – jako obowiązek wyłącznie dla wielkich grup energetycznych, transakcji między podmiotami powiązanymi lub 40–50- proc. sprzedaży z elektrowni tych grup – zaznacza Onichimowski.
Jakie pole manewru mają odbiorcy, którzy dostają oferty z kilkukrotnie wyższymi cenami energii? – Uniwersalnych recept dla odbiorców nie mam. Może trzeba poczekać, co się pojawi w wyniku tego całego „wzmożenia legislacyjnego” – konkluduje Onichimowski. ©℗