Nie 20 proc., lecz tylko 16 proc. prądu zużywanego w Polsce będzie pochodzić z odnawialnych źródeł. Takie obniżenie wymogów na 2016 r. może uderzyć w branżę i w bezpieczeństwo energetyczne – ostrzegają prawnicy
ikona lupy />
Walka z nadpodażą / Dziennik Gazeta Prawna
Autopoprawki Ministerstwa Gospodarki do projektu ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE) doprowadzą do jeszcze większego kryzysu na rynku zielonych certyfikatów – uważa Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej (PSEW). Chodzi o zmiany przegłosowane 6 listopada na posiedzeniu nadzwyczajnej komisji do spraw energetyki.
– W szeregu poprawek wprowadzonych tego dnia przez resort znalazła się m.in. propozycja nowego przepisu przejściowego – art. 179a. Modyfikuje on zasadę zawartą w art. 59, gdzie wskazano, że w 2016 roku wielkość udziału energii z odnawialnych źródeł energii wynieść ma 20 proc. (tzw. cel OZE) – opisuje Arkadiusz Sekściński, wiceprezes PSEW.
Na mocy przyjętej poprawki, udział ten będzie zmniejszony: w 2015 roku do 14 proc., a w 2016 r. do 15 proc.
Ryzyko załamania rynku
Zmiana ta została negatywnie odebrana przez branżę. Jak wskazują przedstawiciele PSEW, rynek zielonych certyfikatów boryka się od prawie dwóch lat z problemem nadpodaży. Prowadzi to do spadku ich wartości, w wyniku czego produkcja zielonego prądu przestaje być opłacalna. Ustawowe obniżenie udziału OZE w globalnym zużyciu może tylko to zjawisko pogłębić.
– Nadpodaż zielonych certyfikatów osiągnęła na koniec września b.r. poziom 12 101 GWh, co stanowi około 80 proc. prognozowanego rocznego popytu na zielone certyfikaty w 2014 r. W porównaniu z pierwszym kwartałem tego roku nadwyżka wzrosła o 1400 GWh i wciąż rośnie – wylicza Arkadiusz Sekściński.
Zaznacza, że tylko pilne wdrożenie rozwiązań zawartych w projekcie ustawy o OZE – zgodnie z pierwotną treścią zaakceptowaną przez Radę Ministrów, uzupełnioną o dodatkowe rozwiązania (patrz: ramka) – unormuje rynek zielonych certyfikatów. Dziś jest on bowiem bardzo niestabilny. Zjawisko trwałej nadpodaży świadectw pochodzenia tworzy zagrożenie dla istniejących i realizowanych inwestycji wszystkich technologii OZE, ze względu na ryzyko utraty płynności finansowej i zdolności inwestorów do obsługi zaciągniętych kredytów. Konsekwencją może być nawet bankructwo firm.
– Był okres, gdy wartość zielonych certyfikatów wynosiła poniżej 100 zł, a później po zapowiedzi działań zaradczych przez Ministerstwo Gospodarki, wzrosła do prawie 200 zł. „Zielony rollercoaster” jest de facto efektem kompletnego braku transparentności i konsekwencji w działaniu Ministerstwa Gospodarki – twierdzi Wojciech Certnarski, prezes PSEW.
Brak kontroli
Jak zaznacza PSEW, nadpodaż zielonych certyfikatów to skutek przede wszystkim znaczącego wzrostu produkcji prądu w technologii spalania wielopaliwowego (węgiel + biomasa) oraz niedopasowania zapotrzebowania na zielone certyfikaty do zobowiązań Polski w zakresie OZE.
Przypomnijmy, że zgodnie z Krajowym Planem Działania w latach 2010–2012 cel OZE wynosił 10,4 proc., w 2013 roku zaś 12 proc. Był on jednak zupełnie niedostosowany do produkcji zielonej energii: popyt na nią został zamrożony, ale produkcja rosła. Dodatkowo w tamtym okresie inwestorzy mieli też utrudnioną ocenę sytuacji – nie mieli dostępu do aktualnych danych o rynku. Do października roku 2013 były one bowiem publikowane tylko raz w roku, i to z trzymiesięcznym opóźnieniem.
– Niepewność na rynku trwa już ponad rok, bo mimo obietnic resortu gospodarki sprzed prawie dwóch lat żadnych mechanizmów zaradczych nie wprowadzono. Ważne zapisy w tym zakresie przyjęto w projekcie ustawy o OZE – zaznacza Certnarski.
Chodzi m.in. o artykuły 59 i 60 projektu. Pierwszy wskazywał, że Polska w 2016 r. wskakuje na cel 20 proc. w zakresie OZE. W art. 60 znajdował się z kolei zapis, że minister gospodarki do 31 października każdego roku może na podstawie rozporządzenia obniżyć ten cel. W opinii PSEW nawet więc, gdyby 20-procentowy udział OZE obowiązywał jedynie na rok, to i tak udałoby się częściowo zmniejszyć nadpodaż.
– Dziś, bez żadnego racjonalnego uzasadnienia, Ministerstwo Gospodarki wnioskuje o usunięcie przyjętych już rozwiązań, i to mając pełną świadomość, iż doprowadzi to do ponownego krachu na rynku zielonych certyfikatów – puentuje Certnarski.
Resort jednak nie podziela stanowiska PSEW, jakoby ustalenie na 2016 r. 20-procentowego celu OZE mogło zmniejszyć nadpodaż certyfikatów. Wskazuje, że zmiana obniżająca obowiązek dla lat 2015–2016 powtarza obowiązujące już zapisy rozporządzenia ministra gospodarki w sprawie szczegółowego zakresu obowiązków uzyskania i przedstawienia do umorzenia świadectw pochodzenia, uiszczenia opłaty zastępczej, zakupu energii elektrycznej i ciepła wytworzonych w odnawialnych źródłach energii (...) (Dz.U. z 2012 r. poz. 1229 ze zm.).
– Nadpodaż to problem nadprodukcji zielonej energii wobec wymaganej wysokości obowiązku jej zakupu. Proponowana zmiana ma na celu potwierdzenie, iż wysokość przedmiotowego obowiązku na lata 2015–2016 pozostaje na obecnym poziomie. Ustawodawca nie zakłada jego zwiększenia, gdyż oznaczałoby to zdecydowane zwiększenie kosztów funkcjonowania systemu wsparcia dla OZE, co stałoby w sprzeczności z główną ideą regulacji, jaką jest optymalizacja kosztowa systemu – wyjaśnia Mariusz Kozłowski z wydziału prasowego resortu gospodarki.
Zaznacza, że podniesienie obowiązku do poziomu 20 proc. wiązałoby się również z dużym wzrostem kosztów dla odbiorców końcowych.
Cel ustawy
– Argument ministerstwa, że stosowanie narzędzia, które przywróciłoby ceny zielonych certyfikatów do racjonalnego poziomu, będzie miało bezpośredni wpływ na wzrost kosztów dla odbiorców końcowych, jest nieuzasadniony – akcentuje Sekściński.
Wiceprezes PSEW odwołuje się do danych Eurostatu.
– W Polsce w latach 2012–2013 ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych spadły o 3,9 proc. A przecież to okres, w którym stosunkowo intensywnie rozwijała się energetyka odnawialna oraz tzw. współspalanie, uprawnione do otrzymywania zielonych certyfikatów – opisuje wiceprezes PSEW.
I dodaje, że na wysokość rachunku za prąd ma wpływ wiele innych czynników, przede wszystkim koszty opłaty sieciowej, a nie wsparcie dla zielonych technologii.
– W naszym kraju przeciętny konsument płaci za rozwój OZE tylko 4,7 proc. swojego rachunku za prąd, w tym tylko 1,5 proc. na rozwój energetyki wiatrowej. Oznacza to, że wsparcie energii z wiatru kosztuje typową polską rodzinę niecałe 1,7 zł miesięcznie – wylicza ekspert.
Argumentacji resortu nie podziela również Fundacja ClientEarth, pozarządowa organizacja skupiająca prawników specjalizujących się w prawie ochrony środowiska.
– Nawet 20-procentowy poziom umorzonych świadectw pochodzenia jest zbyt niski, jeśli chcemy naprawdę rozwijać energetykę odnawialną. Niezrozumiałe jest zarówno obniżenie tego poziomu do 14–15 proc., jak i tłumaczenie Ministerstwa Gospodarki. Celem ustawy o OZE powinno być zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego kraju poprzez generowanie nowych mocy w rozproszonej energetyce odnawialnej – przekonuje Robert Rybski, prawnik fundacji.
– Rząd powinien zrezygnować z udzielania wsparcia dla kontrowersyjnej technologii spalania węgla z biomasą. Pomimo że współspalanie otrzymało największą część zielonych certyfikatów, to nie doprowadziło do powstania nowych mocy zainstalowanych w OZE – kończy prawnik.
Etap legislacyjny
Prace w komisji
Inteligentne liczniki prądu zmuszają klientów do oszczędzania? GazetaPrawna.pl