Związkowcom trzeba przyznać, że zrobili to umiejętnie, choć nie reprezentują przecież silnej, wschodzącej gałęzi gospodarki. Gdy w 2020 r. rząd już nie mógł dłużej zwlekać z rozmowami o harmonogramie zamykania nierentownych kopalń, ustami wicepremiera Jacka Sasina zadeklarował, że zmiany przeprowadzi w zgodzie społecznej, czyli w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi. To już wydało się nieco karkołomne i można było oczekiwać, że zgoda branży na jej własne zamknięcie będzie słono kosztować. Później rozmowy przejął wiceminister aktywów państwowych Artur Soboń i zdawało się, że rząd odzyskał sterowność. We wrześniu 2020 r. podpisano porozumienie wyznaczające po raz pierwszy datę zamknięcia kopalń (2049 r.), a kolejne tury spotkań ze związkami kończyły się zaskakująco optymistycznymi w wydźwięku konferencjami Sobonia z szefem śląsko-dąbrowskiej Solidarności Dominikiem Kolorzem.
Maszyna zacięła się w styczniu, gdy związki nie zostawiły suchej nitki na rządowym projekcie umowy społecznej, która ma być rozwinięciem wrześniowego porozumienia. I zaczęło być jasne, że rozpoczęła się prawdziwa walka – o więcej środków na dotacje do wydobycia do czasu wygaszenia kopalń, odprawy i urlopy górnicze, czyste technologie węglowe, które mają przedłużyć życie węgla, choć ich perspektywy rynkowe wyglądają marnie, oraz transformację całego regionu. Związki zapowiedziały swój projekt, przejmując stery dalszej dyskusji, skoro jeszcze przed rozpoczęciem rozmów 25 stycznia Soboń zgodził się, aby to ich projekt był podstawą dalszych negocjacji. W trakcie siedmiogodzinnego spotkania dokument był skrupulatnie omawiany w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim.
Po spotkaniu Soboń i Kolorz ogłosili coś, co można nazwać powrotem do punktu wyjścia. Spodziewano się rychłej finalizacji prac, tymczasem oni zapowiedzieli powołanie zespołów roboczych, które zajmą się kwestiami zawartymi w poszczególnych rozdziałach związkowego dokumentu, a szef śląsko-dąbrowskiej Solidarności zaczął mówić o dodatkowym postulacie w postaci przywrócenia węglowego źródła dla powstającej elektrowni Ostrołęka C. Orlen w połowie 2020 r. poinformował, że inwestycja będzie na gaz, a później pozyskał PGNiG jako inwestora. Kolorz argumentował, że lepsza elektrownia na krajowy węgiel niż importowany gaz. Powoływał się też na niestabilność źródeł odnawialnych (OZE), o czym pisała europosłanka PiS Izabela Kloc.
Taki postulat może świadczyć o odżywających aspiracjach węglowych. Wiele osób na hasło „Ostrołęka C” widzi Krzysztofa Tchórzewskiego. Były minister energii był postrzegany jako polityczny orędownik inwestycji w wersji węglowej, ostatniej takiej w Polsce. Szybko okazało się, że nie będzie ona opłacalna, bo polityka klimatyczna Unii i ceny pozwoleń na emisję przyspieszyły, a inwestycji węglowych nie wspierają praktycznie żadne banki. Jednak wiele miesięcy trwało, zanim ktoś powiedział „król jest nagi”, a po drodze zjedzono kolejne miliony (mówi się o ponad 1 mld zł). Nieoficjalnie słyszymy, że Tchórzewski znów pojawił się na zapleczu eksperckim partii rządzącej. Wzmożenie widać też wśród polityków z regionu. Aktywna jest Izabela Kloc, która pisała niedawno, że czas przeprosić się z węglem.
„Seria poważnych awarii w europejskiej energetyce nie jest dziełem zimy ani pechowego zbiegu okoliczności. Przyczyną okazała się zawodność OZE. W czasie niemieckiej prezydencji w UE był to temat tabu” – czytamy. Instalacje OZE faktycznie nie są tak stabilne, jak źródła konwencjonalne, ale węgiel nie jest jedynym rozwiązaniem. Wśród czystszych rozwiązań problemu są magazyny energii czy instalacje zielonego wodoru. I zdaje się, że w obliczu nieuniknionego Polska powinna inwestować w zielone technologie, a nie tworzyć kolejne fundusze dla technologii węglowych. Nie traćmy na węgiel więcej środków niż musimy zainwestować, by z niego wyjść.