Czy do 2024 r. powstanie w Polsce pierwsza elektrownia jądrowa?

– Nie powstanie. I nie tylko do 2024 r., ale nigdy. To projekt czysto polityczny, który z ekonomicznego punktu widzenia nie ma uzasadnienia ze względu na koszty. Mam nadzieję, że przetarg na inżyniera kontraktu zostanie przez PGE anulowany, bo oznaczałby wyrzucenie 1,25 mld zł.

Dlaczego?

Cena energii elektrycznej na rynku hurtowym wynosi dziś poniżej 200 zł za MWh, a z nowych elektrowni węglowych energia kosztuje około 250 zł/MWh. Żeby polski projekt jądrowy był rentowny, cena energii elektrycznej musiałaby być trzy razy większa. Wielka Brytania, który przymierza się do budowy nowej elektrowni jądrowej, zgodziła się na 93 funty za MWh przez 30 lat w ramach kontraktów różnicowych. To daje 470 zł za MWh.

W jaki sposób wyszło więc panu 600 zł za MWh?

Różnica polega na tym, że Brytyjczycy budują nowe elektrownie jądrowe w miejscu starych, gdzie istnieje już m.in. infrastruktura wody chłodzącej i systemu elektroenergetycznego. W warunkach polskich, np. w Żarnowcu, byłby to tzw. greenfield project. To oznacza, że koszty budowy polskiej elektrowni byłyby o 25–30 proc. wyższe niż brytyjskiej. Ta różnica przełożyłaby się na cenę energii w hurcie na poziomie 600 zł za MWh.

Ale energetyce jądrowej będzie sprzyjać restrykcyjna polityka klimatyczna UE.

Żeby tak się stało, ceny pozwoleń na emisje CO2 musiałyby zostać podniesione do 70 euro za tonę, co trudno sobie wyobrazić. Z moich wyliczeń wynika, że gdyby zastosować kontrakty różnicowe, to do każdego bloku jądrowego musielibyśmy dopłacać 2,5–3 mld zł rocznie przez 30 lat. Budowa bloku to koszt inwestycyjny ok. 40 mld zł. Takiej zdolności kredytowej nie ma cała polska energetyka. Jeśli zsumujemy EBITDA spółek PGE, Tauron i KGHM, to przy założeniu, że zadłużenie może być 2,5-krotnością tej liczby, i tak nie uda się zebrać tej kwoty. A pamiętajmy o tym, że PGE zostanie na 15 lat z tej możliwości wyłączone, bo rozbudowa Opola za 11,5 mld zł wyssie zasoby z tej grupy.

Od strony technicznej są jakieś przeciwwskazania?

Wszystkie rozważane lokalizacje dotyczą północy Polski, gdzie nie ma wystarczającej liczby odbiorców, bo przemysł stoczniowy w dzisiejszym kształcie to za mało. Jeśli na mapie Polski ołówkiem zakreślimy linię od Nysy na południu przez Wrocław do Poznania, potem Warszawę i wzdłuż Wisły do Cieszyna, to wyjdzie nam obszar 35 proc. powierzchni Polski, który zużywa 70–80 proc. energii. Jeśli powstałyby elektrownie jądrowe o mocy 6000 MW na północy, to tę energię trzeba ściągnąć do bardziej energochłonnych rejonów. Do tego potrzeba co najmniej czterech do pięciu linii najwyższych napięć. Ich budowa zajmie co najmniej 10–15 lat ze względu na problemy z pozyskiwaniem gruntów. W Polsce mamy od 30 do 50 właścicieli gruntów na kilometr linii.

Ale reaktory stoją w 15 z 28 unijnych państw.

Bierzmy przykład z Niemiec, które likwidują elektrownie jądrowe, stawiając częściowo na źródła odnawialne, ale głównie na węgiel brunatny, z którego produkcja energii elektrycznej osiąga dziś w Niemczech historyczne rekordy pomimo zwiększenia emisji CO2, np. w 2012 r. o ponad 20 mln ton. Nawet Japonia przymierza się do budowy bloków węglowych, mimo że sektor jądrowy odpowiadał za ponad 1/3 tamtejszego wytwarzania. Na energetykę jądrową stawiają dziś w Europie głównie kraje, które nie mają własnych źródeł paliwa – np. Finlandia i Węgry.

System energetyczny Polski powinien nadal się opierać na węglu?

Według moich prognoz w 2050 r. z węgla będziemy produkować ponad 50 proc. energii. OZE będą uzupełnieniem, a ich udział może sięgnąć 20–25 proc. W przyszłości spodziewam się rosnącej roli gazu ze źródeł konwencjonalnych i niekonwencjonalnych, który będzie coraz tańszy i łatwiej dostępny. Jeśli ceny w Europie spadną do 200–250 dol. za 1000 m sześc., prawie nikt w Europie nie będzie myślał o atomie.