Dostawcy reaktorów, producenci wiatraków i paneli słonecznych, branże węglowa i gazowa. Energetyka podzielona jest na obozy lobbujące o miejsce na rynku według jednej zasady: wszystkie chwyty dozwolone.
Reklama

Reklama
Kiedy w maju Warren Buffett, jeden z najbogatszych ludzi globu, wykładał prawie 2 mld dol. na sfinansowanie budowy farm wiatrowych w USA, część komentatorów pukała się w czoło. Po zeszłotygodniowym wystąpieniu Baracka Obamy, w którym ogłosił on plan ostrych redukcji emisji CO2, stało się jasne, że stary lis ponownie postawił na dobrego konia. – Z całą pewnością energetyka nie zrobi z ciebie bogacza, ale pozwoli nim pozostać – tak w rozmowie z „Financial Timesem” Buffett tłumaczył swoje ostatnie plany.
O ile twierdzenie, że amerykański zwrot w polityce klimatycznej oraz energetycznej był dziełem zakulisowych gierek z udziałem Buffetta, jest z całą pewnością nadużyciem, o tyle hipotezę, że „mędrzec z Omaha” wpływał na kształt kluczowego wystąpienia prezydenta USA, można już sobie wyobrazić. Tym bardziej że do tej pory Ameryka nie garnęła się do ograniczania emisji CO2 – powszechnie uważanego za głównego sprawcę zabójczych dla ludzi i gospodarek kataklizmów pogodowych.
Wśród gospodarek napędzających wzrost paliwami kopalnymi zieloną wyspą chciała być jedynie Unia Europejska. Odpowiadając za zaledwie 14 proc. światowych emisji gazów cieplarnianych, wdraża tzw. pakiet 3 x 20. Jego fundamentem jest spadek emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r. w porównaniu z 1990 r. Ale jak widać, wpływy producentów wiatraków i paneli słonecznych sięgają coraz głębiej. Pomimo kryzysu obie branże widzą przyszłość w różowych kolorach. Ta druga szacuje, że wpływy ze sprzedaży ogniw sięgną w tym roku 75 mld dol., a w ciągu kilku lat przychody branży przekroczą nawet 115 mld dol.
Jeden z najbardziej znanych lobbystów Michel Clamen w książce „Lobbing i jego sekrety” za kluczową w rozgrywce o dusze decydentów uznaje sztukę argumentowania. Tylko precyzyjnie dobrane twierdzenia poparte wiarygodnością mogą przekonać decydującą o kierunkach rozwoju biznesu administrację do racji konkretnych grup, np. przemysłu spożywczego, tytoniowego czy wreszcie branży energetycznej. Tylko jak to zrobić?
Francuz wie, bo sprawił, że Paryż uzyskał w Brukseli zgodę na ochronę przemysłu cukrowniczego. Bez niej los liczącej 150 tys. farmerów branży w starciu z tanim cukrem z krajów tropikalnych byłby z góry przesądzony. – Takie targi odbywają się według zasady: przysługa za przysługę. Rzadko strony się szantażują, tego na europejskich salonach robić już nie wypada. Zgoda jednej strony musi się więc spotkać z konkretną pomocą z drugiej. Powszechne są także porozumienia piętrowe, nieco bardziej skomplikowane, dzięki czemu politykom łatwiej się z nich wytłumaczyć: że bardzo się chciało, ale nie wyszło – obrazowo opisuje schemat działań polityków i lobbystów Władysław Mielczarski, ekspert Europejskiego Instytutu Energii.

Ręka rękę myje

Za przykład takiego porozumienia służą powtarzane w branży energetycznej, i zasłyszane w Europarlamencie, wydarzenia z ostatnich miesięcy 2008 r. Jesień upływała w UE pod znakiem gorących negocjacji tzw. pakietu klimatycznego. Stara Europa naciskała, by od początku 2013 r. wszystkie elektrownie płaciły za 100 proc. CO2 emitowanego powyżej średniej emisyjności elektrowni gazowej. Miało to zmusić rządy do zastępowania węglowej energetyki nowymi technologiami. Najchętniej panelami słonecznymi i wiatrakami, które – co za przypadek – produkuje się głównie w Niemczech, Danii oraz we Francji. Ta ostatnia wprowadzała także wówczas na rynek rękami swoich atomowych prymusów – EDF i Arevy – najnowszy model reaktora jądrowego. Nowe rynki zbytu dla elektrowni atomowych również były w Paryżu mile widziane.
Dla polskiej gospodarki w 90 proc. uzależnionej od węgla parapodatek w postaci opłat za CO2 oznaczałby skokowy wzrost cen energii elektrycznej i w efekcie utratę konkurencyjności. Eksperci szacowali koszt zielonej reformy dla Polski nawet na 100 mld euro. Polska stanęła więc na czele zbuntowanej grupy dziewięciu państw, które blokowały rewolucję. I kiedy do unijnego szczytu zostały dni, obradujących w Gdańsku buntowników odwiedził prezydent Francji. W rozmowie z dziennikarzami spotkanie z premierami dziewięciu państw Nicolas Sarkozy ocenił jako „użyteczne”. A potem wszystko poszło już jak z płatka.
Polska poparła pakiet klimatyczny, Francuzi przeforsowali dla zbuntowanej dziewiątki derogację, okres przejściowy, w którym większą część limitów CO2 otrzymujemy za darmo. Co zyskała Francja? Przepchnęła pakiet klimatyczny i uratowała renomę sprawnej dyplomacji. Poza tym, oficjalnie, już nic. W mediach pojawiły się jednak spekulacje, że ceną za złagodzenie polityki klimatycznej, było przyrzeczenie przez Warszawę wybudowania dwóch elektrowni jądrowych rękami francuskiego przemysłu atomowego. Rachunek za taką inwestycję także wynosi 100 mld, ale liczonych w złotych. I choć o budowie jądrówek przebąkiwało się w Polsce od 2005 r., kluczowe decyzje o rozpoczęciu programu budowy stosów podejmował już rząd Tuska. Zaledwie miesiąc po derogacyjnej wiktorii i spotkaniu w Gdańsku rząd przyjął uchwałę w sprawie rozwoju energetyki jądrowej.
Z powodu kryzysu realizacja atomowego programu co prawda się odsuwa, odpowiedzialne za realizację inwestycji PGE, zapewne zgodnie z regułami „Lobbingu i jego sekretów”, sięga od czasu do czasu po głośne autorytety opowiadające się za budową elektrowni jądrowych. Bo ustalenia na szczytach to jedno, ale bez przekonania mediów i społeczeństwa taka inwestycja nie ma szans na powodzenie. Nawet wrogowie atomu przyznawali, że ściągnięcie przed rokiem do Warszawy Patricka Moore’a, „nawróconego” ekologa, byłego współzałożyciela organizacji Greenpeace, było strzałem w dziesiątkę. Wizyta miała precyzyjnie napisany scenariusz, w którym pierwsze skrzypce grała argumentacja finansowa. – Jeżeli atom jest taki drogi, dlaczego najniższe koszty produkcji prądu mają Szwecja, Finlandia i Francja (te kraje postawiły na energetykę jądrową – red.)? Energia elektryczna jest najdroższa w Niemczech i Danii, które mają najwięcej energii z wiatru i słońca. Zużywają paliwa kopalne, ale to z pewnością nie one powodują, że cena jest tak wysoka. W dodatku Szwecja czy Francja mają o połowę niższą emisję CO2 na mieszkańca niż Niemcy czy Dania, dlatego że ze względu na duży udział atomu używają mało paliw kopalnych – mówił uczestnik pierwszej wyprawy antyatomowej na świecie. Francuskie, amerykańskie i japońskie koncerny, główni gracze na nuklearnym rynku, mogły zacierać ręce.
Moore proponował Polsce postawienie na atom, ale puszczał też oko do silnego w Polsce lobby węglowego. – Zastępujcie elektrownie węglowe dopiero w momencie zakończenia ich czasu eksploatacji, przy jednoczesnym wykorzystaniu zasobów gazu ziemnego dla zaspokojenia popytu na energię w szczytach, kiedy potrzeba jej najwięcej – opowiadał na spotkaniach z dziennikarzami. Zdecydowanie atakował za to źródła odnawialne, takie jak wiatr i energia słoneczna, bo są według niego bardzo drogie i nie zapewniają stabilnych dostaw energii. Na dodatek wielki sukces branża ma już za sobą. – Giełdowa wycena niemieckiego przemysłu energii słonecznej spadła w ciągu trzech lat o 95 proc. – z 25 mld do 1,2 mld euro – mówił w sierpniu 2012 r. – Te pieniądze są stracone dla inwestorów i dla firm. To odpowiedź dla ludzi, którzy twierdzą, że energia słoneczna jest rozwiązaniem. Jasno widać, że nie jest, i nie mają racji ci, którzy twierdzą, że atom jest za drogi, a wiatr i słońce są rozwiązaniem – atakował czyste elektrownie.

Zieloni się nie dają

Zdaniem ekologów Moore zasługuje na miano sprzedawczyka. Greenpeace już w 2008 r. opublikował na stronie internetowej oświadczenie, w którym wytyka mu usługi dla największych korporacji świata słynących z lekceważącego podejścia do ochrony środowiska. Moore miał pośrednio brać pieniądze m.in. od takich gigantów przemysłu genetycznie modyfikowanych nasion, jak Monsanto, czy organizacji lobbującej na rzecz koncernów karczujących lasy. Greenpeace wytyka mu też współpracę z jedną z największych firm kreujących wizerunek Burson-Marsteller. Ta agencja PR zasłynęła z reprezentowania paliwowego giganta Exxon po katastrofie tankowca Valdez oraz chemicznego kolosa Union Carbide, gdy doszło do gigantycznego zatrucia chemikaliami w indyjskiej miejscowości Bhopal.
Atakowani przez Moore’a zieloni nie są wcale bezbronni. Analiza działań organizacji zwalczających czarną energetykę w Polsce pokazuje, że siła rażenia narracji antywęglowej jest bardzo duża. I kosztowna. Sporo szumu wywołała informacja o finansowych powiązaniach Europejskiej Fundacji Klimatycznej (ECF – European Climate Foundation) z polskimi think tankami nawołującymi do ograniczenia znaczenia energetyki węglowej, a nawet ze stowarzyszeniem powołanym przez Ministerstwo Gospodarki, której twarzą był wówczas wicepremier Waldemar Pawlak.
ECF to faktycznie prężna brukselska instytucja współfinansowana przez Komisję Europejską oraz największe ekoorganizacje świata. Problem w tym, że za takimi fasadami często stoją korporacje, które korzystają z rozwoju zielonej energetyki. Tak jest m.in. z fundacją ClientEarth, której pomysłodawcą jest brytyjski miliarder powiązany z producentami ekologicznych technologii.ClientEarth to organizacja skupiająca prawników, która w Polsce zasłynęła choćby z blokowania budowy dwóch bloków na węgiel kamienny w Opolu. Sypie także piach w tryby energetycznemu wehikułowi Jana Kulczyka, który na Pomorzu chce stawiać równie wielką siłownię opalaną węglem.
Logo ECF znaleźć można na większości publikacji polskich naukowców skupionych w instytutach i stowarzyszeniach. Fundacja dołożyła się ostatnio m.in. do pracy „Węgiel brunatny paliwem bez przyszłości”, która wyszła spod ręki byłego głównego geologa kraju Michała Wilczyńskiego. Ekspert rysuje w niej przerażający obraz odkrywkowego górnictwa. Jak policzył Wilczyński, od początku działalności branży węgla brunatnego w Polsce zdjęto i przemieszczono blisko 18 mld ton skał przykrywających pokłady węgla. Samego węgla wydobyto „tylko” 2,4 mld ton. Termin publikacji nie jest przypadkowy. W wyniku kryzysu w Europie węgiel brunatny wraca do łask, bo jest najtańszym dostępnym paliwem. Jest także najbardziej „brudny”, ale przy dzisiejszych niskich kosztach obowiązkowych opłat za emisję CO2 nie ma to znaczenia. Jego zużycie wzrosło więc nie tylko w Polsce, lecz także w uznawanych za wzór zielonej rewolucji Niemczech. Poddawana właśnie aktualizacji „Polityka energetyczna Polski do 2030 r.” ma stawiać nacisk na powstanie górniczo-energetycznego kombinatu Legnica-Lubin-Ścinawa. Tamtejsze złoża węgla brunatnego starczyłyby na kilkadziesiąt lat. Inwestycję na pewno będą blokować zieloni.
Ponieważ opracowanie Wilczyńskiego trafi do ograniczonej liczby odbiorców, zieloni ze swoim przekazem starają się dotrzeć do telewizji. Ostatni szturm na 100-metrowy szczyt komina chłodniczego w Elektrowni Turów zagościł w najpopularniejszych programach telewizyjnych. Co prawda warunki pogodowe uniemożliwiły aktywistom z Polski, Czech, Węgier i Finlandii na rozwinięcie transparentu w kształcie krzyża z napisem „PGE – węgiel zabija”, ale i tak akcja zwróciła uwagę na problem.
Nieco wcześniej Greenpeace opublikował raport, z którego wynika, że w wyniku emisji pyłów, trujących gazów oraz metali ciężkich wydostających się z polskich elektrowni i elektrociepłowni rocznie umiera w Polsce przedwcześnie nawet 5,4 tys. osób. Greenpeace podaje też, że powyższe dane są wynikiem analizy raportu Uniwersytetu w Stuttgarcie. Tamtejsi eksperci twierdzą, że emisje z europejskich elektrowni węglowych w znacznym stopniu potęgują konsekwencje zdrowotne wynikające z zanieczyszczenia środowiska. Ich zdaniem w skali całej Unii Europejskiej roczny rachunek za „działalność” takich siłowni wynosi od 15,5 do nawet 42,8 mld euro rocznie.
Taka żonglerka liczbami jest elementem „budowania wiedzy uczestników gry” – to kolejna kluczowa myśl lobbysty Michela Clamena. Ledwie kilkanaście tygodni przed wystąpieniem Obamy na łamach „Proceedings of the National Academy of Science” – jednego z najchętniej cytowanych periodyków naukowych na świecie – można było przeczytać m.in. o tym, że analiza danych historycznych wykazuje zależność pomiędzy ociepleniem klimatu a częstotliwością uderzeń silnych huraganów.
Teza artykułu zwala z nóg: jeśli temperatury na Ziemi wzrosną o 2 stopnie Celsjusza, huragany o sile Katriny, która w 2005 r. spustoszyła amerykańskie południe, zabiła prawie 2 tys. ludzi i spowodowała straty rzędu 87 mld dol., będą atakować średnio co dwa lata, czyli dziesięć razy częściej niż obecnie. Klimatolog Aslak Grinsted z Instytutu Nielsa Bohra na Uniwersytecie Kopenhaskim podkreśla, że sztormy będą bardziej gwałtowne, a jednocześnie – wskutek ocieplenia – wzrośnie poziom wód na świecie, co sprawi, że żywioł stanie się bardziej niszczycielski. Zaradzić może temu zbudowanie 11 tys. wiatraków, które zastąpią prawie 600 elektrowni węglowych rozsianych po całych Stanach.
Tak się stanie, ale tylko pod warunkiem że winnymi globalnego ocieplenia są człowiek i jego działalność. A środowiska naukowe nie są w tej kwestii zgodne. Zieloni mają fundusze, żeby w tym sporze przeciągać linę na swoją stronę.
Za współtwórcą ClientEarth stoi ojciec Zaca Goldsmitha, brytyjskiego polityka. On sam widnieje na stronie internetowej CE jako patron fundacji. Ben, brat Zaca, zarządza funduszem inwestycyjnym o portfelu ponad 100 mln funtów, który chętnie inwestuje w firmy z sektora zielonych technologii. Wrogiem numer jeden dla tej branży są bloki węglowe, z tańszą technologią i paliwem, niewymagające dopłat. A tylko w tym roku Europa dopłaci zielonym producentom 20 mld euro.
Warszawskie biuro CE powstało w 2010 r. i jest czwartym po Londynie, Brukseli i Paryżu. Zespół współtworzą młodzi, ale doświadczeni prawnicy. Kilku dla pracy w CE porzuciło Komisję Europejską czy renomowaną kancelarię Weil, Gotshal & Manges.

Węgiel ma moc

Roczny budżet polskiego oddziału sięga 1 mln zł, a na liście instytucji i fundacji współfinansujących organizację nie brakuje tych wpływowych. Są tam m.in. DG Environment, środowiskowe ramię Komisji Europejskiej, działająca na całym świecie The Oak Foundation i The Sigrid Rausing Trust oraz ECF.
Ciekawych wniosków dostarcza także sprawdzenie powiązań personalnych w tej ostatniej. W radzie nadzorczej ECF zasiada Caio Koch-Weser. W 2008 r. nazwisko byłego wiceprezesa Deutsche Banku i przewodniczącego Rady Unii Europejskiej pojawiło się w mediach przy okazji śledztwa w sprawie przyjęcia łapówek przy udzielaniu gwarancji dla Gazpromu, od którego Polska kupuje ponad połowę potrzebnego paliwa. Rosjanie zainteresowani są rozwijaniem w naszym kraju energetyki gazowej, a ta konkuruje o rynek z tańszym węglem. Zdaniem wielu obserwatorów Gazprom robi bardzo dużo, żeby utrzymać dominującą rolę błękitnego paliwa w Europie. Wielkie fundusze think thanków, fundacji czy wreszcie organizacji pozarządowych nawołujących do budowy farm wiatrowych i elektrowni słonecznych mogą mieć swoje źródło także w Moskwie, bo niestabilne źródła prądu muszą być równoważone elektrowniami gazowymi.
Ale branża węglowa również nie chce być chłopcem do bicia. Wojenną machiną oblężniczą czarnego lobby jest EURACOAL, czyli Europejskie Stowarzyszenie Węgla Kamiennego oraz Brunatnego. Organizacja ma swoje wpływy we wszystkich kluczowych ciałach UE. Działa mniej widowiskowo, ale jest skuteczna, choć w sprawie kluczowego dla Polski i spalającego węgiel regionu głosowania w sprawie backloadingu, czyli próbie anulowania części pozwoleń na emisję CO2, „węglarzom” udało się ugrać jedynie kilka miesięcy zwłoki.
W tym roku na czele organizacji reprezentującej ponad 35 koncernów z 20 krajów stanął Paweł Smoleń, wiceprezes PGE. – Staramy się tylko o to, żeby ten rodzaj lobbingu, który bywa zorientowany wyłącznie na interesy konkretnych firm i branż innych niż węglowe, nas nie „wylobbował” z rynku – tłumaczy. – Zwłaszcza sztucznymi hasłami jak „dekarbonizacja”, rozumiana jako eliminacja energetyki węglowej, czy rozwiązaniami prawnymi typu backloading, podatek węglowy itp. – dodaje. Smoleń uważa, że każdy kraj UE powinien mieć prawo do takich rozwiązań energetycznych, jakie uważa za stosowne. – To oznacza prawo do stosowania takich paliw, które ma dostępne lub łatwo może importować, bez względu na to, czy to jest węgiel kamienny, brunatny, gaz łupkowy czy konwencjonalny – mówi.
A Polska ma węgiel. Przywiązanie i sentyment do górnictwa objawiają się u nas silnymi wpływami w resorcie gospodarki. Kiedy w kwietniu PGE zrezygnowała z powodu nieopłacalności z budowy dwóch bloków na węgiel w Opolu, podniosła się wrzawa krytykujących ją za to ekspertów, polityków, radnych oraz mediów lokalnych. W obronie inwestycji powstało nawet w Opolu miasteczko protestacyjne. Lobbing był tak silny, że po dwóch miesiącach premier obiecał przed kamerami kontynuowanie projektu. Jak, za ile i czyimi rekami, okaże się do połowy sierpnia.
Tomasz Terlecki z ECF, który przygląda się tej szamotaninie, załamuje ręce. Przypomina, że resort środowiska opracował scenariusze przyszłych zmian klimatu dla naszego kraju i oszacował, że przystosowanie naszej gospodarki do zmian będzie w latach 2011–2020 kosztowało ok. 81 mld zł. – Można oczywiście tego nie robić, ale wtedy rachunek za niepodjęcie działań wyniesie ok. 86 mld zł, a w latach 2021–2030 nawet 120 mld zł. To w czyim interesie jest przeciwdziałanie pogłębianiu się zmian klimatu? – mówił w pierwszym wywiadzie dla mediów, jakiego udzielił DGP.
Problem w tym, że czysta energetyka wysysa z budżetu porównywalne pieniądze. System wsparcia odnawialnych źródeł energii w Polsce na najbliższe lata może pochłonąć ok. 50 mld zł, a dotąd kosztował blisko 20 mld zł (z informacji, do których dotarł DGP wynika, że rząd planuje drastyczne obcięcie dopłat dla właścicieli m.in. farm wiatrowych). Liczonych w dziesiątki miliardów dotacji chce morska energetyka wiatrowa. Terlecki odpowiada, że węgiel to także od lat silnie wspierana gałąź polskiej gospodarki. Fundacja próbuje więc zmieniać nastawienie do węgla, promując niskoemisyjną gospodarkę. Światło dzienne ujrzał właśnie ponad 200-stronicowy raport pt. „Niskoemisyjna Polska 2050”. Kilkudziesięciu ekspertów pod przewodnictwem Instytutu na rzecz Ekorozwoju i Instytutu Badań Strukturalnych przekonuje, że odejście od węgla to dla Polski szansa na krok w kierunku innowacyjnej gospodarki. Publikację wypełniają precyzyjne obliczenia kosztów, zysków i prognoz związanych z wprowadzeniem wielkiej modernizacji opartej na niskoemisyjności.
Ostatni kryzys w Europie pokazał jednak, że dzisiaj trudno jest przewidzieć przyszłość w perspektywie nawet kilku lat, a co dopiero kilkudziesięciu. W tym czasie zwalczające się frakcje energetycznego lobby będą zmuszone do zażartej walki o wpływy w decydującym o kierunku wydatków świecie polityków i administracji. W ogarniętej spowolnieniem gospodarce pieniędzy dla wszystkich nie wystarczy. Ten problem dobrze widać w Polsce, która planuje rozwijać równolegle energetykę jądrową i poszukiwać gazu łupkowegoi jednocześnie jest zakładnikiem ponad 100-tys. rzeszy górników, a która wszystkim wydatkom nie podoła. Ktoś wygra, a ktoś przegra. Lobbyści, na start!
Targi odbywają się według zasady: przysługa za przysługę. Zgoda jednej strony musi się więc spotkać z konkretną pomocą z drugiej. Powszechne są także porozumienia piętrowe, dzięki czemu politykom łatwiej się z nich wytłumaczyć: że bardzo się chciało, ale nie wyszło