Zdaniem branży system wsparcia dla pierwszych polskich farm wiatrowych na morzu powinien obejmować kontrakty na odbiór energii na etapie uzyskania pozwoleń środowiskowych i gwarancję realizacji infrastruktury przyłączeniowej. Jednocześnie inwestorzy powinni zapewnić udział rodzimych firm w realizacji kosztownego kontraktu budowy wiatrowych farm na morzu. Według WindEurope koszty inwestycyjne na 1 MW dla morskiej energetyki wiatrowej (offshore) spadły między 2015 a 2018 r. z 4,5 do 2,5 mln euro.

Na razie założenia

W odpowiedzi dla DGP pytane o specustawę Ministerstwo Energii podkreśla, że Bałtyk to nowy, obiecujący rynek dla morskiej energetyki wiatrowej w Europie. „Obszar Morza Bałtyckiego posiada potencjał, aby stać się centralnym węzłem energetycznym Europy północno-wschodniej” – czytamy. Resort przypomina, że zgodnie z projektem Polityki Energetycznej Polski do 2040 r. offshore został włączony do bilansu elektroenergetycznego już w 2027 r., a do 2040 r. na morzu może być zainstalowanych nawet ok. 10,3 GW mocy.

Według informacji resortu obecnie trwają w nim prace koncepcyjne i analityczne dotyczące założeń do projektu ustawy o morskiej energetyce wiatrowej. „Zmiana regulacji w obszarze przepisów prawa energetycznego powinna wprowadzać nowe rozwiązania systemowe z obszaru funkcjonowania inwestycji OZE na Bałtyku i pozwalające na rozwój w Polsce sektora morskiej energetyki wiatrowej” – zapowiada resort. Dodaje, że prowadzone obecnie prace „pozwolą na przygotowanie projektu ustawy o morskiej energetyce wiatrowej, który jako projekt rządowy, będzie przedmiotem dalszych prac legislacyjnych, w tym konsultacji publicznych i uzgodnień międzyresortowych”. Tymczasem źródła związane z branżą wskazują, że projekt najprawdopodobniej już jest.

Zainstalowane moce morskich farm wiatrowych (top 4)

Zainstalowane moce morskich farm wiatrowych (top 4)

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wieloletnia perspektywa

Ministerstwo przyznaje, że prowadzi szerokie konsultacje, z przedstawicielami rządów m.in. Wielkiej Brytanii i Danii w celu poznania uwarunkowań prawnych morskiej energetyki wiatrowej i „najlepszych praktyk oraz najbardziej optymalnych warunków rozwoju tego sektora energetyki odnawialnej”. Zapewnia, że jego intencją jest stworzenie ram prawnych, które w wieloletniej perspektywie „pozwolą działać wszystkim zainteresowanym rozwojem sektora morskiej energetyki wiatrowej podmiotom, w tym także tym, które będą odpowiedzialne za dostarczanie komponentów do budowy wiatraków na morzu”.

– Żeby mogły ruszyć pierwsze inwestycje w morskie farmy wiatrowe, potrzebna jest specjalna ustawa – uważa Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. Według branży jej najważniejszym elementem powinien być system, który umożliwi wsparcie projektów na różnych etapach rozwoju. Jak wyjaśnił szef PSEW, dziś „gracze uczestniczący w gonitwie o polskie morze są w różnych momentach tego biegu”.

Gajowiecki pytany o mechanizm wsparcia optymalny dla polskiej branży morskiej energetyki wiatrowej wymienia m.in. kontrakty różnicowe na odbiór energii. Na nich opiera się system wsparcia dla morskich farm m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii. Na czym on polega? Wytwórca sprzedaje prąd po cenie rynkowej, a jeśli jest ona niższa niż uzgodniona, to płatnik dopłaca wytwórcy różnicę. W przypadku gdy cena rynkowa jest wyższa niż uzgodniony poziom, to wytwórca zwraca różnicę. Płatnikiem w Wielkiej Brytanii jest podmiot kontrolowany przez regulatora rynku energii (odpowiednik URE).

Zdaniem Gajowieckiego taki dwustronny kontrakt powinien być zawierany na etapie uzyskania przez inwestora decyzji środowiskowej i gwarancji przyłączenia do sieci. Chodzi o to, by rząd miał pewność realizacji inwestycji. Jak wyjaśnia szef PSEW, cały proces realizacji farmy wiatrowej na morzu trwa około ośmiu lat, z czego sama budowa to rok, dwa. Kontrakt powinien być podpisany przed uzyskaniem pozwolenia na budowę, bo ten etap oznacza już bardzo duże zaangażowanie kapitałowe dla inwestorów.

Prezes PSEW, podobnie jak resort energii, zwraca też uwagę na inny pożądany element przyszłej specustawy, czyli budowanie łańcucha dostaw wokół rodzącego się sektora. – Inwestor miałby obowiązek wskazać, jaka część komponentów pochodzi z rodzimych zasobów. Jakie porty będą obsługiwać projekt, gdzie będą budowane wieże, skąd będą dostarczane łopaty tak, żeby spowodować, aby rozwój energetyki wiatrowej na morzu miał pozytywny wpływ na wzrost rodzimej gospodarki – wyjaśnia Janusz Gajowiecki. Budowanie lokalnego łańcucha dostaw odgrywa ważną rolę m.in. w Wielkiej Brytanii.

Bariera w postaci planu

Gajowiecki wskazuje na istotną dla rozwoju branży barierę. – Farmy wiatrowe muszą mieć zagwarantowane miejsce w powstającym właśnie pierwszym w historii planie zagospodarowania przestrzennego polskich obszarów morskich – mówi. I podkreśla, że branża ocenia projekt tego planu jako niewystarczający (przygotowuje go Urząd Morski w Gdyni). Bo dużą część Bałtyku, która mogłaby być wykorzystania do celów pozyskania energii z farm, zajęły np. poligony. Potencjalnych obszarów przeznaczonych na farmy jest zbyt mało, co oznacza, że „ambitny plan 10 GW może się nie ziścić”. Zwłaszcza że na razie tylko dwa projekty (jeden należący do Polenergii i Equinoru, a drugi do PGE) są analizowane pod kątem środowiskowym.

Z kolei Dominik Gajewski, ekspert Konfederacji Lewiatan, zaznacza, że dwustronne kontrakty różnicowe między rządem a inwestorami można notyfikować Komisji Europejskiej tylko do 2022 r., więc dla pierwszych najbardziej zaawansowanych projektów Polska musiałaby je zawrzeć i zgłosić szybko. Potem wsparcie może być udzielane tylko na aukcjach. – Obok wsparcia, podstawową rzeczą konieczną dla rozwoju morskich farm wiatrowych jest skrócenie procesu uzyskiwania stosownych pozwoleń, m.in. decyzji środowiskowej czy lokalizacyjnej. Obecnie ten proces trwa 10 lat, kluczowe jest, aby go skrócić do 5–6 lat, jak jest to na świecie – zaznacza radca prawny. I informuje, że Lewiatan przekazał propozycję w tej sprawie do Ministerstwa Energii.

Powinniśmy przyzwyczajać się do coraz szybszego wzrostu cen