Bando to jedna z nielicznych osób pełniących ważne funkcje w państwie wybrana jeszcze za czasów poprzedniego rządu. Obecnemu przez prawie cztery lata nie udało się pozbyć regulatora. O tym, że takie próby były, świadczą choćby pomysły nowelizacji prawa energetycznego z propozycją powołania kilkuosobowego kierownictwa urzędu. Dziś odwołanie prezesa URE proste nie jest. Musiałby rażąco naruszyć prawo, zostać skazany prawomocnym wyrokiem za umyślnie przestępstwo lub przestępstwo skarbowe, dostać zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych, trwale zachorować lub zrezygnować. Popularna ostatnio przy odwołaniach szefów spółek Skarbu Państwa „utrata zaufania” nie wchodzi w grę. I całe szczęście.

Prezes URE nie jest na pewno ulubieńcem rządzącej ekipy, a zwłaszcza ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego. Bando w ostatnich miesiącach nie szczędził krytyki pod adresem rządu. Chodzi przede wszystkim o ustawę zamrażającą ceny prądu na ubiegłorocznym poziomie. Była ona już dwa razy nowelizowana, nadal nie ma do niej rozporządzeń, Bruksela wciąż ma do niej zastrzeżenia, a chaos się pogłębia. – To wyjątkowo szkodliwa ustawa dla wszystkich. Cofa nas o 30 lat, zamyka rynek, deprawuje producentów i sprzedawców z wielkich grup, niszczy małych sprzedawców i przyszłość polskiej energetyki – mówił mi w maju Bando i dodawał, że specustawą ktoś chciał zastąpić kompetencje URE, a konkretnie jego prezesa.

Ciekawa jestem, czy PiS nie miał dobrego kandydata, czy nikt nie chciał się dać wsadzić na minę. To prezes URE będzie w 2020 r. musiał się mierzyć z efektami ręcznego sterowania, za które wszyscy i tak prędzej czy później zapłacimy. Pytaniem otwartym pozostaje tylko, jak dużo. Właśnie do tej decyzji potrzebny jest kompetentny prezes URE.