Polska zrealizowała i realizuje inwestycje w infrastrukturę gazową oraz dywersyfikuje dostawy. Czy już jesteśmy bezpieczni pod względem energetycznym?

Paweł Pikus: W perspektywie 2022 r. będziemy mogli powiedzieć, że dywersyfikacja, która obejmuje nie tylko kierunki dostaw i dostawców, ale przede wszystkim źródła dostaw, osiągnie poziom gwarantujący bezpieczeństwo energetyczne kraju. Wtedy będziemy mogli też mówić o stworzeniu stabilnego i bezpiecznego rynku. Nasza strategia jest ofensywna i chcemy zapewnić bezpieczeństwo energetyczne jak najszybciej.

W 2022 r. wygasa długoterminowa umowa z Rosją, która obejmuje dostawy z wykorzystaniem gazociągu jamalskiego. Czy dla Polski większe bezpieczeństwo energetyczne oznacza mniej rosyjskiego gazu?

PP: Podstawą bezpieczeństwa energetycznego jest dywersyfikacja źródeł dostaw. Celem jest uniemożliwienie wykorzystywania pozycji dominującej przez jakiegokolwiek dostawcę w rozmowach handlowych. Chcemy wyeliminować tego typu naciski. Fakty są takie, że rosyjski dostawca, sprzedając paliwo do Polski w ramach kontraktu jamalskiego, stosuje nierynkowe zasady, co przyznał w wyroku częściowym Trybunał Arbitrażowy w Sztokholmie i uznał prawo PGNiG do żądania niższych rynkowych cen.

Panie premierze, pan zaczął działać na rzecz dywersyfikacji gazowej dwie dekady temu, jako wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka. Czy jest pan zadowolony z tego, co dzieje się teraz w tej dziedzinie?

Janusz Steinhoff: Zdecydowanie tak. Po pierwsze jesteśmy dziś w zupełnie innej sytuacji, niż miało to miejsce 20–25 lat temu. Ze względów technicznych Polska była wówczas praktycznie skazana na import gazu ze Wschodu. Ten brak alternatywy oznaczał dla nas cenę surowca należącą do najwyższych w Europie.

Jakie inwestycje szczególnie poprawiły naszą sytuację?

JS: Dobrze oceniam wszystkie inwestycje poczynione przez ostatnie 12 lat – takie jak rozbudowa transgranicznych gazociągów przesyłowych, budowa gazoportu o przepustowości 5 mld m sześc. z możliwością zwiększenia do 7,5 mld czy też utworzenie gazociągu Moravia. Ważny jest też wirtualny i fizyczny rewers powstały na gazociągu jamalskim. Dzięki temu możemy odbierać potrzebne nam ilości gazu z kierunku innego niż rosyjski. W planach jest także Baltic Pipe, czyli powrót do koncepcji z czasów rządu Jerzego Buzka, kiedy to parafowaliśmy porozumienie z Danią i Norwegią. Mieliśmy zbudować ten gazociąg do 2008 r. Niestety nasi następcy odstąpili od tego projektu, co uważam za wielki błąd. Koszty budowy gazociągu szybko zwróciłyby się w bardzo znaczącym stopniu na skutek obniżenia cen gazu rosyjskiego. Nasza pozycja negocjacyjna wobec rosyjskich dostawców gazu byłaby bowiem nieporównywalnie mocniejsza.

Jak aspekt bezpieczeństwa energetycznego w Europie wygląda z niemieckiej perspektywy?

Cornelius Ochmann: Definicja bezpieczeństwa energetycznego w Polsce oznacza przede wszystkim dywersyfikację dostawców nośników energii. W Niemczech natomiast kładzie się nacisk na bezpieczeństwo pod kątem dywersyfikacji źródeł energii. Powodem jest tzw. Energiewende, czyli transformacja energetyczna po katastrofie w Fukushimie w 2011 r. Wówczas zdecydowano, że państwo będzie wspierać zamknięcie elektrowni atomowych do 2022 r. i pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. W Niemczech bezpieczeństwo energetyczne oznacza zwiększenie znaczenia energii wytworzonej z wykorzystaniem wiatru, słońca czy wody.

Wykorzystanie OZE wymaga też rezerwowych źródeł energii, do czego najlepiej nadaje się gaz. W Wielkiej Brytanii po siedmiu latach powrócono teraz do eksploatacji gazu łupkowego. W Niemczech jednak nadal obowiązuje zakaz takich działań.

CO: Niemcy mają trochę inną świadomość ekologiczną co do skutków pozyskiwania energii. Działa Partia Zielonych, która wykorzystuje tę kwestię w walce politycznej. Nieznane są do końca skutki pozyskiwania energii w ten sposób. W przestrzeni medialnej pojawiają się też reportaże dotyczące katastrofalnych skutków szczelinowania hydraulicznego. Dlatego też podjęto polityczną decyzję, że dopóki te problemy nie zostaną rozwiązane, to nie ma administracyjnej zgody na pozyskiwanie złóż.

Czy w Polsce może dojść do renesansu idei wydobycia gazu łupkowego? Na ile obecne warunki rynkowe, technologiczne oraz regulacje zachęcają inwestorów do wznowienia poszukiwań?

PP: Koncentrujemy się na tym, aby jak najbardziej zabezpieczyć podaż surowca na rynku. Widzimy rosnące zaangażowanie w wydobycie krajowych złóż konwencjonalnych – im więcej własnych zasobów, tym większe bezpieczeństwo. Możliwe, że uwarunkowania technologiczne i rynkowe w zakresie wydobycia gazu łupkowego spowodują w przyszłości wydobycie tych złóż. Istnieją również inne technologie związane z wydobyciem gazu, które mają duży potencjał, i chcemy je rozwijać, np. wydobycie metanu z pokładów węgla.

Jeszcze niedawno Polska zużywała 15 mld m sześc. gazu rocznie. Teraz jest to już 18 mld m sześc. rocznie i zapotrzebowanie nadal rośnie. Czy dotychczasowe działania wystarczą, by pokryć rosnący popyt?

JS: Zużycie gazu w Polsce będzie szybko rosło – paliwa stałe będziemy zastępować innymi nośnikami energii. To nieuchronny proces. Zmniejszamy wydobycie węgla, bo możliwości naszych kopalń są ograniczone i stąd rosnący do ok. 17 mln ton w bieżącym roku import. Zastępowanie węgla gazem jest konieczne, żeby zmodyfikować nasz miks energetyczny. Produkcja energii elektrycznej z węgla brunatnego i węgla kamiennego będzie coraz mniej opłacalna. Czekamy na dokument „polityka energetyczna państwa”, który rozstrzygnie m.in., czy będziemy budować elektrownię atomową i jeśli tak, to jakie moce ma osiągnąć.

PP: W swoich planach nie ograniczamy się wyłącznie do myślenia w kategoriach krajowych. Mówi się o idei hubu dla Europy Środkowo-Wschodniej, czyli konkurencyjnym centrum handlu regionalnego. Nasze inwestycje docelowo zaspokoją nasz rodzimy rynek, ale także będą generować obrót transgraniczny. Nie widzę zatem zagrożenia, że nie nadążymy za popytem.

JS: Polska może być hubem gazowym, oczywiście z uwzględnieniem naszych możliwości, czyli na niezbyt dużą skalę. To, z jakich kierunków importowany będzie gaz, zadecyduje rynek. Wyzwaniem dla nas jest nieuzasadniony ekonomicznie projekt Nord Stream 2. Nic przecież nie stało na przeszkodzie, by budować drugą nitkę gazociągu jamalskiego, gazociąg Amber czy też wykorzystać sieć transgraniczną na Ukrainie.

Gazprom przekonuje, że Nord Stream 2 zwiększa „niezawodność i bezpieczeństwo dostaw gazu do europejskiej sieci przesyłowej”. Na ile te deklaracje panów przekonują?

PP: Nie chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa dostaw, bo można byłoby to zrobić w mniej kosztowny sposób. Infrastruktura już istnieje, wystarczyłoby tylko ją odpowiednio wykorzystać. Celem tego gazociągu jest ograniczenie możliwości energetycznych Ukrainy i dalsza monopolizacja dostaw do środkowej Europy. Również Niemcy, zwiększając wykorzystanie OZE, będą potrzebowały więcej rosyjskiego surowca. Nie mają obaw, bo nie mają też takich doświadczeń jak Polacy. Doskonale pamiętamy, co stało się w 2006, 2009, a nawet 2014 r., kiedy bez jakiegokolwiek uzasadnienia nie dostarczano do Polski gazu. Powstanie NordStream 2 spowoduje także, że znaczna część obrotu gazem w Europie skoncentruje się w jednym miejscu. To będzie niebezpieczne. My się na to nie zgadzamy. Opowiadamy się za wielością i równowagą rynków europejskich i chcemy uczciwej ich konkurencji, a nie monopolizacji rynku.

CO: Zgadzam się z pana analizą. Chciałbym zwrócić uwagę, że również w Niemczech dyskusja ekspercka idzie w tym kierunku, że zwiększanie możliwości przesyłania gazu Nord Streamem już jest – istnieje przecież pierwsza nitka tego gazociągu. To nie jest budowanie czegoś nowego, tylko zwiększanie potencjału Nord Streamu. Oczywiście, że dla europejskiego rynku dużo ważniejsza byłaby modernizacja infrastruktury ukraińskiej. Inną kwestią jest to, że przeciętnego niemieckiego obywatela zupełnie nie interesują te kwestie. Ważna jest dla niego cena gazu. A cena nie jest na tyle wysoka, aby obywatele protestowali przeciwko Gazpromowi czy kupowaniu gazu od Rosji. Groźby ze strony prezydenta Trumpa powodują reakcję odwrotną od zamierzonej – obywatele uważają, że to próba działania na ich niekorzyść.

Eksperci nie są w stanie przekonać opinii publicznej w Niemczech?

CO: Nie. Dla polityków ważniejsze są opinie wyborców. Na ten temat dyskutuję już prawie 20 lat i nadal uważam, że Nord Stream to strategiczny europejski błąd. Tym projektem są jednak zainteresowane niektóre wielkie firmy. A sprawa Gerharda Schrödera, który z kanclerza RFN stał się prorosyjskim lobbystą, to jeden z największych skandali niemieckiej polityki. Wszystko to już historia. Teraz należałoby się skoncentrować na merytorycznej dyskusji, w której samo „nie dla Nord Stream 2” już nie wystarczy.

Skoro Polacy nie są w stanie zablokować budowy Nord Stream 2, to może zrobią to Amerykanie? W Kongresie USA jest pięć projektów sankcji wobec firm biorących udział w budowie gazociągu Gazpromu.

CO: To możliwy scenariusz. Należy jednak pamiętać, że nie byłyby to sankcje wobec Niemiec, tylko wobec pięciu europejskich firm. Trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że Amerykanie nie robią tego w imię otwarcia europejskiego rynku, lecz ze względu na nadwyżkę amerykańskiego gazu. Działają więc na tej samej zasadzie co Rosjanie.

Czy Polsce opłaca się jeszcze podejmować działania na rzecz zablokowania budowy Nord Stream 2?

PP: Tu warto powrócić do niedawnej wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, która została niestety błędnie zinterpretowana przez komentatorów. Prezydent powiedział, że nasza polityka wobec Nord Stream 2 jest polityką ofensywną. To znaczy, że polega na wzmocnieniu bezpieczeństwa polskiego rynku i własnych inwestycji. To nie jest tak, że Polska nie ma propozycji alternatywnych względem powstania tego gazociągu – on naprawdę nie jest konieczny. Obecny krwiobieg energetyczny z pewnością wystarczyłby do zaspokojenia tych potrzeb, które rzekomo ma rozwiązać Nord Stream 2. Trzeba przypomnieć, że nawet władze niemieckie wprost przyznały, że ta inwestycja ma wymiar polityczny. Nie jest też prawdą, jakoby jedynie Stany Zjednoczone zakładały wejście na rynek europejski nowych dostawców – taka myśl jest priorytetem w wielu dokumentach i analizach europejskich, jako alternatywa wobec dominującego dostawcy i zwiększania uzależnienia Europy od rosyjskich surowców. Popatrzmy na ostatnie wypowiedzi prezesów PGNiG, którzy mówią, że kontrakty z USA są wysoce konkurencyjne w porównaniu z ofertą Gazpromu. W interesie całej Unii jest zwiększanie konkurencyjności i dywersyfikacja. Tego spodziewalibyśmy się po wszystkich jej członkach. Niestety obecne działania niektórych państw temu przeczą.

CO: Działania zaszły już bardzo daleko. Rury dla Nord Stream 2 leżą w porcie Mukran na Rugii, a Nord Stream-1 funkcjonuje od kilku lat. Firmy zainwestowały już dużo pieniędzy w ten projekt. Zrozumiałe jest więc stanowisko kanclerz Merkel, która mówi, że nie da się zablokować budowy gazociągu. Spróbujmy zatem znaleźć wyjście z sytuacji i postarajmy się zapewnić funkcjonowanie ukraińskiego systemu transportowego. Jeśli zużycie gazu będzie rosło nie tylko w Polsce, ale też w Niemczech, to mam nadzieję, że zarówno Nord Stream 2, jak i rozwijanie sieci ukraińskiej będzie w Europie potrzebne.

JS: Żyjemy w wolnym świecie, więc każdy może budować dowolną infrastrukturę, jeśli tylko jest ona zgodna z obowiązującym prawem. Jeśli chcemy w Europie budować wspólny, konkurencyjny rynek gazu, to wszystkie korytarze transportowe powinny podlegać tym samym regułom. Komisja Europejska i Parlament Europejski mają więc rację, domagając się, żeby gazociąg Nord Stream 2 objąć tymi samymi przepisami, jakie obowiązują wszystkie inne takie obiekty na terenie Unii Europejskiej. Niestety, Niemcy i Austria blokują przyjęcie tych regulacji.

Moderator: Andrzej Godlewski, Uniwersytet SWPS

PARTNER