Eksperci mówią, że w Europie zaczął się prawdziwy gazowy wyścig zbrojeń. Jego skutki na dłuższą metę będą dla nas pozytywne.
Rosja dostarcza do Europy coraz więcej gazu / DGP
Zagrażający polskim interesom politycznym i ekonomicznym gazociąg Nord Stream 2 nie tylko nie jest zagrożony, ale ma szanse powstać na czas, czyli do końca 2019 r. W grudniu ruszyła jego budowa na wodach Szwecji. Wcześniej rozpoczęto prace na wodach terytorialnych Niemiec i Finlandii. Powstało już 370 km gazociągu, czyli jedna trzecia jego długości. Projekt, którego inicjatorami są Niemcy i Rosja, ma pozwolenia na budowę wszystkich państw, których wody terytorialne napotyka na swojej trasie, oprócz Danii, prowadzącej jeszcze analizy środowiskowe.
Dania współpracuje ściśle z Polską przy budowie alternatywnego gazociągu – Baltic Pipe, który ma być gotowy w 2022 r. i połączy nasz kraj ze złożami na szelfie północnym, gdzie wydobycie gazu rozwija m.in. PGNiG. Trudno jednak się spodziewać, by to jedno z mniejszych państw w UE na własną rękę blokowało budowę Nord Stream 2, skoro nie zrobiły tego państwa o dużo silniejszej pozycji. Nawet Stany Zjednoczone, które głośno deklarują dezaprobatę dla tego projektu, nie zdecydowały się na nałożenie sankcji na firmy z państw zaangażowanych w budowę gazociągu. – Uzależnienie od dostaw z jednego kierunku zwiększa niebezpieczeństwo odcięcia dostaw przez Ukrainę. Nord Stream 2 nasili to ryzyko. Wiele państw Unii Europejskiej to rozumie i należy o tym głośno mówić. Jest to projekt nieekonomiczny, ale polityczny, realizujący interesy Rosji. Zachęcamy europejskich partnerów do odrzucenia go – powiedział Rick Perry podczas wspólnej konferencji prasowej z Piotrem Naimskim. Ale na słowach się skończyło.
Zwolennicy gazociągu deklarują, że zapewni on tani gaz dla Europy. Zdaniem krytyków utrudni rozwój rynku w Europie Środkowo-Wschodniej i realizację polityki dywersyfikacji wspieranej przez Komisję Europejską. Zdaniem Grzegorza Kuczyńskiego, eksperta Warsaw Institute, uruchomienie Nord Stream 2 oraz innego realizowanego przez Kreml projektu, Turk Stream, pozwoli Rosji zredukować tranzyt przez Ukrainę nawet 10-krotnie. Dla naszego sąsiada będzie to oznaczało utratę zysku z opłat tranzytowych odpowiadającą 2,5–3 proc. PKB. Inni eksperci wskazują, że jeśli policzyć moce przesyłowe budowanej nitki z istniejącą już na dnie Bałtyku Nord Stream 1 oraz mniejszymi gazociągami na terenie Niemiec, to widać wyraźnie, że priorytetem Rosji jest wyeliminowanie konieczności tranzytu przez Ukrainę, by móc stawiać jej ostrzejsze warunki polityczne.
Polska na kilka sposobów stara się wyrwać z gazowych objęć Rosji. Pierwszy kierunek to wspomniany Baltic Pipe, który według przedstawicieli polskiego rządu powstaje zgodnie z harmonogramem i ma być gotowy do 2022 r., czyli dokładnie wtedy, gdy skończy się umowa na dostawy gazu z Rosji. Równolegle, podobnie jak Ukraina, zwiększamy zakupy LNG w Stanach Zjednoczonych. Państwowa spółka Polskie LNG ogłosiła przetarg na rozbudowę gazoportu w Świnoujściu. Jego moce przerobowe z 5 mld m sześc. rocznie do 2021 r. wzrosną do 7,5 mld m sześc. Do końca roku wyłoniony zostanie zwycięzca przetargu. Równolegle Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zawarło umowy na import skroplonego gazu ze Stanów Zjednoczonych pozwalające w całości wykorzystać przepustowość terminala.
Co realizacja tych wszystkich projektów w najbliższym czasie oznacza dla Polski? Już widać coraz większą konkurencję między gazem rurowym z Rosji a tym skroplonym, przesyłanym statkami przez Stany Zjednoczone. Im więcej źródeł dostaw, tym większa elastyczność rynku. Inwestycje infrastrukturalne, czyli Baltic Pipe i rozbudowa terminala, zostaną jednak sfinansowane przez państwowe firmy, a koszty w całości przerzucone na polskich odbiorców. To oznacza, że wraz z rosnącą konkurencją w regionie będziemy w coraz korzystniejszej pozycji przy negocjowaniu cen za surowiec, jednak za niezależność trzeba będzie zapłacić w opłatach przesyłowych.