Rosnące ceny węgla i gazu, drastyczne zwyżki cen uprawnień do emisji CO2 oraz konieczność dostosowania sektora ciepłowniczego do rygorystycznych wymogów środowiskowych narzuconych przez UE to główne problemy, z jakimi boryka się branża ciepłownicza. W przyszłym roku podwyżki rachunków za ciepło systemowe wydają się nieuniknione. Ich wysokość może złagodzić jedynie ustawa o wsparciu kongeneracji. O ile zgodzi się na nią Komisja Europejska.

Ciepłownictwo nie bez przyczyny jest nazywane w Polsce ubogim krewnym energetyki. I nie chodzi tutaj tylko o jego sytua cję finansową (choć ta na pewno mogłaby być lepsza). Branża ta znajduje się bowiem w cieniu swej kuzynki. Jeśli bowiem słyszymy, że podrożał węgiel czy gaz, to w pierwszej kolejności eksponowane są problemy dużej energetyki (z węgla produkujemy wciąż ponad 80 proc. energii elektrycznej w Polsce) i od razu zastanawiamy się, o ile więcej zapłacimy za prąd. Podobnie dzieje się, gdy słyszymy o drożejących uprawnieniach do emisji dwutlenku węgla (CO2). Powszechnie wiadomo, że elektrownie mają określone przydziały darmowej emisji, a za resztę muszą płacić. Sęk w tym, że dokładnie z takimi samymi problemami muszą się mierzyć ciepłownicy. Jednak oni mają bardziej pod górkę. Instalacje (ciepłownie lub elektrociepłownie) są bardziej rozproszone niż elektrownie, jest ich znacznie więcej, inna jest też ich struktura właścicielska. O ile bowiem energetyka jest kontrolowana przede wszystkim przez Skarb Państwa, o tyle w przypadku ciepłownictwa mamy do czynienia zarówno z kapitałem prywatnym (np. Fortum czy Veolia), jak i zakładami podlegającymi samorządom (np. ECO Opole, gdzie gmina Opole ma ponad 53 proc. akcji, reszta należy do niemieckiego koncernu E.ON) czy Skarbowi Państwa (wśród tych ostatnich podmiotów na pewno wymienić trzeba m.in. PGE Energię Ciepła, Tauron Ciepło czy PGNiG Termikę).

Uprawnienia do emisji CO2 już za 25 euro za tonę