Nic z tego. Kto odpoczywa pod palmami, ten odpoczywa, bo jednak tacy są i to w całkiem niemałych ilościach, choć tam w tym roku podwójnie gorąco, bo i politycznie wrze.

Systemem emerytalnym zajął się bardzo głęboko III Europejski Kongres Finansowy obradujący pod koniec czerwca w Sopocie, który przedłużył dyskusję na temat OFE o jeszcze jedną sesję – tym razem w murach warszawskiej giełdy. Swoją ocenę dokumentu rządowego wyda też niebawem Komitet Obywatelski ds. Bezpieczeństwa Emerytalnego. Nie ma dnia i gazety bez artykułów i materiałów na ten temat. To i owo przeciekło już z Kancelarii Prezydenta, gdzie tym razem chyba na szczęście poważniej niż przed dwoma laty podchodzi się do propozycji rządowych w tym zakresie.

I jeśli czasami narzekamy na miałkość naszego dyskursu publicznego w ogóle, przytaczając przykłady tego, czym zajmują się politycy i publicyści w krajach o utrwalonej demokracji, to tu akurat natrafiamy na chlubny wyjątek – przynajmniej jeśli chodzi o wagę dyskutowanego problemu, bo jeśli weźmiemy pod uwagę poziom używanych argumentów, to różnie z tym już bywa.

Emerytury to temat rzeka. Skupiają się tu jak w soczewce wszystkie problemy naszego społeczeństwa – poczynając od jego problemów demograficznych, kulturowych, prawnych, socjologicznych, politycznych, a kończąc na ekonomicznych, i to we wszystkich aspektach zjawisk ekonomicznych. Każdego niemal emeryta interesuje wysokość obecnej i przyszłej emerytury – to jest ten wymiar bezpośredni systemu emerytalnego, ale politycy muszą jednak uwzględniać całe spektrum zagadnień i przynajmniej spróbować wybiec wyobraźnią poza perspektywę najbliższych wyborów. Bo co będzie, jeśli znajdą się w grupie tych, którzy szczęśliwie wybory wygrali?

Dyskusja polityczna ma to do siebie, że łatwo w niej przejść od argumentów merytorycznych do argumentów ad personam. Najłatwiej przecież zaatakować przeciwnika, wykazując jego ignorancję, nieudolność, złe intencje. Po dziesięcioleciach rozbijania naturalnych więzi społecznych łatwo wywołać podejrzliwość o chęć osiągnięcia celu osobistego, innego niż deklarowany.

W czasach PRL ludzie walczyli przecież z komuną nie dlatego, że mieli jej dość, tylko dlatego, że robili to za zachodnie pieniądze amerykańskich czy watykańskich imperialistów. Duch propagandy z tamtego okresu daje o sobie znać i dziś. Kapitałowy komponent systemu emerytalnego pojawił się w Polsce nie dlatego, że budujemy gospodarkę rynkową opartą przede wszystkim na własności prywatnej, jak głosi nasza konstytucja w art. 20, ale dlatego, że ci sami imperialiści, skupieni tym razem w Banku Światowym i Międzynarodowym Funduszu Walutowym, przekupili po prostu naszych decydentów, by wprowadzili otwarte fundusze emerytalne, fundując nam nieszczęście, jak wyliczył minister finansów, aż do 2060 roku...

Gdzie są na to dowody? Proszę bardzo. Profesor Góra, współtwórca reformy, dziś jest członkiem rady nadzorczej jednego z OFE. Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza otrzymało grant od innego. Jeszcze się okaże, ile za to wszystko wzięli Jerzy Buzek, Jerzy Hausner czy Włodzimierz Cimoszewicz – wszystko to wyjaśni niebawem komisja śledcza, która nawet jeśli nic nie wyjaśni, to i tak wszystko dostatecznie pokaże.

Będzie mimo to pewien problem. Na przykład jak wyjaśnić, że są tacy ludzie, którzy nie angażowali się w tworzenie nowego systemu emerytalnego w latach 90., nie są w żadnych zarządach, radach nadzorczych funduszy emerytalnych czy podmiotach z nimi powiązanych, całe życie płacili na ZUS, a dziś, choć są emerytami, nie biorą stamtąd ani złotówki, ale jeszcze pracując, ciągle pozostają ozusowani – i mimo to angażują się w obronę kapitałowego komponentu w systemie emerytalnym? To chyba niemożliwe... Niestety, możliwe – u nas wszystko jest możliwe.