Pojawił się projekt, aby nasze składki emerytalne odkładane przez lata w otwartych funduszach w momencie przejścia na emeryturę były przekazywane do ZUS. Ten byłby wówczas jedynym dostarczycielem emerytury, zarówno tej z pierwszego, jak i z drugiego filaru. Rozwiązanie takie na pierwszy rzut oka wydaje się najprostsze i najmniej kontrowersyjne. Zanim jednak przejdziemy do oceny tej propozycji, zastanówmy się, o co w tym wszystkim chodzi.
Gdyby to była zupełnie prywatna i niezależna od państwa emerytura, za zgromadzone przez całe życie pieniądze przyszły emeryt wykupiłby sobie dożywotnie świadczenie emerytalne w jednej z wielu instytucji finansowych. Przyszły świadczeniodawca zapewne różnicowałby wysokość emerytury w zależności od płci przyszłego emeryta, a być może jeszcze od innych czynników. Zauważmy, że im kto zdrowszy, tym niższą powinien dostać emeryturę, gdyż statystycznie większa przed nim liczba lat do przeżycia. Tego typu dyskryminacje zwykle są niedozwolone prawnie, czym innym jest kryterium płci, które jest obiektywne. Najważniejsze jest jednak to, że wykupujemy na zasadach rynkowych emeryturę, na której wysokość wpływ ma dalsza oczekiwana długość życia, wysokość zgromadzonych składek. Wysokość opłat jest uzależniona od konkurencyjności rynku, im większy wybór, tym opłaty niższe.
Sprawy komplikują się w systemie powszechnym i obowiązkowym. Niejako naturalnie pojawia się skłonność do większej niż w przypadku systemu dobrowolnego regulacji. Ot choćby kwestia niedyskryminowania ze względu na płeć. I zagwarantowania bezpieczeństwa wypłat. Efekt jest taki, że każdy, chcąc dobrze, dodaje do systemu dodatkowe regulacje. A to niedyskryminacyjne, a to kapitałowe, a to licencyjne. Siłą rzeczy konkurencja będzie mniejsza, a tym samym powstaje ryzyko, że opłaty będą wyższe. Niemniej przy właściwych proporcjach regulacyjnych w stosowaniu wspólnych tablic życia dla kobiet i mężczyzn można stworzyć dość konkurencyjny system. Przede wszystkim bazując na dotychczasowych podmiotach, takich jak fundusze emerytalne i zakłady ubezpieczeniowe. Podmioty te działają od lat na rynku, zajmują się bardzo podobną działalnością, nie trzeba więc ponosić kosztów ich tworzenia. W przypadku OFE jest to zarządzanie składkami przyszłych emerytów, w przypadku zakładów ubezpieczeń na życie ocena ryzyka śmierci wraz odpowiednim inwestowaniem powierzonych pieniędzy. Zauważmy, że w przypadku zakładów ubezpieczeń na życie produkt emerytalny jest niejako odwrotnością ubezpieczenia życiowego. W tym pierwszym przypadku mamy do czynienia z ryzykiem dożycia, a w drugim z ryzykiem śmierci. Tak więc zakłady ubezpieczeń życiowych, uzupełniając swą ofertę o emerytury, zmniejszyłyby swoje ryzyko, dzięki czemu mogłoby być tańsze. Z kolei fundusze emerytalne miałyby niskie koszty pozyskiwania klientów, ze względu na to, że wielu z dotychczasowych zdecydowałoby się na kontynuację współpracy z podmiotem, w którym przez lata oszczędzali na emeryturę. Powszechność i obowiązkowość systemu właściwie wykorzystana może obniżyć koszty jego funkcjonowania.
Już teraz istnieją instytucje, które mogłyby przejąć rolę dostarczycieli świadczeń emerytalnych
Najważniejszym wnioskiem z tych rozważań jest to, że w ramach dziś obowiązujących rozwiązań instytucjonalnych istnieją podmioty, które śmiało mogłyby przejąć rolę dostarczycieli świadczeń emerytalnych. Różnorodność podmiotów, jak i ich liczba byłyby silnym bodźcem ekonomicznym podtrzymującym konkurencję rynkową. Zarówno jeśli chodzi o zakres produktów, jak i ich ceny. Głównym wyzwaniem dla świadczeniodawców byłyby wspólne tablice dla kobiet i mężczyzn. Ryzyko tego czynnika musiałoby być minimalizowane poprzez tworzenie odpowiednich rezerw. Taki niestety musiałby być efekt rozwiązania mającego charakter polityczny, a nie ekonomiczny.
Na tym tle ZUS wypada jako instytucja wyjątkowo niekonkurencyjna, w której cena i jakość usług zależne będą wyłącznie od polityków. Gdyby ZUS miał być monopolistą w oferowaniu świadczeń emerytalnych, nie byłoby żadnej miary do porównań, na ile świadczone przez niego usługi mają cenę rynkową i jaka jest ich jakość. ZUS miałby jedną zaletę, mianowicie mając wielką populację do wypłaty świadczeń byłby w stanie nie przejmować się ryzykiem wynikającym ze wspólnych tablic życia. Kwoty wpłacane z OFE do ZUS automatycznie obniżałyby jawne zobowiązania państwa (zwiększając ukryte), co – jak wiemy – politycy bardzo lubią. Tyle że w ZUS nikt nie wykupywałby świadczenia emerytalnego, a jedynie otrzymywał obietnicę jego wypłaty. Wszystkie wpłacane pieniądze szłyby do jednego wielkiego worka. Jak wiadomo, wszelkie takie rozwiązania są bardzo podatne na wpływy polityczne i jako takie mało stabilne. W przypadku wypłat zusowskich demonstracje uliczne mogą iść pod hasłami wyższej waloryzacji emerytur, w przypadku emerytur wypłacanych przez prywatne podmioty już nie.
Najlepszym i kompromisowym rozwiązaniem byłoby umożliwienie wszystkim tym trzem podmiotom: funduszom emerytalnym, zakładom ubezpieczeń życiowych, ZUS, świadczenia usług emerytalnych. Zobaczymy, który się najlepiej sprawdzi.