Tylko do końca 2017 r. na emeryturę przejdzie ok. 330 tys. Polek i Polaków. To efekt obniżenia wieku, od którego mężczyźni i kobiety mogą pobierać te świadczenia, odpowiednio od 65. i 60. roku życia. Z tego prawa skorzysta prawdopodobnie czterech na pięciu uprawnionych.
Reklama
Trudno im się dziwić. Jesteśmy w końcu jednym z najciężej pracujących społeczeństw w Unii Europejskiej i Polacy w większości słusznie marzą o zasłużonym odpoczynku. Sam jako poseł głosowałem przeciwko podwyższeniu wieku emerytalnego. Uważałem, że ustawa rządu PO-PSL naruszała prawa nabyte seniorów. Powrót do starych rozwiązań emerytalnych od października to test i okazja, żeby porozmawiać o przyszłości obowiązującego systemu opieki nad osobami starszymi. Nowy (stary) wiek emerytalny to także wyzwanie dla wszystkich samorządów w Polsce.
Każdy regionalny polityk wie, że demografia, a więc także liczba osób w wieku produkcyjnym, ma fundamentalne znaczenie dla planowania działań na poziomie lokalnym. Już dziś w Słupsku co czwarty mieszkaniec to osoba w wieku między 50 lat a 64 lata. Według prognoz za 30 lat osób starszych będzie u nas dwa razy więcej niż młodych, a populacja w wieku produkcyjnym zmniejszy się o jedną trzecią. Za trzy dekady w moim mieście co drugi mieszkaniec będzie emerytem.
Mniej pracowników i przedsiębiorców to mniejsze wpływy z podatków CIT i PIT, a więc mniej środków na lokalne inwestycje, innowacje, ochronę środowiska czy usługi publiczne. Co więcej, starsi mieszkańcy mają określone potrzeby, na które samorządy mają obowiązek reagować. Zmieni to priorytety w słupskim budżecie, a co za tym idzie, długofalową strategię rozwoju miasta. Wcześniejszy wiek emerytalny determinuje zmianę filozofii planowania polityk miejskich, bo samorządowe wydatki będą musiały objąć dodatkową liczbę niepracujących słupszczan. Większe wydatki na zdrowie sprawią, że odpowiednio mniej zostanie na szkoły, drogi, sport, kulturę czy choćby remonty. To także większe nakłady na pomoc społeczną i wsparcie potrzebujących, bo według wyliczeń wielu emerytów nie będzie stać nawet na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Seniorzy stają się też coraz silniejszą grupą nacisku, słusznie lobbując na rzecz swoich praw i lepszego życia. Młodzi będą więc w tej demograficznej rozgrywce coraz częściej przegrywać.
Słupsk nie jest wyjątkiem. Państwo skutki starzenia się społeczeństwa oraz tegorocznego przejścia dużej dodatkowej liczby osób na emerytury odczuje jeszcze silniej niż samorządy. Obniżenie wieku emerytalnego będzie mieć też wpływ na „opróżnianie” rynku z pracowników w całym kraju w sytuacji, gdy zaczyna brakować rąk do pracy. Młodych jest za mało, aby ten ubytek uzupełnić. Program „Rodzina 500 plus”, choć pomógł wielu rodzinom i całej gospodarce, nie gwarantuje, że czekać nas będzie boom urodzeń w przyszłości. Za niewiele ponad dekadę połowa mieszkańców Polski będzie miała powyżej 45 lat. Stajemy się społeczeństwem wieku średniego i musimy się na to przygotować.
Działać, teraz!
Nowe wyzwania związane z wcześniejszym wiekiem emerytalnym powinny być dla władzy sygnałem alarmowym. I skłonić do rozmowy z samorządowcami, którzy skutki starzenia się społeczeństwa rozwiązywać będą na poziomie lokalnym. Rząd PiS w ciągu dwóch lat pokazał, że nie ma na to ochoty. Tak jak za kadencji PO-PSL strategiczną dla państwa reformę wprowadzono szybko i bez większych konsultacji społecznych.
Czas, aby rząd premier Beaty Szydło zaczął informować Polki i Polaków o ich przyszłości. Niestety, wicepremier Mateusz Morawiecki ze swoimi rozwojowymi propozycjami nawet nie próbuje się ze wskazanymi problemami zmierzyć. Obecny system emerytalny nie działa i przesuwanie granicy wieku uprawniającego do zakończenia aktywności zawodowej nie spowoduje jego magicznego uzdrowienia.
Analitycy z Fundacji Kaleckiego w niedawnym raporcie pt. „Jak uniknąć katastrofy: perspektywy polskiego systemu emerytalnego” wyliczają, że tylko w latach 2018–2026 suma wydatków państwa w związku z dokładaniem się do braków w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS) sięgnie 580 mld zł. To półtora raza więcej, niż wynosi cały tegoroczny budżet państwa. Dziś nasza gospodarka, głównie dzięki pracowitości Polaków i dobrej koniunkturze międzynarodowej, radzi sobie całkiem nieźle. Ale nawet jeśli trend utrzymałby się przez kolejnych 40 lat, to nie ma nawet cienia szansy, że ZUS poprawi swoją kondycję finansową. Bez dodatkowych (w zależności od scenariuszy) od 30 do 80 mld zł z wpłat budżetu rocznie obecny system zabezpieczenia społecznego musi upaść.
I to wszystko w sytuacji, gdy emerytury Polaków i tak są zbyt niskie. Już dziś wydatki przeciętnego emeryta przewyższają dochody, którymi dysponuje. Jeśli nic nie zmienimy, świadczenia w przyszłości będą proporcjonalnie jeszcze skromniejsze. Obecni 20-, 30- i 40-latkowie odczują to mocno w swojej kieszeni w przyszłości. Ich emerytura wyniesie tylko około jednej trzeciej ostatniej pensji. W młodych uderzą dodatkowo skutki umów śmieciowych, które są przecież teraz ich pracowniczą codziennością.
Problemów z obecnym systemem jest znacznie więcej. Rażąco niesprawiedliwie traktuje on kobiety, które otrzymują między 25 a 45 proc. mniejsze świadczenia niż mężczyźni. Nie można też nie wspomnieć o tym, jak droga w utrzymaniu jest obsługa ogromnego aparatu biurokratycznego obsługującego konta indywidualne w ZUS. Wiele argumentów skłania do wyciągnięcia prostego wniosku: obecny system jest bez sensu.
Czas na nowe myślenie
Co możemy zrobić? Autorzy raportu „Jak uniknąć katastrofy?” proponują stworzenie nowego, prostszego systemu. Docelowo każdy obywatel miałby otrzymywać podstawę emerytalną (I filar) równą płacy minimalnej. Dziś to ok. 1500 zł na rękę. Oprócz tego powinny funkcjonować zachęty i możliwości, aby każdy mógł podwyższyć tę kwotę indywidualnie: w ramach funduszy pracowniczych (II filar) i kapitałowych (poddany publicznej kontroli III filar). Czyli podstawa godnej emerytury dla wszystkich, możliwość dodatkowego odkładania dla chętnych. Podobny system działa dziś w Kanadzie, która uchodzi pod tym względem za wzór, a w rankingach jakości życia zajmuje czołowe miejsca na świecie. Analogiczne rozwiązania popierają różne środowiska: konserwatywne, liberalne czy lewicowe. To pokazuje, że pomysły, jak naprawić system, można wyjąć poza nawias partyjnego sporu politycznego.
Czas na decyzje już nadszedł. Usiądźmy do rozmów, zanim będzie za późno. Także z samorządowcami, którzy jako jedni z pierwszych odczują skutki politycznej decyzji o obniżeniu wieku emerytalnego.