Jedynym rozsądnym, a zarazem relatywnie tanim, prostym i szybkim do wdrożenia, rozwiązaniem jest wyhamowanie „betonozy” i postawienie na zieleń w miastach. Celem powinno stać się rozwijanie tzw. błękitno-zielonej infrastruktury.

Tegoroczne dramatyczne powodzie w Niemczech, Belgii i innych krajach europejskich, w których zginęło ponad 230 osób, a także nasilające się groźne podtopienia w Polsce są wyraźnym dzwonkiem alarmowym. Opady stają się coraz bardziej intensywne i gwałtowne. Pojawiają się oberwania chmury, podczas których w ciągu godziny spada na metr kwadratowy więcej wody, niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu spadało w ciągu miesiąca. Z kolei w dwóch ubiegłych latach zmagaliśmy się z dotkliwą suszą. Wisła w Warszawie miała miejscami ok. 40 cm głębokości, a w Skierniewicach zabrakło wody w kranach. Te zjawiska będą się jeszcze nasilać – nauka nie ma co do tego wątpliwości.

Co więcej, w miastach mamy do czynienia nie tylko z zagrożeniem suszą i powodzią. Zmagamy się też z zanieczyszczeniem powietrza, hałasem, mniejszą wilgotnością oraz efektem tzw. miejskiej wyspy ciepła czyli zwiększonej temperatury spowodowanej nagrzaniem murów i ulic.

Na kursie kolizyjnym

Równocześnie nasze otoczenie jest coraz bardziej zagospodarowane i zabudowane. Intensywnie rozwija się szara infrastruktura czyli budynki, drogi, parkingi itp. kosztem terenów zieleni. Te dwa zjawiska - zagęszczająca się zabudowa i narastające zagrożenia klimatyczne - są ze sobą ściśle powiązane, co jest szczególnie wyraźne i ważne w kwestii gospodarowania wodą. Czym więcej w naszym otoczeniu betonu i powierzchni uszczelnionej, a mniej nawierzchni przepuszczalnych i naturalnej zieleni, tym bardziej skazujemy się na susze i powodzie, a także na hałas i zapylenie.

Gdy woda nie ma gdzie wsiąkać, pojawiają się podtopienia. Kanalizacja, która była przystosowana do mniej obfitych opadów, a zarazem mniej zabetonowanych miast, staje się niewydolna. Kiedy większość deszczowej wody, zamiast wsiąkać w grunt, trafia do kanalizacji, a ta odprowadza ją do rzek, wówczas ich nurt wzbiera i narasta zagrożenie powodziowe. O ile na terenach naturalnych nawet do 90 proc. wody pozostaje w miejscu opadów, o tyle w miastach średnio aż 70 proc. odpływa i jest bezpowrotnie tracona. Jeśli nie nauczymy się zatrzymywać tej wody w miejscu opadu, będziemy się zmagać z coraz silniejszymi podtopieniami i powodziami, które będą generować rosnące zagrożenie dla ludzi oraz koszty w postaci niszczenia infrastruktury.

Rozwiązań szukajmy w naturze

W tej sytuacji konieczne staje się poszukiwanie rozwiązań, które będą nie tylko skuteczne, ale także stosunkowo proste, szybkie do wdrożenia i niezbyt drogie. Są one dostępne i coraz szerzej stosowane w Europie i na świecie. To rozwiązania oparte na przyrodzie (z ang. Nature-Based Solutions). Polegają one na współdziałaniu z przyrodą i wykorzystaniu naturalnie zachodzących w niej procesów, nie zaś na nieskutecznych próbach jej poskromienia. Zamiast wielkim kosztem poszerzać niewydolną kanalizację czy budować gigantyczne zbiorniki retencyjne, można z powodzeniem stosować metody inspirowane naturą, które są znacznie skuteczniejsze i tańsze.

Kluczową ich cechą jest to, że dostarczają jednocześnie różnorodnych korzyści ekologicznych, ale także ekonomicznych i społecznych. Polegają na działaniach systemowych, przystosowanych do lokalnych warunków i efektywnych pod względem wykorzystania wszelkich zasobów, nie tylko finansowych. W miastach są to odpowiednio zaprojektowane układy roślinności i zbiorników wodnych, wspierające środowisko i zapewniające szeroki zakres usług ekosystemów (czyli korzyści, jakie człowiek czerpie z natury). Taka błękitno-zielona infrastruktura (BZI) jest tym bardziej skuteczna, im bardziej jej elementy są ze sobą powiązane i tworzą rozproszoną sieć na całej przestrzeni miasta. Mogą to być ogrody, parki, zieleń przyuliczna, przyszkolna, osiedlowa, odpowiednia roślinność na powierzchniach budynków – np. zielone dachy, pnącza na ścianach, filarach mostów, wiatach przystanków czy śmietników, a także zielone torowiska i tzw. parki kieszonkowe.

Jak nie walczyć z wodą

Jedną z najważniejszych funkcji błękitno-zielonej infrastruktury jest zatrzymanie wody deszczowej w miejscu opadu. Funkcjonujące w polskich miastach systemy, które zmierzają do jak najszybszego odprowadzania wody do kanalizacji i pozbycia się jej z przestrzeni miejskiej, mają opłakane skutki. Powodują z jednej strony podtopienia, a z drugiej zubażanie zasobów wodnych, a w konsekwencji susze. Dlatego szczególnie cenne i potrzebne są takie przykłady BZI, które umożliwiają zatrzymanie dużej ilości wody, np.: stawy retencyjne, niecki i rowy bioretencyjne czy ogrody deszczowe. Wszystkie one zwiększają odporność na zmiany klimatu poprzez spowalnianie spływu powierzchniowego, umożliwienie wsiąkania wody w grunt, zmniejszanie zagrożenia podtopieniami, chłodzenie i poprawę wilgotności powietrza. Równocześnie, ponieważ porośnięte są odpowiednią roślinnością, wspomagają oczyszczanie wody opadowej, a także poprawiają estetykę i podnoszą atrakcyjność miejsca.

Szczególnie ciekawe są te rozwiązania, które pozwalają na okresowe, bezpieczne zalewanie części terenu. To miejsca, które w normalnych warunkach pozostają suche i służą lokalnym społecznościom, a jedynie przy ulewnych deszczach wypełniają się wodą, np. boiska, specjalnie zaprojektowane place zabaw, skwery, fragmenty parków. Takie obiekty powstają już m.in. w miastach Niemiec czy Danii. Podobną funkcję pełnią zbiorniki wodne o podwyższonych i porośniętych specjalną roślinnością brzegach, w których podczas ulew podnosi się poziom wody.

Niecka sucha, Fot. Małgorzata Piszczek / Materiały prasowe / Małgorzata Piszczek

Miasto - gąbka

Kolejną metodą na ograniczanie spływu wody na terenach zurbanizowanych jest rozszczelnianie powierzchni utwardzonych. Miasta powinny, gdzie to tylko możliwe, ograniczać stosowanie nawierzchni betonowej czy asfaltowej, a w jej miejsce stosować różne formy powierzchni przepuszczalnych, umożliwiających wsiąkanie wody w grunt. Można to robić np. na parkingach czy ciągach komunikacyjnych. Należy też odbetonowywać podwórka, skwery i place. W Rotterdamie władze miasta zachęcają wręcz mieszkańców do samodzielnego usuwania płyt chodnikowych z wąskiego pasa przy kamienicach i sadzenia tam roślinności. Liczy się każda roślina i każdy skrawek ziemi, które mogą chłonąć wodę. Takie działania przynoszą korzyści nie tylko z punktu widzenia zagrożeń powodziowych, ale także estetyki i komfortu życia mieszkańców. Zastosowanie wszystkich opisanych rozwiązań w rozproszeniu i odpowiedniej skali pozwala na stworzenie tzw. „miasta-gąbki”. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z przeciwnym trendem: są niezliczone przykłady miast i miasteczek, w których miejskie place i rynki – kiedyś zielone – stają się betonową patelnią. Lekkomyślnie likwiduje się zielone skwery i wycina drzewa.

Bez dużych drzew nie damy rady

A przecież drzewa, szczególnie te duże i dojrzałe, mają absolutnie podstawową rolę w ochronie i adaptacji miast do zmian klimatu, a zatem ochronie ich mieszkańców i mieszkanek. Oczywiste jest znaczenie drzew dla pochłaniania dwutlenku węgla i produkcji tlenu. Ale pełnią one znacznie więcej funkcji, określanych jako usługi ekosystemów. Ich korzystnego wpływu na nasze otoczenie nie da się ani przecenić, ani zastąpić. Drzewa oczyszczają powietrze ze – szczególnie uciążliwych w miastach – pyłów zawieszonych i smogu, są barierą dla spalin i hałasu. Ogromnie ważny i niedoceniany jest ich wpływ na mikroklimat. Drzewa nie tylko dają cień, przez co obniżają temperaturę. Magazynują również wodę i oddają ją później w postaci wilgoci, a parowanie z liści i gleby daje silny efekt naturalnej klimatyzacji, pozbawionej negatywnych skutków ubocznych. Zieleń wysoka daje też schronienie różnym gatunkom zwierząt, a więc wspiera zachowanie bioróżnorodnośći. Jest potwierdzone naukowo, że drzewa mają takż wpływ na nasze zdrowie – przebywanie w ich otoczeniu poprawia kondycję psycho-fizyczną. Funkcje te najlepiej pełnią zdrowe, duże drzewa i krzewy, które mają ogromną powierzchnię liści. Dlatego zdecydowanym priorytetem w miastach (i nie tylko) powinno być ich zachowanie i aktywna ochrona. Nowe nasadzenia są, owszem, potrzebne, ale nie kosztem wycinki drzew dojrzałych. Ważne jest też, by nowo sadzone drzewa były przystosowane do lokalnych warunków, w tym również zmieniającego się klimatu.

Trawnik - wprawdzie zielony, ale nieskuteczny

W błękitno-zielonej infrastrukturze najkorzystniejsze są takie rozwiązania, które z jednej strony jak najskuteczniej wspierają opisane już funkcje (retencja i oczyszczanie wody, oczyszczanie powietrza, regulacja klimatu, ograniczanie hałasu itp.), a z drugiej wymagają jak najmniejszych nakładów pracy, energii i wszelkich innych zasobów. W miastach cennym i ograniczonym zasobem jest nie tylko woda, ale też przestrzeń. Trzeba więc wybierać te rozwiązania, które na ograniczonej powierzchni przynoszą możliwie największe korzyści – dla przyrody i człowieka. Stosowana często na terenach zurbanizowanych zieleń, która wymaga intensywnej pielęgnacji i nawadniania nie spełnia tego warunku. Przykładem mogą być wszechobecne w miastach trawniki. Potrzebują one częstego koszenia i podlewania, a to oznacza duże nakłady pracy i energii, spaliny i hałas emitowane przez kosiarki, znaczne zapotrzebowanie na wodę w okresach bezdeszczowych. Jednogatunkowe trawniki nie zwiększają też bioróżnorodności, nie wspierają owadów, wyłapują znacznie mniej pyłów i nie tłumią hałasu tak, jak wyższa roślinność. Przynajmniej na części terenów zajętych przez trawniki lepiej jest więc stosować np. łąki kwietne, które są wielogatunkowe, dają pokarm zapylaczom, oczyszczają powietrze i nie wymagają dużych nakładów pracy, gdyż wystarczy je kosić raz lub dwa razy w roku.

Błękitno-zielona infrastruktura – same korzyści

Jak więc widać, błękitno-zielona infrastruktura to stosunkowo proste, ale zarazem głęboko przemyślane i poparte nauką rozwiązania. Pełnią one równocześnie wiele funkcji, których nie spełnia tradycyjna, szara infrastruktura. Dzięki nim możemy na terenach zurbanizowanych za jednym zamachem zmniejszyć zagrożenie suszą, powodzią, upałem, odciążyć kanalizację, wspomóc oczyszczanie wody i powietrza, poprawić mikroklimat, ograniczyć hałas, zadbać o różnorodność biologiczną, w tym owady i ptaki, tworzyć miejsca rekreacji dla ludzi, które poprawią ich zdrowie fizyczne i psychiczne, a równocześnie będą po prostu piękne. Rozwiązania te zyskują coraz większe uznanie i zastosowanie, a Unia Europejska wspiera je przez swoje regulacje i fundusze. W najbliższych latach dostępne będą różne mechanizmy finansowania BZI na terenach zurbanizowanych. Polskie miasta i miasteczka powinny więc jak najszybciej zrozumieć wartość takiego podejścia do zarządzania przestrzenią i sięgnąć po te środki z korzyścią dla mieszkańców, budżetów publicznych i środowiska.

Ewa Jakubowska-Lorenz, koordynatorka projektów związanych z rozwijaniem BZI w Fundacji Sendzimira