Coraz częstsze pożary, powodzie i pogorszenie jakości powietrza to zjawiska, które – według Reutersa – spowodują w końcu, że Australijczycy dołączą do grona klimatycznych uchodźców. Ich kraj stanie się po prostu niezdatny do zamieszkiwania.
Reklama
Intensywne deszcze i burze, które pod koniec zeszłego tygodnia dotarły nad Australię, dały nadzieję na opanowanie trawiących ten kraj od miesięcy dramatycznych pożarów. Intensywne opady pomogły też oczyścić nieco powietrze z dymu. „Trzymamy kciuki, żeby utrzymało się to w kolejnych dniach” – napisała na Twitterze straż pożarna Nowej Południowej Walii, jednego z najdotkliwiej poszkodowanych stanów. Jak zaznacza Reuters, na dłuższą metę burze wiążą się też jednak m.in. z zagrożeniem powodziowym.
Od września ogień strawił w Australii terytorium o powierzchni ponad 10 mln ha, czyli o połowę więcej niż przez cały zeszły rok w Puszczy Amazońskiej. Zginęło co najmniej 29 osób i miliony zwierząt. Ogień pochłonął także tysiące domów i pól uprawnych. Do atmosfery trafiło 400 mln ton CO2 – więcej niż według Międzynarodowej Agencji Energii wynoszą przeciętne roczne emisje Australii. A lato jeszcze się nie skończyło – ryzyko pożarów może utrzymać się co najmniej do końca lutego.
Chmury dymu dotarły m.in. do Sydney, Melbourne i Canberry, wzniecając obawy ich mieszkańców o skutki zdrowotne jego wdychania – zwłaszcza jeśli pożary o tej skali co tegoroczne stałyby się nową letnią normą. W piątek po południu te trzy miasta nadal utrzymywały się w setce najbardziej zanieczyszczonych według monitorującej jakość powietrza aplikacji AirVisual, ale wypadły już ze ścisłej czołówki rankingu, ustępując miejsca m.in. Ułan Bator, Sarajewu, Delhi, Pekinowi czy Skopje, a także polskim miastom: Wrocławiowi, Poznaniowi, Warszawie i Krakowowi.
Na pożarach nie kończą się związane z pogodą i klimatem problemy, których doświadczają Australijczycy. Ogromne straty w związku z suszą ponosi rolnictwo. Pożary odstraszają też turystów.
Wzrost temperatur jest jednym z czynników, które przyczyniają się do zamierania Wielkiej Rafy Koralowej, czego koszty odbiją się nie tylko na bezpośrednio zależnych od niej organizmach. Łączna wartość wszystkich raf koralowych (a Wielka Rafa jest z nich największa), określanych czasem jako morski odpowiednik lasów równikowych, dla światowej gospodarki – związana m.in. z ochroną wybrzeży przed erozją i ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi, a także dla naszej medycyny, rybołówstwa czy turystyki – szacowana jest na ponad 170 mld dol. rocznie. Według Deloitte Wielka Rafa utrzymuje też ponad 60 tys. miejsc pracy w samej Australii, a jej znaczenie dla bioróżnorodności jest tak ogromne, że eksperci mówią o groźbie poważnego załamania się ekosystemu w razie jej obumarcia. O wyginięciu koralowców mówi się – ostatnio np. w artykule „Nature” – jako o jednym z punktów krytycznych, obok zanikania Puszczy Amazońskiej czy lodu pokrywającego zachodnią część Antarktydy, których przekroczenie oznaczać będzie początek kaskady nieodwracalnych zmian dla życia na Ziemi. W efekcie fali ciepła z lat 2016–2017 obumarła już połowa Wielkiej Rafy, a eksperci prognozują, że bez zahamowania emisji w ciągu najbliższej dekady do 2050 r. mogą wyginąć wszystkie.
Konsekwencją katastrofy, jaka dotknęła Australię w ostatnich miesiącach, będzie najprawdopodobniej zwrot w polityce klimatycznej. Dziś Canberra należy do największych światowych eksporterów węgla i skroplonego gazu ziemnego (LNG). Jest też jednym z liderów w dziedzinie emisji gazów cieplarnianych per capita. Centroprawicowy blok, który dominuje w australijskiej polityce od ponad 6 lat, kwestionował jednak do niedawna związki pożarów ze zmianami klimatu i był niechętny wobec postulatów ograniczania emisji. W ramach paryskiego porozumienia klimatycznego Australia zobowiązała się do redukcji na poziomie 26–28 proc. wobec poziomu emisji gazów zarejestrowanego w 2005 r. Mimo że cel ten był krytykowany jako niewystarczająco ambitny, ONZ prognozuje, że przy utrzymaniu obecnych polityk Australia nie ma szans ich zrealizować. W grudniowym rankingu polityk klimatycznych Climate Change Performance Index opracowanym przez organizacje Germanwatch, NewClimate Institute oraz międzynarodową sieć Climate Action (CAN) Australia znalazła się na 56. miejscu na 61 krajów uwzględnionych w zestawieniu. Gorzej wypadły tylko Iran, Korea, Tajwan, Arabia Saudyjska i USA. Zaniedbania rządu centralnego w tej dziedzinie usiłują nadrabiać władze stanowe i lokalne oraz firmy, które angażują się w rozwój OZE i technologii wodorowych.
Coraz częstsze pożary, powodzie czy pogorszenie jakości powietrza to niektóre ze zjawisk, które – według Reutersa – na dłuższą metę grożą Australijczykom dołączeniem do grona klimatycznych uchodźców, czyniąc ich kraj niezdatnym do zamieszkiwania. Także amerykański „The Atlantic” odnotowuje, że miesiące pożarów spowodowały „jedną z największych ewakuacji mających miejsce w czasie pokoju w historii Australii”, i wskazuje, że w przyszłości Australijczycy mogą być zmuszeni do radykalnych zmian stylu życia i otoczenia, w którym żyją, albo do wycofania się z narażonych na pożary terenów. Według szwajcarskiego Centrum Monitorowania Przesiedleń Wewnętrznych IDMC od września do stycznia do przemieszczenia się zmuszonych zostało ok. 90 tys. Australijczyków. Dla porównania, w całym roku 2018 ze względu na kataklizmy migrować musiało 11 tys. osób.
Australia to tylko jeden z krajów, w którym według prognoz klimatologów nasilą się ekstremalne zjawiska pogodowe. Obrazy, jakie tam obserwujemy, mogą stać się rutyną, jeśli nie powstrzymamy wzrostu temperatur – alarmują. Sezon, w którym ryzyko pożarów będzie wyższe, może wydłużyć się m.in. w Puszczy Amazońskiej, lasach Ameryki Północnej, Europy Południowej, Skandynawii czy Syberii – łącznie na 25 proc. terenów pokrytych roślinnością. Już obecnie liczba osób, które na całym świecie muszą ratować się ucieczką przed katastrofami naturalnymi, jest rekordowa. IDMC szacuje, że w samej tylko pierwszej połowie 2019 r. było to losem 7 mln ludzi. W tym samym czasie – podaje IDMC – 3,8 mln, a więc o blisko połowę mniej, migrowało ze względu na konflikt zbrojny.
Powodowane zmieniającym się klimatem masowe migracje stanowią jeden z aspektów prognoz klimatologów, które najbardziej niepokoją Europejczyków. Jak wynika z niedawnego badania Europejskiego Banku Inwestycyjnego, ponad 80 proc. mieszkańców UE spodziewa się, że będą one jednym z prawdopodobnych skutków zmian klimatycznych. Na razie – jak wskazuje m.in. UNHCR – ruchy migracyjne związane z pogodą i klimatem należą do kategorii przesiedleń wewnętrznych, ale w dłuższej perspektywie mogą zmusić uciekających także do przekraczania granic. Jak wynika z ustaleń szwajcarskiego Centrum Monitorowania Przesiedleń Wewnętrznych (IDMC), ogromna skala ruchów migracyjnych związanych z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi dotyczy Afryki – w 2018 r. uciekając przed kataklizmem, opuścić swoje domy musiało tam ponad 2,5 mln ludzi, w tym ok. 600 tys. Nigeryjczyków, 550 tys. Somalijczyków i 300 tys. Etiopczyków. Blisko 17 mln Afrykańczyków do przesiedlenia się zmusiły konflikty zbrojne, które w wielu przypadkach również powiązane są z klimatem, którego zmiany powodują na Czarnym Kontynencie utrudniony dostęp do surowców, w tym wody. Wskutek katastrof naturalnych swoje domy musiały też opuścić miliony mieszkańców Indii (ok. 2,7 mln), Chin (3,8 mln) i kilkaset tysięcy Indonezyjczyków.
Sondaż EBI wskazuje, że także obywatele państw UE nie są wolni od obaw, że zmieniający się klimat wymusi na nich w przyszłości zmianę miejsca zamieszkania. Około jednej czwartej badanych uważa, że będzie w przyszłości musiało przenieść się do chłodniejszego kraju lub regionu, a 18 proc. spodziewa się, że będzie musiało zamieszkać gdzieś, gdzie jest cieplej. Tymczasem już dziś pierwsze kostki migracyjnego domina upadają w krajach strefy zwrotnikowej.