Posłowie KO chcieliby rozgraniczyć edukację domową i szkoły uczące za pomocą platform, ale boją się protestów.

Uregulować szkoły platformowe

W tym roku padł kolejny rekord liczby uczniów w edukacji domowej. W tej formie kształci się już 42,3 tys. dzieci. Gros z nich korzysta z placówek, które oferują edukację za pomocą platform internetowych – największa, Szkoła w Chmurze, ma już 25 tys. podopiecznych. Popularność tego typu rozwiązań nie podoba się jednak samorządom. Także posłowie formującej się większości rozważają zmiany zasad ich działania.

– Szkoły platformowe to nie do końca edukacja domowa, więc trzeba się zastanowić nad osobnymi przepisami dla nich – deklaruje Dorota Łoboda, posłanka KO. – Na pewno potrzebne są standardy działania czy jasny sposób finansowania – zapowiada. Zdaniem Łobody konieczne jest, by platformy jasno informowały rodziców o tym, że teraz to oni przejmują pełną odpowiedzialność za edukację dzieci (to główne założenie edukacji domowej). Jak to zrobić? Posłanka deklaruje, że potrzebny jest dialog z podmiotami prowadzącymi placówki.

Inny poseł z KO przyznaje jednak, że próba uregulowania szkół platformowych budzi wśród formującej się większości obawy. – Boimy się powtórki z ruchu „Ratuj maluchy” Karoliny i Tomasza Elbanowskich – mówi. Chodzi o to, że jeśli szkoły poczują, że ich interesy są zagrożone, mogą mobilizować swoich uczniów i rodziców do protestu. To już się zresztą dzieje.

Szkoły platformowe protestują

W ubiegły piątek pod budynkiem resortu edukacji odbył się protest uczniów edukacji domowej. Nastolatkowie zjawili się z miotłami do „wymiatania złych rozwiązań i pomysłów na polską szkołę”. W scenariuszu happeningu nie zabrakło: briefingu dla prasy i symbolicznego przekazanie mioteł partiom politycznym. Postulaty dotyczące m.in. finansowania oświaty omawiali przedstawiciele Szkoły w Chmurze, Fundacji Edukacji Domowej (związanej z prowadzącym nauczanie za pomocą platformy Centrum Nauczania Domowego), SOS dla Edukacji i Amnesty International.

To odpowiedź na projekt podziału subwencji oświatowej na 2024 r. Zakłada on kontynuację finansowania edukacji domowej na takich samych zasadach jak w tym roku. Czyli niekorzystnych dla szkół prowadzących platformy.

Przypomnijmy: do 2015 r. wysokość subwencji oświatowej była dla wszystkich uczniów taka sama. W 2016 r. ówczesna minister edukacji, Anna Zalewska, obniżyła środki na dziecko w edukacji domowej do 0,6 kwoty bazowej. Sześć lat później urosły one do 0,8. W ostatnim rozporządzeniu zostały ograniczone w zależności od wielkości szkoły i liczby uczniów w edukacji domowej.

Szkoły platformowe nie realizują zaleceń dla uczniów z orzeczeniami?

Własne listy postulatów dotyczących regulacji mają samorządy. Marta Stachowiak z UM Bydgoszczy zastanawia się, czy edukacja domowa (ED) i zdalna za pomocą platform powinny być zorganizowane na podstawie tych samych przepisów, choćby w zakresie opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dziś nie trzeba takiej mieć, by rozpocząć ED. Zdaniem urzędniczki do rozważenia jest też zasadność zapisywania na szeroką skalę do takich szkół uczniów z orzeczeniami o potrzebie kształcenia specjalnego w kontekście pobierania na nich dotacji w zwiększonej wysokości. – W praktyce szkoły te nie realizują zaleceń zawartych w orzeczeniach – podkreśla. Wnioski te płyną z kontroli prowadzonych przez samorządy.

Monika Dubec z wrocławskiego magistratu przypomina, że dziś uczeń może realizować nauczanie domowe w szkole poza województwem, w którym mieszka. Jej zdaniem powinien robić to w pobliżu domu. – Należy zadać pytanie, w jaki sposób dyrektor szkoły np. z Wrocławia realizuje wskazania z orzeczenia w mieście zamieszkania ucznia, np. w Warszawie – zastanawia się urzędniczka i dodaje, że z perspektywy samorządu obecny górny wskaźnik na dzieci w tej formie kształcenia (0,8) jest za wysoki. Powinien wrócić do maksymalnego 0,6.

Dla Warszawy kluczowa jest zmiana finansowania. Chodzi o to, by rządową subwencję naliczać od liczby uczniów co miesiąc, a nie – jak dotąd – raz w roku. Zdaniem Moniki Beuth, rzeczniczki m.st. Warszawy, należy też przywrócić konieczność dołączania do wniosku o wydanie zezwolenia na edukację domową opinii publicznej poradni psychologiczno-pedagogicznej.

Justyna Góźdź z kancelarii prezydenta Lublina idzie dalej i proponuje, że należałoby dotować jednostki organizujące edukację domową tylko na uczniów, którzy uzyskają pozytywne oceny rocznej albo końcowej klasyfikacji, tj. po zdaniu egzaminu klasyfikacyjnego (o którym mowa w art. 37 ust. 4–6 ustawy – Prawo oświatowe). W ten sposób kwota stanowiłaby refundację faktycznie poniesionych wydatków danego podmiotu na ucznia i jego rodzica. Z Poznania słyszymy z kolei o pomyśle doprecyzowania, co może być finansowane, czyli stworzenia ścisłego katalogu wydatków tylko dla edukacji domowej. ©℗