Nawet gdyby zlikwidować lekcje religii w szkołach, nikt nie ma dziś dla nich dobrej alternatywy – zajęć, które zachęcałyby uczniów do innego rodzaju wysiłku intelektualnego niż zakuwanie.

30 lat temu Polska podpisała konkordat ze Stolicą Apostolską. Dokument o jego ratyfikacji został przyjęty pięć lat później. Już wtedy pod adresem umowy padały mocne słowa krytyki. Na czele z zastrzeżeniem, że stosunki między państwem a Kościołem powinny się opierać na ewangelicznej zasadzie „oddajcie Bogu, co boskie, a cesarzowi, co cesarskie”. Wraz z początkiem nowego roku szkolnego, który przypadł w tym roku na środek kampanii wyborczej, emocje wzbudzają szczególnie lekcje religii w szkole. Dla Prawa i Sprawiedliwości obecne rozwiązanie jest gwarancją wychowania światłych obywateli. Koalicja Obywatelska wolałaby, żeby traktować religię jak zajęcia dodatkowe, bez ocen na świadectwie.

Według Polski 2050 to szkoły, w porozumieniu z radami rodziców, powinny decydować o liczbie godzin i formie tych lekcji. PSL jest za utrzymaniem status quo. Z kolei Lewica opowiada się za wyprowadzeniem nauczania religii z edukacji publicznej. Zaoszczędzone w ten sposób fundusze proponuje przeznaczyć na uczniów ze specjalnymi potrzebami.

Fala odejść

– Polityczne postulaty usunięcia nauki religii ze szkół i informacje o nieuprawnionym ingerowaniu w planowanie przez dyrektora rozkładu zajęć są wyraźnym dowodem nieznajomości lub, co gorsza, lekceważenia przez autorów takich postulatów obowiązujących przepisów, w tym fundamentalnych zasad ustalonych w konstytucji – dowodzi rzeczniczka Ministerstwa Edukacji i Nauki Adrianna Całus-Polak.

Lekcje religii przywrócono w szkołach w 1990 r. na mocy instrukcji ówczesnego ministra edukacji Henryka Samsonowicza. Rok później uchwalono ustawę o systemie oświaty, której art. 12 ust. 1 stanowi, że publiczne przedszkola i podstawówki organizują zajęcia z katechetą na życzenie rodziców, a ponadpodstawowe – na życzenie rodziców bądź samych uczniów. Praktyka stosowania tego przepisu poszła jednak w nieco innym kierunku. Wie o tym każdy, kto choć raz na klasowym zebraniu wypełniał deklarację, że nie wyraża zgody na udział swojego dziecka w lekcjach religii.

A robi to coraz więcej rodziców, zwłaszcza uczniów szkół ponadpodstawowych. Choć skala zjawiska jest różna w zależności od regionu kraju i ośrodka. I tak np. w Gliwicach w roku szkolnym 2022/2023 na religię w podstawówkach chodziło 84 proc. dzieci, zaś rok wcześniej – 92 proc. W szkołach średnich było to już odpowiednio 58 proc. i 67 proc. W Zielonej Górze są podstawówki, gdzie na religię uczęszcza 91 proc. uczniów. Jednocześnie są tam licea, gdzie frekwencja ledwo sięga 15 proc.

Lekcje religii w obecnej formule to jeden z głównych czynników, które przyczyniły się do sekularyzacji polskiej młodzieży. To sytuacja, z którą dotąd ani decydenci kościelni, ani państwowi nie zmierzyli się na poważnie – mówi prof. Stanisław Obirek

Największą falę odejść widać w dużych miastach. Ostatnie badania ankietowe pokazują, że w szkołach publicznych w Warszawie na religię chodzi 45 proc. dzieci. Dla porównania w roku szkolnym 2020/2021 było to niemal 51 proc. W Łodzi w poprzednim roku szkolnym na zajęcia z katechetą chodziła połowa uczniów, podczas gdy dwa lata wcześniej – 60 proc. W Poznaniu średnio 75 proc. uczniów podstawówek uczęszcza na religię (spadek o 11 pkt proc. od 2019 r.), a liceów – 33 proc. (w dół o 13 pkt proc.). Na drugim biegunie są np. Siemianowice, gdzie uczestnictwo sięga 85,5 proc. (dla wszystkich typów szkół). Choć i tam widać powolny odpływ uczniów.

– Nie można przejść nad tym do porządku dziennego, uznając, że tak jest i będzie – komentuje niską frekwencję prof. Witold Starnawski z Wydziału Nauk Pedagogicznych UKSW. Jego zdaniem istniejąca obecnie możliwość rezygnacji z chodzenia zarówno na religię, jak i na etykę jest błędem. – To zgoda na wypuszczanie ze szkół ludzi niedouczonych. Religia i etyka dotyczą ważnych spraw egzystencjalnych: poszukiwania sensu i zrozumienia świata. Skłaniają do refleksji i kształtują postawy, które pomagają we wzajemnym zrozumieniu i rozwiązywaniu konfliktów społecznych. To wiedza podstawowa dla dialogu – wyjaśnia. – Nawet jak ktoś jest niewierzący, poznanie podstaw religii nie przyniesie mu szkody, przeciwnie – może poszerzyć horyzonty i uczyć tolerancji – podkreśla prof. Starnawski.

Przyznaje jednocześnie, że pustoszejące ławki trudno wytłumaczyć jedynie postępującą sekularyzacją Zachodu. – Nauczyciel powinien zapewnić młodzieży atrakcyjną ofertę, dbać o to, by z jednej strony zajęcia nie wiały nudą, z drugiej – by nie ulegać modom. Powinien być dla swoich słuchaczy autorytetem. Nie dlatego, że przemawia do nich ex cathedra, lecz dlatego, że potrafi wchodzić w dyskusję, uzasadniać i merytorycznie bronić różnych kwestii. Musi być uzbrojony w wiedzę i umiejętność jej przekazywania – zaznacza prof. Starnawski. Zastrzega jednak, że nie chodzi o przeniesienie lekcji religii do salek parafialnych. Według niego religia powinna pozostać w szkole, a jej drugim elementem powinny być spotkania poza nią. To samo dotyczy zresztą etyki.

– Wyłączenie religii ze szkół skutkowałoby wielką szkodą dla dzieci. Nikt przecież nie mówi o skreśleniu z procesu kształcenia historii czy geografii – wtóruje ks. prof. Andrzej Szostek, filozof i etyk związany z Uniwersytetem Warszawskim. Nieprzypadkowo wskazuje na te właśnie przedmioty. Na historii uczeń poznaje dzieje różnych państw, ze szczególnym naciskiem na losy Polski. Na geografii uczy się o klimacie na świecie, ale gros czasu poświęca temu, co dotyczy naszego kraju. – Tak samo z lekcją religii. Żyjemy w kulturze chrześcijańskiej od wieków, dlatego zrozumiałe jest poświęcenie jej więcej uwagi niż judaizmowi czy islamowi – mówi. Zaraz jednak zastrzega, że te zajęcia to nie katecheza, będąca elementem kształcenia wyznaniowego, za które odpowiada Kościół.

Otworzyć umysły

Wraz ze spadającą liczbą uczniów maleje też liczba nauczycieli religii i etyki. Z danych resortu edukacji wynika, że w roku szkolnym 2022/2023 było ich ok. 26 tys. (z czego 25,3 tys. to katecheci). To o ponad 730 mniej niż w roku szkolnym 2019/2020. Co więcej, skurczyła się nie tylko liczba etatów dla prowadzących religię, lecz także dla etyków. Mimo że resort edukacji prowadził, w porozumieniu z wybranymi uczelniami, akcję dokształcania kadry z tego przedmiotu. – Niestety przy kiepskich warunkach finansowych wielu dobrych ludzi ucieka z zawodu. Kto zostaje? Na pewno wciąż gros pedagogów jest doskonałych, ale średni poziom zaangażowania i przygotowania spada. Tymczasem nauczyciel powinien mieć w sobie pasję, którą zaraża uczniów. Cały nasz rozwój, intelektualny i duchowy, bierze się z ciekawości i szukania odpowiedzi – podkreśla ks. prof. Szostek.

Doktor Andrzej Waleszczyński, nauczyciel etyki, WOS i matematyki w liceum, wykładał na studiach podyplomowych dla przyszłych nauczycieli etyki na UKSW. W dwóch cyklach udało się wypuścić 60 absolwentów. I nie ma wątpliwości, że osoby te są bardzo potrzebne w szkołach. Zdaniem dr. Waleszczyńskiego zapaść religijności w społeczeństwie boleśnie odbija się na młodym pokoleniu, szczególnie na jego kondycji psychicznej. Wiara – przekonuje – stanowi ważny punkt odniesienia, którego brak oznacza kłopoty. Na dowód przywołuje badania prowadzone niezależnie przez naukowców z Uniwersytetu Harvarda, London School of Economics czy Uniwersytetu Erazma w Rotterdamie. Wynika z nich, że udział w religijnych praktykach przynosi długotrwałe rezultaty, takie jak poprawa nastroju – w odróżnieniu od aktywności w klubach sportowych czy rozmaitych organizacjach, która tylko doraźnie niweluje skutki stanów depresyjnych. Natomiast osobną kwestią jest to, czy zajęcia z religii i etyki powinny być prowadzone w takiej formie jak obecnie. – Gdy wprowadzano religię do sal lekcyjnych, działano na szybko i mierzono się z poważnym problemem braków kadrowych. Nie ujmując niczego osobom zatrudnionym wówczas w parafiach, zostawały one katechetami bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. Ich poziom wykształcenia teologicznego i pedagogicznego pozostawiał wiele do życzenia. Obecni rodzice to ludzie, którzy w tamtym czasie sami byli uczniami i sami doświadczyli, co to znaczy nieprzygotowany nauczyciel – mówi dr Waleszczyński.

W liceum, w którym pracował, lekcje religii i etyki odbywały się w tym samym czasie. Dyrekcja mocno sugerowała uczniom, że trzeba coś wybrać. Kilka osób się wyłamało, tłumacząc, że nie ma takiego obowiązku. Ale że lekcje trwały równolegle, zainteresowanie było większe, niż gdyby organizowano je w różnych porach. Doktor Waleszczyński opowiada, że w świecie smartfonów i krótkich informacji przekornie postanowił zadawać swoim uczniom pytanie, które zmuszało ich do głębszego zastanowienia: „Jak myślisz, od kiedy ty jesteś?” – Nie spodziewałem się tak różnorodnych odpowiedzi. Od tych standardowych mówiących, że od chwili poczęcia czy narodzin, po bardziej wysublimowane, np.: „Jestem od dwóch lat, bo dopiero od tego czasu czuję się tym, kim jestem”. Albo: „jestem, odkąd rodzice mnie zechcieli, od tej pory istniałem w ich głowach jako koncept”. Lub: „Dopiero będę, jako skończony projekt, na sam koniec życia”. Kiedy młodzi ludzie zobaczyli, jak bardzo różnią się w swoich odpowiedziach i postrzeganiu siebie, było to dla nich wzbogacające doświadczenie – podkreśla dr Waleszczyński. Przekonuje, że aby takie ćwiczenia przynosiły skutek, ważne jest, by szanować opinię drugiego człowieka, nie stawiać swojego zdania wyżej od innych, nie deprecjonować ucznia, który myśli inaczej. Do tego potrzeba jednak otwartego umysłu – nie tylko dziecka, ale i nauczyciela. To zaś wymaga poszerzania wiedzy i nieulegania schematom. Weźmy pytanie o początek istnienia człowieka. To właśnie nauczyciel religii powinien być szczególnie otwarty na dyskusję, którą wieki temu prowadzili ojcowie Kościoła, jak św. Augustyn czy św. Tomasz z Akwinu. Spierali się, czy ciało dostaje duszę od razu, czy dopiero na dalszym etapie rozwoju (było dla nich jasne, że nie od razu po zapłodnieniu). – Brak rzetelnej edukacji religijnej spłaszcza niektóre problemy, powoduje, że pewne rzeczy przyjmujemy z góry jako niepodlegające dyskusji – uważa dr Waleszczyński. – Widzę nie tyle problem lekcji religii czy etyki, ile raczej całego szkolnictwa, które w wielu aspektach nie zmieniło się od lat 80. XX w. Wystarczy, że spojrzymy na nasze stare świadectwa i przedmioty, których wtedy uczono. Choć dzisiaj mamy tablice interaktywne, sam sposób nauczania również wiele się nie zmienił. Co z tego, że uczniowie wykują na pamięć nazwisko jakiegoś filozofa, jeśli nie będą w stanie ocenić jego stanowiska i skonfrontować go z własnym sposobem myślenia. Podobnie z lekcjami biologii, z której zapamiętają hasło „retikulum endoplazmatyczne”, ale w lesie będą jak dzieci we mgle.

Nie tylko biskupi i politycy

Lekcje religii w szkole są problemem dla uczniów, nauczycieli, rodziców, dyrektorów. I mimo upływu dekad nikt nie podjął się faktycznej próby jego rozwiązania – to gorzka opinia prof. Stanisława Obirka, teologa i antropologa kultury z Uniwersytetu Warszawskiego. – Profesor Józef Baniak, nieżyjący już teolog i socjolog, poświęcił tej kwestii opasłą książkę. A dokładniej temu, jak lekcje religii przyczyniły się do desakralizacji obrządków religijnych, na czele z pierwszą komunią i bierzmowaniem – mówi prof. Obirek. Przyznaje też, że jako wykładowca akademicki często musi poświęcić cały semestr na to, aby pokazać nowym studentom, że to, z czym się zetknęli w szkołach, nie wyczerpuje sfery sacrum. W jego opinii największą odpowiedzialność za obecny stan rzeczy ponoszą autorzy podręczników – niespójnych nie tylko z samym katechizmem, lecz także z tym, co jest w książkach do innych przedmiotów oraz w informacjach powszechnie dostępnych w sieci. – Moja diagnoza jako antropologa kultury jest taka, że Kościół popełnił błąd, wprowadzając za wszelką cenę lekcje religii do szkół bez konsultacji z teologami, socjologami i pedagogami, jak to zrobić. I brnie w tym grzechu pierworodnym dalej, choć już się to obróciło przeciwko niemu, czego przejawem jest spadające uczestnictwo w tych zajęciach. A proces ten będzie się tylko pogłębiał. Lekcje religii w obecnej formule to jeden z głównych czynników, które przyczyniły się do sekularyzacji polskiej młodzieży. To sytuacja, z którą dotąd ani decydenci kościelni, ani państwowi nie zmierzyli się na poważnie.

– Mam poczucie, że nie ma jednej odpowiedzi, dlaczego coraz mniej młodych ludzi chodzi na religię. Zapewne wiąże się to z krytyczną atmosferą wokół Kościoła. Z tym że w świątyniach pojawia się i przemawia wielu polityków, że toleruje się wypowiedzi takich osób jak ojciec Rydzyk. To rodzi uzasadniony bunt – uważa ks. prof. Szostek. Zwraca uwagę, że w oficjalnych komunikatach Episkopat przestrzega przed używaniem Kościoła do celów politycznych, lecz istnieje rozdźwięk między teorią a praktyką.

Eksperci są zdania, że usunięcie religii ze szkół nie jest dobrym rozwiązaniem. Nikt nie ma dziś bowiem dobrej propozycji alternatywy – lekcji, które zachęcałyby uczniów do innego rodzaju wysiłku intelektualnego niż „3 x Z” (zakuć, zdać, zapomnieć). Dlatego ich zdaniem dyskusja powinna toczyć się nie tyle na temat likwidacji zajęć, ile o ich jakości. – Bez religii, etyki i filozofii, które kształtują wartości ludzi, trudno mówić o wychowaniu i edukacji młodzieży – powtarza prof. Obirek. Dodaje, że wciąż naiwnie czeka na szeroką debatę na temat nauczania tych przedmiotów z udziałem nie tylko biskupów i polityków, lecz właśnie antropologów, filozofów i etyków. ©Ⓟ