- Edukacyjna wartość dodana pokaże, czy to, że ze szkoły wychodzą absolwenci z najwyższymi wynikami, rzeczywiście oznacza, że jest ona najlepszą szkołą - mówi dr Marcin Smolik, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej.

ikona lupy />
dr Marcin Smolik, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej / Dziennik Gazeta Prawna / fot. Wojtek Górski
Tegoroczna matura miała najwyższą zdawalność od niemal 20 lat. Mamy genialnych absolwentów czy CKE po prostu ułatwiła testy?

Trzeba pamiętać, że w tym roku maturzyści przystępowali do egzaminów sprawdzających wiadomości i umiejętności określone w wymaganiach egzaminacyjnych, a nie w całej podstawie programowej. Zakres wymagań, którym musieli sprostać, był więc mniejszy. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego – kiedy patrzymy na wyniki, widzimy, że maturzyści z pewnością przyłożyli się do nauki.

Jak to poznać?

CKE przygotowuje egzaminy na podstawie zadań, które miały próbne zastosowania. To znaczy, że zanim zostały umieszczone w arkuszu dla maturzystów, mieli okazję zmierzyć się z nimi inni uczniowie. Były takie zadania, które w tych próbach rozwiązywało 75 proc. zdających, a na maturze nie miało z nimi problemu 97 proc.

Regularnie spotykam się z grupą ok. 600 polonistów. Podczas spotkania po maturze część z nich dawała nam znać, że dawno nie czytali tylu tak dobrych wypracowań – zdający wreszcie odwoływali się do bardziej ambitnej literatury, a nie do „Shreka” czy „Dam i wieśniaczek”. Takie prace pokazywano mi w poprzednich latach. Poloniści zwracali też uwagę, że mieli sporo prac, w których były poprawnie sformułowane argumenty, akapity.

Z czego wynika taka mobilizacja?

Na pewno z kilku przyczyn. Przede wszystkim wydaje mi się, że samo podniesienie trudności egzaminu z języka polskiego podziałało na część zdających bardzo mobilizująco. Być może przyczynił się do tego również powrót egzaminu ustnego z tego języka. Aby go zdać, maturzyści musieli chociaż przejrzeć lektury, coś sobie o nich przypomnieć. To pomogło nie tylko w przypadku wypracowań, lecz także testu historyczno-literackiego, który jest częścią arkusza z języka polskiego na poziomie podstawowym.

Oczywiście nadal daleko nam do ideału, ale być może tegoroczna matura jest sygnałem, że coś się ruszyło w podejściu do języka polskiego.

Gorzej z matematyką.

Dla niej trudno na razie wyciągać jakieś wnioski. Mamy w wymaganiach egzaminacyjnych obcięte najtrudniejsze wymagania, m.in. dowody geometryczne, wielomiany, zagadnienia dotyczące brył obrotowych. Te obszary zawsze sprawiały zdającym kłopot. Wrócą na egzamin w 2025 r.

Co z zapowiedziami, że matura będzie trudniejsza? Był pan zwolennikiem podniesienia jej poziomu.

I nadal jestem. Matura będzie trudniejsza, kiedy wrócą na nią wszystkie wymagania. Wówczas nawet kiedy damy najbardziej podstawowe zadania sprawdzające te najtrudniejsze do opanowania umiejętności, to już będzie dla dużej grupy maturzystów wyzwanie.

Oczywiście moglibyśmy z wymagań, które zostały na liście, już teraz tworzyć bardziej skomplikowane czy udziwnione zadania – pytać o konkretną wiedźmę w „Makbecie” albo tak układać zadania z matematyki, by wymagały bardzo rozbudowanych obliczeń. Nie o to jednak chodzi – ważne jest, by sprawdzać najważniejsze umiejętności.

Czy uczelnie otrzymują dziś dobrze przygotowanych kandydatów na studia?

Jest lepiej niż w dwóch poprzednich latach. Maturzyści naprawdę poradzili sobie przyzwoicie nawet z tymi zadaniami, które wcześniej sprawiały więcej problemów. Co będzie w 2025 r., kiedy wymagania wrócą do normy? Sam jestem ciekaw.

Na razie uczelnie powinny się przygotować na zajęcia wyrównawcze?

Jeżeli na egzaminie nie są sprawdzane umiejętności szczególnie ważne z punktu widzenia konkretnego kierunku w danej szkole wyższej, myślę, że byłoby warto. Najprawdopodobniej duża część maturzystów tego po prostu nie opanowała w zadowalającym stopniu.

Wiadomo już, jak pandemia wpłynęła na poziom wiedzy, na umiejętności naszych uczniów?

Nie jestem w stanie tego stwierdzić, przeprowadzenie takich badań nie leży w kompetencjach CKE.

W rozkładzie wyników egzaminu ósmoklasisty z matematyki widać właściwie dwie grupy – jednym idzie bardzo dobrze, drugim – bardzo źle. Tych pośrodku ubywa.

Powodów jest kilka. Najważniejszy to ograniczenie wymagań egzaminacyjnych: nie było zadań sprawdzających najtrudniejsze umiejętności, zatem wyniki wysokie lub bardzo wysokie uzyskali uczniowie, którzy przy egzaminie sprawdzającym całość wymagań uzyskaliby wyniki lekko powyżej przeciętnej. Z pewnością wpływ miało na to również zmniejszenie liczby zadań w arkuszu związane z postpandemicznym dostosowaniem egzaminu. Przyczyną może być również to, że część uczniów już nadrobiła ewentualne zaległości powstałe podczas pandemii, podczas gdy inni nadal borykają się z zagadnieniami dość podstawowymi. Szczególnie widoczna jest ta różnica w wynikach w przypadku zadań otwartych, czyli takich, w których zdający samodzielnie konstruują odpowiedź.

Egzamin pokazał też, że mamy młodych ludzi, którzy z matematyki praktycznie w ogóle nie rozwiązywali zadań otwartych. Po prostu zostawiali puste miejsca w arkuszu.

Dlaczego?

Być może postępują tak uczniowie, którzy wiedzą, że w ich szkole docelowej nie ma konkurencji, bo to szkoła branżowa, prywatna albo po prostu taka, do której nie ma wielu kandydatów. Wysoki wynik z egzaminu z matematyki czy innego przedmiotu nie jest ich celem, muszą tylko przystąpić do egzaminu.

Z tego, co czytam w mediach, takie nastawienie ma być może część uczniów przechodzących z podstawówki do liceum Szkoły w Chmurze, którą ostatnio ekscytują się dziennikarze.

Zarówno matura, jak i egzamin ósmoklasisty poszły tam gorzej niż średnia krajowa. A to placówka, do której było zapisanych 19 tys. dzieci – to możliwe, bo uczy za pośrednictwem platformy internetowej.

Czytałem, że co do zasady przyjmują wszystkich chętnych. Jeśli więc ktoś się tam wybiera, nie musi się starać o jakiś wybitnie dobry wynik egzaminu. Wracając jednak do wyników, myślę, że Szkoła w Chmurze będzie je miała bardzo niskie – jeszcze nie teraz, ale od mniej więcej 2026 r., kiedy do egzaminów będą podchodzić uczniowie, którzy przeszli w niej większość edukacji.

Już dziś różnica – w zależności od egzaminu – to od kilku do ponad 20 pkt proc. względem średniej krajowej.

Faktycznie, język polski poszedł trochę słabiej, matematyka – sporo słabiej, ale już w rozszerzonej biologii i chemii nie ma w ogóle czego porównywać. Lepiej poszło tym uczniom tylko w języku angielskim, być może dlatego, że jest to młodzież głównie z dużych miast, które zwykle wypadają na egzaminach z tego przedmiotu dużo lepiej niż młodzież z mniejszych miejscowości.

Myśli pan, że to jest problem? W przyszłym roku szkolnym do tej placówki może się zapisać 30 tys. uczniów.

Przepraszam za szczerość, ale moim zdaniem to nie jest szkoła, tylko centrum konferencyjno-egzaminacyjne – ponieważ korzysta z przepisów o edukacji domowej, a nauczaniem kierują rodzice. Nie jestem przeciwnikiem ED, widzę wielką przydatność takiego kształcenia na bardzo nisko zaludnionych terenach, w przypadku dzieci z różnymi problemami, które nie odnajdują się w szkole, albo tam, gdzie rodzice chcą i mogą naprawdę z dziećmi pracować. Natomiast w przypadku Szkoły w Chmurze dominuje opowieść o zaufaniu do uczniów, ale skutkuje to tym, że są tak naprawdę pozostawieni sami sobie. Placówka wyposaża dzieci w jakieś materiały edukacyjne, a rodzice mają poczucie, że skoro dziecko coś klika, to się uczy.

Przedstawiciele Szkoły w Chmurze zwracają uwagę, że nauka to tylko jeden z obszarów rozwoju człowieka.

Moim zdaniem w tej placówce w nadmiernym stopniu zwraca się uwagę na kilka wybranych elementów rozwoju, pomniejszając lub trywializując inne, w tym głównie te dotyczące kształcenia. Czas na pasje jest ważny, ale rozsądek podpowiada, by inwestować swój czas w różne umiejętności. Jeśli ktoś skupi się wyłącznie na tańcu, a pominie naukę matematyki, bardzo ograniczy sobie możliwości na przyszłość. Tego już prawdopodobnie się tam nie mówi. Zimny prysznic może przyjść, kiedy absolwenci będą chcieli się dostać na studia.

Czy czas tu na jakąś czerwoną flagę?

Wydaje mi się, że trzeba otwarcie mówić o plusach i minusach takich rozwiązań. Wyniki egzaminów mogą być jednym z argumentów w dyskusji. Zanim rodzic zdecyduje się na Szkołę w Chmurze, dobrze by było, żeby wiedział, że dzieci nie zdają tu egzaminów najlepiej. Dla jednych będzie to nieistotne, dla innych warte zastanowienia się, czy edukacja z nauczycielem nie będzie dla ich dziecka lepsza.

Na podstawie samych wyników nie da się jednak stwierdzić, czy niski wynik jest spowodowany przez szkołę. Być może przychodzą do niej dzieci z niskimi umiejętnościami.

Ma pani rację. Natomiast już niedługo będziemy mogli sprawdzić też efekt działania szkoły. Dla placówek ponadpodstawowych będziemy wyliczać edukacyjną wartość dodaną (EWD). To wskaźnik, który – w znacznym uproszczeniu – porównuje wyniki na wejściu i wyjściu ze szkoły. Planujemy go raportować razem ze średnim wynikiem matury z kilku kluczowych przedmiotów i ogólnym poziomem zdawalności w placówce. Pokaże, czy to, że ze szkoły wychodzą absolwenci z najwyższymi wynikami, rzeczywiście oznacza, że jest ona najlepszą szkołą.

Czyli ranking Perspektyw będzie można wyrzucić do śmieci.

Ja w ogóle nie lubię rankingów. Rozumiem jednak, że są potrzebne, bo część rodziców i uczniów potrzebuje prostego komunikatu. ©℗

Rozmawiała Anna Wittenberg