Zapach nowego podręcznika i kredowy papier przywołują wspomnienie ekscytacji towarzyszącej rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Albo żalu z powodu końca laby i beztroski. Niektóre z książek pakowanych do tornistra są obdarzane szczególnym sentymentem przez kolejne pokolenia, a nawet stają się częścią kodu kulturowego: „Elementarz” Marcina Falskiego ze słynną Alą, która wyrosła na Alinę Margolis-Edelman, ma swoje stałe miejsce w zbiorowej pamięci. W specyficzny sposób zawalczyła o nie również książka do historii i teraźniejszości, przedmiotu, który jesienią zastąpi w szkołach średnich wiedzę o społeczeństwie. Profesor Wojciech Roszkowski, autor podręcznika, zapowiedział we wstępie, że „z powodzeniem można go przeczytać jak powieść historyczną” – sugerując, że nauczyciele, uczniowie i rodzice sięgną po niego, szukając dobrej lektury. Do pewnego stopnia słowa te okazały się prorocze. Ale zamiast powieścią historyczną książka okazała się powieścią grozy, a szczególnie osobliwe fragmenty tej pozycji były szeroko komentowane i obśmiewane w mediach społecznościowych (np. ten o zespołach rockowych „grających coraz głośniej”).