Reklama
Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, złoży dzisiaj wniosek do marszałek Sejmu Elżbiety Witek o rejestrację komitetu inicjatywy ustawodawczej, który będzie zbierał podpisy pod projektem dotyczącym automatycznego wzrostu płac nauczycieli wraz ze wzrostem średniej płacy w gospodarce narodowej. Po rejestracji taki komitetu będzie miał trzy miesiące na zebranie minimum 100 tys. podpisów. Akcja rozpocznie się od września po powrocie nauczycieli do szkół.

Zmiany tylko na korzyść

ZNP chce zachowania obecnych regulacji, ale z dodaniem nowego mechanizmu, który zapewni powiązanie wysokości zarówno płacy zasadniczej, jak i średniej (czyli podstawowa pensja z dodatkami) z przeciętnym wynagrodzeniem w gospodarce rynkowej, ale według wyliczeń na III kwartał poprzedniego roku budżetowego. Oznacz to, że pensje nauczycielskie rosłyby co roku.
– Proponujemy, aby wynagrodzenie zasadnicze nauczyciela dyplomowanego z najwyższym stopniem awansu zawodowego wynosiło 100 proc. średniej krajowej, a pensja zasadnicza rozpoczynającego karierę zawodową stażysty była na poziomie 73 proc. tej kwoty – mówi Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP.

Reklama
– Nie zamierzamy też rezygnować z procentowej wysokości średnich płac nauczycieli, dla których będą określone procentowe wskaźniki w odniesieniu do przeciętnej płacy w gospodarce narodowej – dodaje.
Związkowcy tym razem mają mocny argument, ponieważ projekt ustawy zgłoszony przez grupę posłów w Sejmie, dotyczący wzrostu uposażeń dla lokalnych włodarzy i diet dla radnych, wprowadza przy okazji w art. 2a i art. 3 ust. 2 ustawy z 31 lipca 1981 r. o wynagrodzeniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe (t.j. Dz.U. z 2020 r. poz. 1824) zasadę, że kwota bazowa dla tzw. R będzie co roku waloryzowana o wzrost wynagrodzenia na dany rok budżetowy w stosunku do roku poprzedniego (średnioroczny wskaźnik wzrostu wynagrodzenia).
– Skoro politycy z mocy ustawy co roku będą mieli waloryzowane wynagrodzenie, to dlaczego inni pracownicy bud żetówki, w tym nauczyciele, nie mają mieć zagwarantowanego takiego prawa? – pyta Krzysztof Baszczyński.
Zaznacza, że ich projekt przewiduje likwidacje kwoty bazowej i ma się ograniczać procentowo do przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w zależności od stopnia awansu zawodowego nauczycieli.

PiS będzie analizował

Posłowie ekipy rządzącej zapowiadają, że jeśli taki projekt trafi do Sejmu, z pewnością nie zostanie on odrzucony, tylko trafi do dalszych prac.
– Przyjrzymy się tej inicjatywie obywatelskiej. Obawiam się tylko, że pan Broniarz chce wystąpić na mównicy i powiedzieć, jak to jest nauczycielom źle. A przecież za poprzednich rządów PO-PSL nie podejmował takich inicjatyw, nie protestował tak ostro, nie było strajku generalnego, przymykał oko na zamykanie małych szkół. Gospodarka się rozpędza, a przed nami Polski Ład, który pośrednio również przyczyni się do lepszej sytuacji finansowej nauczycieli – uważa Lidia Burzyńska, poseł PiS, członek komisji edukacji, nauki i młodzieży.
– Jeśli resort finansów i premier oraz cała Rada Ministrów zdecydują o podwyżkach wynagrodzeń w 2022 r., to oczywiście będę za takim rozwiązaniem. Wszystko będziemy wiedzieć we wrześniu – dodaje.
Oświatowa Solidarność też nie zamierza patrzeć bezczynie na działania innych. Od kwietnia 2019 r. domaga się realizacji zapisów porozumienia, które zostało podpisane m.in. przez Aleksandra Proksę, szefa oświatowej branży NSZZ „Solidarność”, z ówczesną premier Beatą Szydło i Anną Zalewską, byłą minister edukacji narodowej. Do tej pory nie został spełniony jeden z postulatów, który zakładał zreformowanie systemu wynagrodzeń nauczycieli w tej sposób, że średnia płaca i część przysługujących im dodatków miałyby być zlikwidowane kosztem zwiększenia wynagrodzenia zasadniczego, a nauczycielskie płace rosłyby wraz ze wzrostem średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej.
– Ten postulat powinien być już dawno zrealizowany. Ryszard Proksa przekonuje nas, że podwyżki dla nauczycieli w 2022 r. będą, bo już jest dogadany z Przemysławem Czarnkiem, ministrem edukacji i nauki – mówi Andrzej Antolak, nauczyciel i członek Rady Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” Regionu Środkowo-Wschodniego.
– Problem w tym, że nie ma pieniędzy na 12-proc. podwyżki dla całej budżetówki. I to raczej minister finansów z premierem będą decydować, czy pojawią się jakieś dodatkowe środki na ten cel. Na razie w założeniach makroekonomicznych nie ma mowy o wzroście wynagrodzenia w tej sferze – podkreśla Antolak.

Własne pomysły

Rząd nastawiony jest raczej na reformy prawa oświatowego, Karty nauczyciela czy pragmatyk urzędniczych niż na zwiększanie wydatków. Dlatego w dużej mierze zamierza to robić według własnej wizji. W przypadku wynagradzania urzędników premier chciałby, aby wszystko funkcjonowało jak w dużej korporacji, co wywołuje ogromny sprzeciw urzędników i związków zawodowych. Z kolei przy reformie systemu oświaty pojawia się zarzut o centralizację i zwiększeni roli kuratorów w nadzorze nad szkołami. Zreformowany miałby być też system wynagradzania i oceniania nauczycieli (również tych nauczających w przedszkolach), subwencjonowania, a także awansu zawodowego.
Na razie jednak pracę nad zmianami w poszczególnych podzespołach w ministerstwie zostały wstrzymane do końca wakacji. Udziału w nich odmówił m.in. ZNP. Ale minister edukacji zapewnia, że reformy doprowadzi do końca, niezależnie, czy związkowcy będą przyjmować zaproszenia i pracować wraz z samorządami i urzędnikami. ©℗
Pieniądze dla nauczycieli