Uzyskanie dyplomu szkoły wyższej dla niektórych absolwentów oznacza dopiero początek kształcenia. Tytuł licencjata, czy magistra często nie zapewnia bowiem kwalifikacji koniecznych do pracy w danym zawodzie, nawet jeśli jego nazwa jest zbieżna ze studiowanym kierunkiem. Niektóre uczelnie świadomie wprowadzają w błąd kandydatów do podjęcia nauki. Inne po prostu nie znają obowiązujących przepisów, które określają wymogi do wykonywania danej profesji.

– W efekcie absolwent takich studiów dopiero po ich zaliczeniu zaczyna się kształcić, aby móc podjąć pracę. Czasem okazuje się, że musi zacząć drugie studia. To jest absurd – mówi prof. Józef Lubacz z Politechniki Warszawskiej.

Przedstawiciele środowiska akademickiego wnioskują o analizę obecnych przepisów, które określają wymagane kwalifikacje zawodowe. Zabiegają m.in. o dostosowanie ich do wymogów ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (t.j. Dz.U z 2012 r. poz. 572 z późn. zm.).

Kwalifikacje nie zawsze niezbębne

Kwalifikacje nie zawsze niezbębne

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Specjalność, a specjalizacja

Przykładów nieprawidłowości jest wiele. Absolwentka studiów pedagogicznych w zakresie pracy socjalnej chciała podjąć zatrudnienie. Złożyła CV i czekała na wynik rekrutacji. Pracodawca poinformował ją, że nie może jej zatrudnić, bo mimo trzyletnich studiów przygotowujących do wykonywania konkretnej profesji (o którą się ubiegała) nie ma wymaganych kwalifikacji do podjęcia pracy w zawodzie. Na dyplomie zamiast wyrazu specjalność widnieje bowiem specjalizacja. A to nie to samo. Przepisy mówią, że aby móc wykonywać akurat ten zawód, konieczne jest ukończenie specjalności.

Podobny problem mieli absolwenci takich studiów na innych uczelniach. Po trzech latach nauki i uzyskania wyższego wykształcenia prawa do podjęcia pracy socjalnej nie uzyskali.

– Gdy poinformowałem o tym szkołę wyższą, kazano nam zniszczyć dyplomy. Zaproponowano, że jeśli ukończymy siódmy semestr nauki, na nowym dyplomie znajdą się informacje, które uprawniają do pracy w tej profesji – informuje absolwent.

Inaczej sytuację przedstawia rzecznik uczelni.

– Nie było innego legalnego sposobu na rozwiązanie problemu – tłumaczy Mirosław Łukaszuk, rzecznik Akademii Techniczno-Humanistycznej (ATH) w Bielsku-Białej.

Wyjaśnia, że już po zakończeniu studiów i wydaniu dyplomów uczelnia dowiedziała się, że podstemplowane dokumenty nie dają możliwości pracy w zawodzie.

– Studenci nie mieli wszystkich zajęć wymaganych do wydania takich uprawnień. ATH uznała, że należy umożliwić absolwentom uzupełnienie zajęć i zdobycie niezbędnych uprawnień – mówi Mirosław Łukaszuk.

Szkoła zwróciła się z pytaniem w tej sprawie do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (MNiSW).

– Otrzymaliśmy wyjaśnienie, że można to zrobić poprzez zorganizowanie dodatkowego, uzupełniającego semestru. Tak też zrobiliśmy – wyjaśnia Łukaszuk.

Dodaje, że uczelnia zawiadomiła wszystkich absolwentów o rozpoczynającym się w 2013 r. semestrze.

– Za ich pisemną zgodą dyplomy zostały anulowane. W zamian wystawiono nowe, już z uzupełnionym suplementem uprawniającym do pracy w charakterze pracownika socjalnego – podkreśla Mirosław Łukaszuk.

Nie ten kierunek

– Tego typu przypadków jest więcej – mówi Bartłomiej Banaszak, rzecznik praw absolwenta.

Podkreśla, że z taką sytuacją stykają się np. absolwenci resocjalizacji czy pedagogiki specjalnej. Te osoby mogą mieć problem z podjęciem pracy jako asystenci rodziny. Przepisy bowiem wskazują, że bezpośrednio po ukończeniu studiów uprawnieni do wykonywania takiej profesji są absolwenci jednego z fakultetów: pedagogika, psychologia, socjologia, nauki o rodzinie lub praca socjalna.

W trudnej sytuacji są też osoby, które zdecydują się na studia na kierunku mikrobiologia.

– Ci absolwenci zostali pozbawieni jakiejkolwiek możliwości ubiegania się o uprawnienia diagnosty laboratoryjnego. Tym samym osoba po mikrobiologii nie ma uprawnień do wykonywania czynności diagnostycznych, m.in. w laboratorium mikrobiologicznym. Nie może ubiegać się o specjalizację z mikrobiologii, bo to jest specjalizacja w ramach diagnostyki – tłumaczy Bartłomiej Banaszak.

Decydują ministrowie

Tego typu przypadki mają miejsce, ponieważ uczelnie nie zawsze rzetelnie informują kandydatów na studia, co ich absolwent będzie mógł robić.

– Czasem świadomie wprowadzają ich w błąd albo nie informują, że studia – mimo nazwy zbieżnej z zawodem – nie dają uprawnień do jego wykonywania – przyznane prof. Jacek Wróbel, prorektor do spraw studenckich Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technologicznego w Szczecinie.

To także efekt niespójnego prawa. Wymagania zawodowe są określane przez poszczególnych ministrów, np. zdrowia, pracy itd. A przepisy, na podstawie których funkcjonują uczelnie, określa minister nauki i szkolnictwa wyższego. Problem ten dodatkowo nasilił się przez wprowadzenie w 2011 r. autonomii uczelni w tworzeniu nowych kierunków. Zapewniła im ją nowelizacja z 18 marca 2011 r. ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym (Dz.U. nr 84, poz. 455 z późn. zm.).

– Uczelnie, które mają uprawnienia habilitacyjne, w ogóle nie muszą występować o zgodę ministra nauki. Mogą więc tworzyć fakultety o nazwach, jakie tylko sobie wymyślą – tłumaczy prof. Jacek Wróbel.

W ustawie z 2011 r. zrezygnowano też ze sztywnej listy 118 kierunków, w ramach których mogą kształcić szkoły wyższe.

– Nadal bywa też tak, że przepisy określające wymogi dla danego zawodu wskazują, iż konieczne jest ukończenie konkretnego fakultetu. To prowadzi do dyskryminacji absolwentów studiów o niewłaściwej nazwie – ocenia Bartłomiej Banaszak.

Dlatego też Rada Główna Nauki i Szkolnictwa Wyższego (RGNiSW) wystąpiła o przegląd regulacji prawnych określających wymogi kwalifikacyjne do wykonywania zawodów lub zajmowania określonych stanowisk pracy.

– Nie chodzi przecież o to, aby ograniczyć wymogi posiadania poszczególnych kwalifikacji w każdym zawodzie. W niektórych profesjach są one po prostu niezbędne. Ważne, by kwalifikacje określane przez poszczególnych ministrów zostały ujednolicone np. z ustawą – Prawo o szkolnictwie wyższym – wskazuje prof. Józef Lubacz.