Jak pani nie zrobi porządku z gnidami we włosach swojej córki, to cała okolica się dowie, że tu chodzi brudas, który ma wszy. To jest porządne miejsce – tak zwróciła się do mamy 4-letniej Antosi wychowawczyni w gdańskim przedszkolu. – Ledwo się powstrzymałam, żeby jej nie strzelić w gębę. I nawet nie przeprosiła, kiedy okazało się, że to żadne gnidy, tylko wysuszona szamponem skóra na głowie. Doprowadziłam do zawieszenia, a potem przeniesienia tej osoby. To zwyczajnie był jakiś horror – opowiada pani Ania.

Polscy nauczyciele mają kompleks oblężonej twierdzy. Coraz bardziej boją się rodziców swoich uczniów. Najczęściej uważają ich za roszczeniowych arogantów, którzy do żłobka, przedszkola, szkoły przychodzą tylko po to, aby się awanturować. Dlatego pedagodzy, zamiast uczyć i pomagać w wychowywaniu dzieci, coraz częściej atakują. Niestety, nie przebierając w słowach i nie zachowując nawet odrobiny szacunku w stosunku do rodziców.

Rodzice z kolei głównie z tego powodu nie mają szacunku dla nauczycieli, zarzucając im chamstwo, kult bylejakości, lenistwo i tumiwisizm. W rękach dorosłych wybuchają coraz silniejsze granaty, powodując często nieodwracalne szkody, a odwieczny szkolny konflikt przestaje dotyczyć najmłodszych, choć siłą rażenia bardzo w nich uderza. To edukacyjne starcie kogutów, w którym zawsze muszą być winny, ofiara i zwycięzca. Obie strony sporu próbują sobie coś udowodnić i wytknąć. Ale pod większą parą, aby stawiać na swoim, są dzisiaj nauczyciele.

Dziecko ma defekt

– Pamiętam wciąż bardzo dobrze, że już w czasach, gdy kierowałem Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, poszedłem na szkolną wywiadówkę jako rodzic. Nauczycielka stawała na głowie, aby udowodnić mi, że w żadnej sprawie nie mam racji i że w jej szkole rządzi ona, a nie ja – wspomina Sławomir Broniarz, prezes ZNP. – Wśród nauczycieli zdarzają się czarne owce i ludzie o zbyt mocnych, niedopasowanych społecznie charakterach. A szkoła jako instytucja, która ich zatrudnia, nie do końca przygotowuje do efektywnego kształtowania relacji międzyludzkich, do budowania porozumienia z rodzicami.

Rodzicom coraz częściej oczy wychodzą na wierzch, gdy patrzą na wyczyny pedagogów. Zaczyna się już w żłobku. Anna, urzędniczka z Warszawy, oddała swoją córkę do samorządowej placówki w Śródmieściu. Chociaż mieszka pod miastem, razem z mężem pracują w centrum, stąd decyzja, by mała Magda miała instytucjonalną opiekę właśnie tu. Można ją wtedy szybciej odbierać i razem wrócić do domu.

Problemy zaczęły się trzy miesiące po przyjęciu dziecka. Magda rozwijała się powoli, nie raczkowała i nie chodziła. Żłobkowe opiekunki musiały ją przez jakiś czas nosić. Większości się to bardzo nie podobało i przy każdej okazji furczały na mamę Magdy, że to nienormalne, że dziecko na pewno ma jakiś poważny defekt, że trzeba koniecznie iść do lekarza. Nie można czekać, bo nie ma na co, a takie zaniedbywanie dziecka kwalifikuje się do prokuratury. Rodzice Magdy coraz częściej wychodzili ze żłobka zdruzgotani, nie wiedząc, co robić. Miarka się przebrała, kiedy żłobkowa pielęgniarka ubzdurała sobie, że Magda ma zapalenie spojówek i kategorycznie zabroniła rodzicom zostawić ją w placówce. Zażądała również zaświadczenia lekarskiego potwierdzającego stan zdrowia dziecka. Akurat tego dnia rodzice dziewczynki mieli bardzo ważne służbowe obowiązki i nie mogli z nią zostać w domu. Na wariata zaczęli poszukiwać opieki, na szczęście babcia Magdy mogła zmienić plany i zająć się dzieckiem. W czasie wizyty u lekarza okazało się, że małej nic nie dolega, a domniemane zapalenie spojówek, które sobie tylko znanym sposobem zdiagnozowała niedouczona pielęgniarka, okazało się lekkim nocnym zaropieniem jednego oka, po którym w południe nie było już śladu.

W związku z tą sytuacją rodzice złożyli oficjalną skargę do dyrekcji żłobka i zapowiedzieli, że jeśli skandal się powtórzy, poskarżą się w urzędzie w Warszawie, doprowadzając do kontroli w placówce. Dopiero kiedy postawili sprawę na ostrzu noża, prześladowanie się skończyło.

– Nauczycielom i wychowawcom wydaje się niestety dość często, że już z racji zajmowanego urzędu są lepsi od rodziców i mogą traktować ich z góry. To fundamentalny, ale dość częsty błąd – przekonuje Sławomir Broniarz. – Jest oczywiste, że jeśli nauczyciel potraktuje rodzica jak natrętnego petenta, wywoła konflikt. Jeśli będzie chciał mu coś na siłę udowodnić, nie mając do tego racji, wykopie przepaść, której najpewniej nie da się już nigdy do końca zasypać. Ale jeśli wykaże się choć niewielką empatią, znajdzie się na bardzo dobrej drodze do porozumienia.

Kolejny przypadek dotyczy Małgorzaty. To właścicielka małej firmy. Mieszka i pracuje w Łodzi. Stasiowi, jej 3-letniemu synowi, udało się dostać do publicznego przedszkola. I niemal od początku zaczęły się problemy.

3-latek trafił do grupy dzieci 4-letnich. W tym wieku rok to bardzo duża różnica w rozwoju. Staś zatem nie był w stanie tak długo jak jego starsi koledzy koncentrować się, nie mógł tak szybko jak oni jeść, czasem, choć nie nosił już pieluchy, nie udawało mu się zdążyć do łazienki. Poza tym był bardzo żywy, bywał głośny, ale nie wywoływał konfliktów. Wychowawczyni po długiej obserwacji chłopca uznała, że coś jest z nim nie tak. I że dobrze byłoby go skierować do specjalisty. Jakiego? Najlepiej do kilku – jak najszybciej do psychologa i logopedy. Dlaczego? No bo taki ruchliwy, nie umie się skupić, mówi jakoś inaczej niż inni, niewyraźnie, trudno go zrozumieć. – Państwa syn prawdopodobnie ma ADHD. Musicie państwo koniecznie się tym zająć. Nie wolno tego lekceważyć, jak dotąd. W innym wypadku dziecko powinno być wydalone z przedszkola – groziła autorytarnie.

Rodzice, chcąc nie chcąc, poszli do psychologa. I usłyszeli pytanie: – Co państwo sądzą o swoim dziecku? Opowiadali prawie godzinę. Poszli do logopedy. Usłyszeli, że problemów z wymową nie można bagatelizować. Tata Stasia zapytał: – Czy pani wie, że nasze dziecko jest o rok młodsze od innych w grupie? – Ależ skąd, nic o tym nie wiedziałam – usłyszał. Ostatecznie okazało się, że Staś jak na 3-latka mówi całkiem dobrze. A na zajęciach trochę się nudzi, bo rodzice poświęcają mu w domu tyle czasu, że większość prostych przedszkolnych zabaw zna na wylot. Psycholog stwierdziła finalnie, że Staś po prostu jest żywym dzieckiem i wiele rzeczy go interesuje. Przedszkolną diagnozę na temat ADHD zwyczajnie wyśmiała.

– Doprawdy nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie czujność pań przedszkolanek – kpi Małgorzata. – Zawsze chciałam wierzyć, że one to robią z dobrego serca. Ale teraz trudno tak myśleć. Są po prostu nienormalne.

– Większość wychowawców nie radzi sobie w kontaktach z rodzicami. Stąd też powszechna i często negatywna ocena ogólna – ocenia prof. Beata Maria Nowak, wicedyrektor ds. nauki Pedagogium Wyższej Szkoły Nauk Społecznych w Warszawie.

Zdaniem ekspertów problem polega na niedostatecznym poziomie wykształcenia nauczycieli, który jest prostą pochodną niedostatków w całościowym systemie edukacyjnym. Jak przekonuje prof. Beata Maria Nowak w oparciu o badania naukowe, współcześni nauczyciele mają zbyt niskie kompetencje w zakresie umiejętności radzenia sobie w sytuacjach trudnych dydaktycznie i wychowawczo. Jest to efektem kadłubkowej liczby godzin z zakresu pedagogiki i psychologii przewidzianych w programach studiów na specjalnościach nauczycielskich. Ale również niewielkiej liczby zajęć warsztatowych, wypracowujących między innymi umiejętność wywierania wpływu wychowawczego, radzenia sobie ze stresem czy podejmowania konstruktywnych relacji interpersonalnych.

– Przy braku rzetelnych wymagań rekrutacyjnych, ściśle określających predyspozycje do wykonywania tego ważnego społecznie zawodu, zdarzają się przypadki obojętności, zazwyczaj wśród młodych nauczycieli w trudnych sytuacjach. Problemy w relacjach nauczyciele – rodzice tkwą głównie w braku fachowości tych pierwszych oraz niedostatkach kompetencyjnych tych drugich – dodaje prof. Nowak.

Typy potworów

Być może brak fachowości można nauczycielom zarzucić, ale już tego, że ostrze ich krytyki, a czasem agresji, jest wymierzone w rodziców, już nie. Anna Jakoniuk na platformie Edux.pl Twój Portal Edukacyjny opracowała nawet specyficzny katalog rodzicielskich przywar, tworząc osiem kategorii rodziców, w tym ani jednej korzystnej, a nawet neutralnej. Taką typologią posługuje się większość polskich pedagogów.

W skład tego zestawienia wchodzą rodzice potwory, którym najlepiej byłoby urzędowo zabrać dzieci, nawet do ośrodka opiekuńczego, bo nie mają predyspozycji, by wychować je na porządnych ludzi. Przykłady? Rodzic awanturniczy to taki, który ma kłopoty ze znoszeniem frustracji, na wszystko reaguje wybuchami wściekłości, próbuje wywrzeć presję na nauczycielu, by postąpił według sugestii rodzica. Sądzi, iż wszystkiemu winna jest beznadziejna szkoła, a jego dziecko jest dobre. Rodzic bierno-agresywny nie wyraża swych uczuć wprost. Jego cechą charakterystyczną jest nieformalny opór. Spóźnia się, zwleka, zapomina, krytykuje za plecami. Boi się konfrontować. Zależno-roszczeniowy idealizuje nauczyciela, przypisuje mu nadzwyczajne umiejętności. Dąży do tego, by jego relacja z nauczycielem była jak najlepsza. Zwraca się do wychowawcy z najmniejszymi problemami. Jego oczekiwania wobec nauczyciela rosną bardzo szybko. Całą odpowiedzialność za swoje trudności próbuje zrzucić na wychowawcę. Rodzic wielkościowy jest skoncentrowany na budowaniu swojego wizerunku, podczas rozmowy z nauczycielem odbiera telefony albo kieruje firmą. Uważa się za osobę bez skazy, oczekuje uznania i podziwu. Każdą krytyczną uwagę pod adresem dziecka traktuje jak atak na siebie. Dramatyzujący z kolei robi wrażenie zrozpaczonego lub podekscytowanego. Rozmowa z nim może mieć charakter „wylewu rozpaczy” lub „spektaklu ekscytacji”. Kontrolujący to osoba dążąca do panowania nad sytuacją, wykazuje się zamiłowaniem do władzy. Rodzic podejrzliwy ma skłonności do obwiniania innych o powodowanie kłopotów własnego dziecka, przejawia przesadne zaniepokojenie, że jest ono celowo krzywdzone, krytykowane, wykorzystywane. Wycofany wreszcie jest nieśmiały, zagubiony i zawstydzony, być może ma niskie poczucie własnej wartości.

Stworzenie katalogu rodzicielskich przywar zdaniem specjalistów może być efektem frustracji, na jaką polscy nauczyciele narażeni są od kilku lat w coraz większym stopniu. Stosunki między nimi i rodzicami zaczęły psuć się bardzo zauważalnie od czasów, kiedy powstały gimnazja, czyli od początku 2000 r. Wtedy rodzice zaczęli głośno mówić o tym, że wiedzą lepiej, co jest lepsze dla ich dzieci. I nie zamierzają z tego rezygnować, wbrew opiniom wychowawców. Spirala złych stosunków zaczęła się rozkręcać.

– Bywa, że nauczyciel w relacji z rodzicami chce grać pierwsze skrzypce, nawet jeśli nie uczy muzyki – zaznacza Małgorzata Łoskot, wieloletni pedagog, redaktor naczelna portalu Pedagogia.pl. i redaktor prowadząca miesięcznik „Głos Pedagogiczny”.

Niektórzy wychowawcy stawiają się przed rodzicami, uważając, że na temat ich dziecka i jego wychowania wszystko wiedzą lepiej. Krytykują, rozkazują, osądzają i moralizują, mimo że nie mają do tego najmniejszych uprawnień. Nikt nie lubi być traktowany w ten sposób.

Zdaniem Małgorzaty Łoskot nauczyciele zbyt często kierują się stereotypami, tak w kontaktach z uczniami, jak i z rodzicami. Zbyt liczy się dla nich pierwsze wrażenie, jeszcze bardziej to, co o danym rodzicu usłyszą od innych pedagogów w pokoju nauczycielskim. Ten, który walczy o dobro swojego dziecka, może być przez takie postępowanie stale stygmatyzowany i wskazywany palcem jako awanturujący się, roszczeniowy typ. Tym samym nauczyciel w kontaktach z nim będzie odczuwał napięcie, które bez wątpienia udzieli się rodzicowi. Koło wzajemnej niechęci się w ten sposób zamknie. Tym bardziej że znaczna część nauczycieli, szczególnie młodych stażem, nie umie z rodzicami rozmawiać i nie umie ich słuchać. Nie potrafią zadawać sensownych pytań, ale próbują udzielać rad. Są mistrzami w wyciąganiu szybkich wniosków, ale tak naprawdę nie potrafią stawiać szczegółowych, kompleksowych diagnoz. Akcentują swoją wyższość, bo boją się ciągłego podważania własnego autorytetu przez rodziców, często lepiej wykształconych i zwyczajnie życiowo mądrzejszych, bardziej doświadczonych, choćby dlatego że wielu młodych nauczycieli nie ma własnych dzieci.

Upadek etosu

– Brak informacji, lekceważenie, autorytatywne narzucanie własnej woli i straszenie psychologiem to stały katalog działań nauczycieli – zdradza Maciej, informatyk z Krakowa, który wysłał córkę do prywatnej, prestiżowej szkoły podstawowej. Opowiada: – Szybko okazało się, że większość nauczycieli ma tak duże ego, że ledwo mieści się w budynku szkoły. Doszukiwali się u mojego dziecka wszelkich możliwych patologii, do dziś nie jestem w stanie pojąć dlaczego. Czesne było płacone na czas, rodzina angażowała się w życie szkoły, nie spóźnialiśmy się na zajęcia, a mimo to ciągle był jakiś problem. A to kłótnia z koleżankami, a to niegroźna bójka, a to kradzież. Zawsze winna była moja Agnieszka. Nauczyciele ogrywali rodziców, nastawiając ich przeciw sobie, szerzyli plotki, podsycali niesnaski. Klasa była mała, nic nie uszło niczyjej uwadze. Do tego nie dało się z nimi w ogóle rozmawiać, nie docierały do nich żadne argumenty. Kiedy pani od religii bez pytania zorganizowała wyjazdowe rekolekcje, których koszt przekraczał połowę miesięcznego czesnego, i stwierdziła, że to drogi wyjazd, ale ona chce, by pojechały wszystkie dzieci, i nie wyobraża sobie, by ktoś się wyłamał, bo to nieodpowiedzialne, nie wiedziałem przez dłuższą chwilę, co powiedzieć. Nauczyciele byli betonowi – i intelektualnie, i w dziedzinie kontaktów z rodzicami. To był koszmar. Kiedy Agnieszka rozbiła sobie mocno głowę o drzwi, chociaż dzieci miał pilnować na przerwie wychowawca, tylko nie wiedzieć czemu go nie było, powiedzieliśmy basta. Zmieniliśmy szkołę, jest lepiej, ale nauczyciele wszędzie są podobni – mówi Maciej.

– Bo rodzic to twój wróg, niektórzy wychowawcy tak myślą, szczególni ci niemający koniecznych w tym zawodzie kompetencji. Oni nie mają zbyt wysokiego mniemania o własnej pracy – dodaje Małgorzata Łoskot. – Nie umieją prowadzić rozmów z rodzicami, nie radzą sobie z własnymi emocjami, w trudnej i konfliktowej sytuacji reagują krzykiem, obrażaniem się, lekceważeniem. Zupełnie jak dzieci, które uczą. Tylko że dzieci mają do tego prawo ze względu na niedojrzałość. Od nauczycieli oczekujemy zachowań dorosłych i profesjonalnych.

Według Iwony Zych, właścicielki Pracowni Pedagogiczno-Psychologicznej „Rozwój”, to fakt, że nauczycielom można obecnie zarzucać niską kulturę osobistą, mniejszą wiedzę i brak wypracowanego autorytetu. – Dzisiaj zawód nauczyciela jest kompletnie pozbawiony etosu – ocenia Iwona Zych.

Potwierdzają to zresztą badania CBOS. Wynika z nich, że ponad połowa Polaków (54 proc.) nie chciałaby, aby któreś z ich dzieci zostało nauczycielem. W powszechnej opinii to zły zawód. Połowa badanych (49 proc.) uważa, że jego przedstawiciele mają zbyt długie urlopy, szczególnie w zestawieniu z jakością świadczonej przez nich pracy. Tyle samo (49 proc.) twierdzi, że przepracowują zbyt mało godzin tygodniowo. 34 proc. uważa, że wbrew częstym postulatom podwyżek nie zarabiają za mało.

– To nie jest złe zajęcie. Jest raczej bardzo trudne, wymaga szczególnych zdolności, predyspozycji, poświęcenia – przekonuje prof. Nowak. A Iwona Zych z „Rozwoju” dodaje, że bardzo narażony na bicie głową w mur. I niestety przez to coraz częściej zawód wielkiego niezadowolenia.

Dzisiaj polska szkoła stoi na głowie, jest zupełnie inna niż kilka, kilkanaście lat temu. Kiedyś system był bardzo prosty. Nauczyciel był etosowcem, uwielbiał pracę z dziećmi, nie wyobrażał sobie innego zatrudnienia. Dzieci obawiały się nauczycieli, stopni, klasówek. Rodzice słuchali tego, co nauczyciele mają do powiedzenia, odbywało się to w obustronnym poszanowaniu. Potem mówili dzieciom, że mają się uczyć i mieć piątki. System działał.

– Teraz jest inaczej. Brakuje prostych, niepodważalnych zasad, konsekwencji, dobrych manier. Po obu stronach. Winni są i wychowawcy, i rodzice. Wychowawcy nie potrafią i nie mają ochoty na jakiekolwiek rozmowy z rodzicami, rodzice nazywają nauczycieli idiotami i debilami, którzy zadają dzieciom pracę domową na weekend. Najgorsze, że odbija się to głównie właśnie na dzieciach. Na tym, jakie punkty odniesienia w tej dziedzinie będą mieć przed oczami w dorosłym życiu – konstatuje Iwona Zych.

W opinii Małgorzaty Łoskot na studiach pedagogicznych powinno być znacznie więcej zajęć praktycznych, warsztatów i treningów pozwalających nabyć przyszłym nauczycielom umiejętność nawiązywania dobrych, otwartych i zdrowych relacji z uczniami i rodzicami. – Jeśli obydwie strony zdadzą sobie wreszcie sprawę, że dziecko to wielka, ale wspólna sprawa, to reszta przestanie mieć znaczenie. Każdy powinien zrezygnować z odrobiny swoich roszczeń i pretensji, tylko pod takim warunkiem może dojść do porozumienia – twierdzi Małgorzata Łoskot.

Inicjatywa w tym względzie zawsze powinna należeć do szkoły, czyli do każdego nauczyciela. Teraz jeszcze tak nie jest.