Rozmowy mają się toczyć w ramach zespołu trójstronnego, w którego skład wchodzą przedstawiciele rządu, związków zawodowych zrzeszających nauczycieli i pracowników oświaty oraz korporacji samorządowych.

Z deklaracji MEN wynika, że likwidacja Karty nie wchodzi w grę. Nie trzeba jednak jej likwidować, by wprowadzić daleko idące zmiany. Na starcie rozmów o tym dokumencie przypominamy, co gwarantuje nauczycielom i co o zmianach mówią najważniejsze podmioty w systemie oświaty.

Nie chcemy zlikwidować Karty nauczyciela, chcemy rozmawiać ze związkami zawodowymi i samorządowcami o awansie zawodowym i ocenie nauczycieli, o systemie ich wynagradzania i finansowaniu oświaty

Co to jest Karta nauczyciela, dlaczego i jakie przywileje daje?

O korzyściach płynących z Karty nauczyciela szeroko informuje ZNP.

Karta nauczyciela jest ustawą regulującą kwestie związane z warunkami pracy, wynagrodzeniem oraz określa kwalifikacje nauczycieli. Nauczyciele, podobnie jak inne zawody, ze względu na specyfikę swojej pracy, posiadają pewne przywileje, które nie wynikają z kodeksu pracy. Ustawa ta szczegółowo określa warunki pracy nauczycieli, ich obowiązki, prawa oraz precyzuje stopnie awansu zawodowego i wysokość wynagrodzenia nauczycieli.

Związek tak punktuje korzyści płynące z Karty:

„- Określiła jednoznacznie czas pracy, w tym pensum dydaktyczne. Dała prawo do dodatków (stażowego, za pracę na wsi), prawo do funduszu zdrowotnego i socjalnego oraz nagród.
-  Wprowadzała w szkołach rewolucję, jeśli chodzi o metody nauczania i warunki nauki dzieci. Karta nakładała na państwo m.in. obowiązek zapewnienia wiejskim szkołom wykwalifikowanych nauczycieli.
- Zagwarantowała każdemu nauczycielowi prawo do „swobody stosowania takich metod nauczania i wychowania, jakie uważa za najwłaściwsze spośród uznanych przez współczesne nauki pedagogiczne”.
- Określiła sposób doskonalenia i dokształcania nauczycieli.
- Nałożyła na dyrekcje szkół oraz organy nadzorujące konieczność zapewnienia nauczycielom i uczniom odpowiednich warunków do pracy i nauki.”

Co o Karcie sądzą podmioty zaangażowane w oświatę?

Dyskusja na temat zmian w Karcie rozgorzała pod koniec 2019 roku. Wówczas zbiegły się w czasie dwie ważne deklaracje. Pierwszą z nich były słowa Mirosławy Stachowiak-Różeckiej, przewodniczącej sejmowej komisji edukacji:

„Wszyscy wiemy, kiedy powstał ten dokument, był to okres stanu wojennego – styczeń 1982 r. Wprowadzenie go w tym czasie miało swoje cele. A dziś Karta nauczyciela jest instrumentem, który politycy wykorzystują przy okazji kampanii wyborczych, jedni postulują jej zniesienie, inni utrzymanie. A przecież nie w tym tkwi problem. (…) Najważniejsze jest, by nauczyciele sami zrozumieli, że jest to ustawa, która wcale im nie służy ani ich nie chroni. Ale wyraźnie podkreślam: inicjatywa zmiany bądź likwidacji tego aktu prawnego leży po stronie nauczycieli. Nie warto jednak umierać za kartę".

Głos w tej sprawie zabrała również Fundacja Ja, Nauczyciel. Jak wyjaśnia w rozmowie z gazetaprawna.pl Marek Mendel: "Zaczynając rozmowę o Karcie nauczyciela musimy odpowiedzieć sobie na pytanie „Czyja jest szkoła?”. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że szkoła to organizm, w którym trzeba pogodzić wiele potrzeb. W tej chwili pracę szkoły reguluje kilka aktów prawnych. Mamy Kartę nauczyciela, Prawo oświatowe i Kodeks pracy, do którego odsyłają dwa pierwsze akty. Można oczywiście je w nieskończoność nowelizować, ale można też je zastąpić jednym aktem prawny, a to jak by się on nazywał jest sprawą drugorzędną. Dyskusja o Karcie jest potrzebna. Trzeba na nowo przyjrzeć się funkcjom jakie spełnia szkoła i wymaganiom stawianym nauczycielom. Wiele zawodów ma własne kodeksy pracownicze i nie ma w tym nic niewłaściwego. Trzeba jednak przejrzeć Kartę i ją urealnić. Np. dodatki mieszkaniowe były zupełnie bez sensu – dopłaty rzędu 15 zł, które tylko generowały napięcia i podziały. Zupełnie inaczej jest np. z urlopem dla poratowania zdrowia, bo gdy nauczyciel straci głos, nie będzie mógł wykonywać swojego zawodu. Rozmowa o szkole nie powinna jednak sprowadzać się do rozmowy o Karcie nauczyciela".

Z kolei zdaniem "Protestu z Wykrzynikiem": "Musimy sobie wyraźnie powiedzieć – nie ma teraz klimatu politycznego na korzystne dla nas zmiany i nie widać na razie słońca na horyzoncie. Ta władza, która depcze nas swoim butem każdego dnia, nie jest i nie będzie dla nas partnerem. Kto twierdzi inaczej, może ulegać naiwnemu przekonaniu, że nowy byt coś zmieni. Odczuwany przez nauczycieli brak poczucia bezpieczeństwa finansowego i społecznego tworzy pewnego rodzaju “kapitał” i z pewnością daje pokusę zagospodarowania go. Jesteśmy spragnieni przytulenia, dowartościowania, zmiany, ale powinniśmy być bardzo ostrożni, bo kolejne rozczarowanie może być dla nas zabójcze"

Krytycznie do wypowiedzi przewodniczącej Sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży odniósł się też wiceprzewodniczący ZNP, Krzysztof Baszczyński. - Dobra zmiana zdewastowała system oświatowy, a teraz bierze się za nauczycieli? - pytał. - To zastanawiające, że przewodnicząca sejmowej komisji mówi takie rzeczy o najważniejszym dokumencie, regulującym pragmatykę zawodową i twierdzi, że Karta Nauczyciela nie chroni nauczycieli. Ja bym proponował, żeby ten dokument wpierw przeczytać.

Zmianą, jaką ZNP chce wprowadzić do Karty nauczyciela jest zmiana zasad naliczania wynagrodzeń nauczycieli. Miałoby one być powiązane ze średnim wynagrodzeniem w gospodarce.

Propozycja zakłada, by średnie wynagrodzenie nauczycieli stanowiło: dla nauczyciela stażysty – 90 proc., dla nauczyciela kontraktowego – 100 proc., dla nauczyciela mianowanego – 125 proc., a dla nauczyciela dyplomowanego – 155 proc. przeciętnego wynagrodzenia w III kwartale poprzedzającego roku budżetowego. Czy jest na to szansa? Minister edukacji narodowej Dariusz Piontkowski pytany w grudniu przez PAP o pomysły obu związków odpowiedział, że zahacza o całe finanse państwa i na pewno musiałaby być na to zgoda ministra finansów i premiera. "Z wstępnych rozmów, które przeprowadzałem, wynika, że raczej takiej zgody by nie było. Ale warto przy tej okazji powiedzieć, jakiej skali są postulaty związkowców i jakie skutki finansowe by rodziły. Gdyby zaakceptować od razu pomysły związków zawodowych w kwestii wynagrodzeń, to nagle musielibyśmy w ciągu jednego roku wydać dodatkowo od 18 do 23 miliardów złotych!" - powiedział. Jak mówił, oznaczało by to zwiększenie subwencji oświatowej o 50 procent. "Postulaty w takim kształcie są nie do zrealizowania" - dodał.