To, co prawnicy nazywają sztuczną inteligencją w kontekście swojej pracy, to w większości przypadków lepsze lub gorsze duże modele językowe, które operują na sporych (i często kontrowersyjnych) zbiorach danych. Są one niejako „siedliskiem” prawdopodobieństwa, statystyki i uczenia ze wzmocnieniem, które w miejsce jakości premiuje „cokolwiek”. Niestety, taka jest smutna prawda, bo „prawdziwa AI” (tradycyjna) to nadal rzadkość w pracy prawnika i tak naprawdę rzadko do czegokolwiek nam potrzebna. Chociaż kto wie, co przyniesie przyszłość… W końcu i ten zawód zapewne czeka transformacja. Wróćmy jednak do tematu przewodniego.
To, co pisałem o modelach językowych, oznacza, że w niemałej części (niech będzie, że 15 proc.) to, co otrzymujemy od różnych chatbotów, to zwyczajne śmieci. Coś, co się nie nadaje do wykorzystania przez profesjonalistę, a najczęściej po prostu nieprawda. Coraz częściej bowiem, rozmawiając z nie-prawnikami, słyszę, że ChatGPT wygenerował wyroki, które nie istnieją. Skala tego zjawiska zaczyna być coraz większa, co nie przeszkadza prawnikom nadal korzystać z materiałów, które generują owe byki, błędy i nieprawdy.
Jak profesjonalny prawnik powinien korzystać z AI?
Technologia jest, jaka jest. Towarzyszy jej potężny biznes, który nie odda łatwo tak dużego kawałku tortu, dlatego jesteśmy skazani na niedokładność, złe odesłania do przepisów, zmyślone sygnatury czy cytaty z nieistniejących autorytetów. Co wobec tego może zrobić prawnik, który korzysta z asystenta AI (nieważne, czy „dostosowanego” do jego potrzeb, czy nie)?
Opcje są trzy. Pierwsza: skorzysta z tego bez weryfikacji i stanie się obiektem kpin, a może i postępowań dyscyplinarnych po tym, jak sąd wytknie mu błąd i to jeszcze publicznie! Druga opcja: przeprowadzi dokładną weryfikację materiału, sfrustruje się, wyrzuci to, co nie będzie złe, i przejdzie dalej, mamrocząc pod nosem, że to wszystko bez sensu. Trzecia droga: zaakceptuje ograniczenia technologii i spróbuje korzystać z niej rozmyślnie – tam, gdzie ma to sens i jest uzasadnione ekonomicznie, biorąc pod uwagę wymóg dochowania najwyższej staranności.
Aby dojść do opcji numer trzy, która wydaje się chyba najbardziej sensowna, potrzebna jest nie tylko świadomość – tę coraz częściej mamy. Bardziej jednak potrzebujemy ustalenia pewnych zasad. Może nie tyle polityki (choć w większych organizacjach to raczej konieczność), co raczej kompetencji – zdolności wykrywania i eliminowania nieprawdy. Potrzebujemy umiejętności rozmyślnego analizowania tego, kiedy warto korzystać z tych nowych narzędzi, a kiedy nasze manualne umiejętności i intuicyjne odruchy są po prostu lepsze, mniej zawodne.
Zlecić w kancelarii zadanie sztucznej inteligencji czy juniorowi?
Ma to również i inną zaletę: nie stracimy tego, co w zawodzie prawnika jest naprawdę ważne – kreatywności i zdolności krytycznego myślenia. Bo im bardziej poddajemy się automatyzacji i sięgamy po proste odpowiedzi, tym mniej samodzielnie myślimy. A przecież to przede wszystkim dzięki myśleniu prawnik zarabia. Ponadto dajemy dzięki temu szansę młodemu pokoleniu, by mogło się uczyć. Oni potrzebują mentorów, nauczycieli. Może czasem warto po prostu „dać robotę” juniorowi? Może lepiej, żeby miał okazję pomęczyć się z researchem? Potem i tak nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wesprzeć się narzędziami AI.
Wniosek? Czasem w pogoni za szybkością i optymalizacją naszej pracy, warto się zatrzymać.