Emeryci i renciści, których świadczenie wynosi między 900 a 1100 zł, mogą liczyć jednorazowo na 300 zł. 200 zł trafi do tych, których emerytura wynosi między 1100 a 1500 zł. Z kolei najniższy zasiłek, 50 zł, zasili konta osób, którym ZUS co miesiąc wypłaca od 1500 do 2000 zł (czyli zbliżającym się do przeciętnej emerytury). Pozostali nie dostaną dodatkowych pieniędzy.

Zapomoga ma zostać wypłacona dodatkowo, poza coroczną waloryzacją wynikającą z ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. – Waloryzacja będzie bardzo niska, symboliczna. A ponieważ istnieje potrzeba wsparcia osób, które otrzymują najniższe świadczenia, stąd ekstradofinansowanie. Na tyle nas w tej chwili stać – tłumaczy DGP Marcin Zieleniecki, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej.

Rząd chce, aby dodatki były wypłacone razem z marcową waloryzacją świadczeń. Stąd choć projekt został przygotowany w resorcie pracy, to niewykluczone, że do jego przyjęcia wykorzystana zostanie ścieżka poselska. Bo gdyby miał przejść przez rząd i obowiązkowe konsultacje, to z dotrzymaniem marcowego terminu mogłyby być problemy.

Rencistom i emerytom, których świadczenie jest wyższe od przeciętnego, pozostaje jedynie ustawowa waloryzacja. Już poprzedni rząd szacował, że będzie ona niska i wyniesie tylko 0,52 proc. Ile to będzie w rzeczywistości, dowiemy się w lutym, gdy znane będą wskaźniki inflacji i realnego wzrostu płac w 2015 r. Ale wiele wskazuje na to, że ze względu na deflację podwyżki wyniosą ok. 0,04 proc. Oznaczałoby to, że osoby o przeciętnych emeryturach dostaną tylko 80 gr miesięcznie więcej, zaś te otrzymujące najniższe świadczenia raptem 30 gr.

PrzePiS na pieniądze dla emerytów

Projekt jednorazowych zapomóg dla emerytów i rencistów przygotowany przez rząd PiS w porównaniu z poprzednią wersją, którą proponował rząd Ewy Kopacz, zwiększa korzyści dla osób o najniższych świadczeniach kosztem tych lepiej sytuowanych. Ponieważ resort pracy, tworząc nową wersję dodatków, poruszał się wokół identycznego budżetu jak poprzednicy, czyli 1,4 mld zł, zmiany polegały na przesuwaniu korzyści między poszczególnymi grupami.

W poprzednim projekcie, który w tej kadencji złożył w Sejmie PSL, osoby o najniższych świadczeniach miały dostać 350 zł. PiS podnosi tę kwotę do 400 zł. Za to mniej, niż planował poprzedni rząd (100 zł), dostaną emeryci i renciści, których świadczenia są w granicach 1500–2000 zł. Nowy gabinet przeznacza dla nich po 50 zł. Bez zmian pozostały zasiłki dla otrzymujących od 900 do 1100 zł – 300 zł – i od 1100 do 1500 zł – oni z kolei dostaną tak, jak mieli – po 200 zł. Zarówno poprzedni, jak i obecny rząd wykonuje taki gest, choć nie jest on konieczny.

Utrzymująca się deflacja powoduje, że koszty utrzymania spadają, a nie rosną. Więc podstawowy warunek, jaki ma spełniać waloryzacja, czyli nadążanie ze wzrostem cen, jest spełniony z naddatkiem. W 2014 r. obliczona przez GUS średnioroczna inflacja wyniosła 0 proc., tak samo jak inflacja liczona specjalnie dla gospodarstw domowych emerytów i rencistów. W tym roku będzie niższa od zera. Według NBP, który zebrał prognozy analityków, wyniesie minus 0,8 proc., czyli o tyle spadną ceny. W efekcie nawet gdyby nie było żadnych podwyżek rent i emerytur, to i tak zyskałyby na wartości. Co więcej, w ciągu ostatnich kilku lat nieco szybciej rosły najniższe świadczenia. To efekt waloryzacji kwotowej i mieszanej, jaką przeprowadził rząd PO–PSL.

Deflacja oznacza jednak bardzo niską waloryzację świadczeń, a to może być problem wizerunkowy i polityczny. Wskaźnik waloryzacji to zsumowany wskaźnik średniorocznej inflacji lub inflacji w gospodarstwach domowych emerytów i rencistów i co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac z roku poprzedzającego waloryzację. Rząd w czerwcu, planując waloryzację na 2016 r., prognozował, że średnioroczna inflacja wyniesie w 2015 r. -0,2 proc., a realny wzrost płac 3,6 proc. Stąd wskaźnik waloryzacji, jaki pojawił się w rozporządzeniu Rady Ministrów, to 0,52 proc. Ale jeśli deflacja faktycznie będzie jeszcze niższa i jaki prognozują analitycy, ceny spadną o 0,8 proc., to realny wzrost płac musiałby wynieść co najmniej 6,6 proc., by wskaźnik waloryzacji był taki, jak przewidywał rząd w czerwcu. To oznacza, że marcowa waloryzacja będzie prawdopodobnie rekordowo niska, nieco tylko przekraczając zero, i dla wielu emerytów czy rencistów podwyżka będzie niezauważalna.

To z kolei może się podobać ministrowi finansów. Nowelizacja tegorocznego budżetu i zapowiedzi dużych wydatków w 2016 r. pokazują, że finanse publiczne są napięte. W projekcie budżetu zapisano na przyszłoroczną waloryzację świadczeń niepełny miliard złotych. Resort pracy szacował jej koszty, jeśli wskaźnik wyniesie 0,52 proc., na 940 mln zł. Gdyby faktycznie wyniosła 0,4 proc. (jak wyliczyliśmy, przyjmując, że deflacja wyniesie -0,8 proc., podczas gdy płace realnie wzrosną o 4,2 proc.), to budżetowe wydatki wyniosłyby tylko 72 mln zł. A ponieważ przygotowując projekt jednorazowych dodatków, resort założył, że będą kosztowały budżet 1,371 mld zł, czyli nie przekroczą zaplanowanych na ten cel w budżecie 1,4 mld zł, to Paweł Szałamacha może zaoszczędzić na niskiej waloryzacji ok. 900 mln zł.