Na alarm biją już nie tylko dietetycy, lecz także organizacje pozarządowe, lekarze, Instytut Żywności i Żywienia, a nawet Najwyższa Izba Kontroli i sanepid – nasze dzieci niebezpiecznie szybko przybierają na wadze. – Tyją dziesięciokrotnie szybciej niż amerykańskie – ostrzega Fundacja BOŚ, na zlecenie której problem zbadał instytut TNS Polska.
Już dwa lata temu zajęło się nim Centrum Zdrowia Dziecko, które wyliczyło, że 13 proc. najmłodszych obywateli zmaga się z nadwagą. Były jednak regiony, gdzie sytuacja wyglądała dużo gorzej – na Mazowszu problem otyłości w 2010 r. dotyczył 18 proc. chłopców i 14 proc. dziewczynek. Rok później podobne badanie przeprowadziła NIK i oszacowała, że nadwagę w skali całego kraju ma już 18 proc. dzieci. W ciągu 20 lat ich liczba wzrosła trzykrotnie. Eksperci ostrzegają, że jeżeli nasze pociechy nadal będą tak szybko przybierały na wadze, to za 10 lat będą grubsze niż mali Amerykanie chowani na hamburgerach i coli.
– Trudno oczekiwać, że coś się zmieni na lepsze, skoro polskie dzieci mają największy w Europie dostęp do niezdrowej żywności – komentuje Andrzej Pietrucha, prezes zarządu Fundacji BOŚ. Ma to związek z tym, że tylko 43 proc. sklepików szkolnych znajduje się w rękach władz szkoły, pozostałymi 57 proc. zarządzają prywatne osoby. A im bardziej niż na zdrowiu dziecka zależy na zysku. – Jak wynika z naszych badań, tylko w 25 proc. sklepików sprzedawane są kanapki z razowego lub pełnoziarnistego pieczywa, w 16 proc. sałatki, w 33 proc. jogurty, a w 18 proc. warzywa – wylicza Andrzej Pietrucha. Wszystkie zaś serwują batony, słodkie bułki oraz słodzone napoje.