Ponad pół miliona pacjentów chorych na raka więcej niż w analogicznych okresach w poprzednich latach – to jeden z bardziej widocznych efektów pandemii.

To o tyle interesujące, że onkologia była pod ochroną w trakcie trwania COVID-19. Nie ograniczano chorym dostępu do leczenia, na oddziałach nowotworowych nie otwierano covidowych, nie „zabierano” onkologów do pomocy w walce z pandemią, a jednak liczba chorych rośnie. To dowód na to, że system ochrony zdrowia jest systemem naczyń połączonych.

Proszę poczekać

Bo co prawda nie limitowano dostępu do onkologii, ale ograniczono dostęp do specjalistów, lekarzy pierwszego kontaktu oraz badań diagnostycznych i profilaktyki. To oznaczało, że wykrywalność nowotworów spadła, by po jakimś czasie znacząco wzrosnąć. I efekty zaczynamy właśnie teraz dostrzegać. – Przed pandemią moja mama miała problemy z tarczycą. W trakcie jej trwania wykryto u niej guza, który dawał ucisk na klatkę i wyglądało na to, że ma związek z jej dolegliwościami. Miała być hospitalizowana, żeby zrobić dokładne badania. Niestety były one przekładane, raz z powodu obostrzeń, innym razem z powodu choroby mamy. Gdy wreszcie udało się ją zapisać na diagnostykę, okazało się, że to nie guz tarczycy, ale nowotwór płuc, do tego w bardzo zaawansowanym stadium z przerzutami. Zmarła po czterech miesiącach od diagnozy – opowiada Ilona z Warszawy.

Spodziewaliśmy się tego

Profesor Piotr Rutkowski, konsultant ds. onkologii, który pracuje w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie, mówi krótko: niestety tego się spodziewaliśmy. Jeszcze rok temu aż tak tego nie było widać, ale już wtedy onkolodzy mówili, że pojawiają się pacjenci z bardziej zaawansowanym stadium choroby. Teraz po prostu jest ich o wiele więcej. Profesor Adam Maciejczyk, który zarządza największą placówką onkologiczną na Dolnym Śląsku, wskazuje na jeszcze jeden aspekt: wzrosła świadomość pacjentów. Zaczynają się masowo diagnozować. Także dlatego, że w trakcie pandemii dość mocno, chcąc jednak dotrzeć z przekazem, że szpitale onkologiczne działają, wzmocniono akcje edukacyjne i informacyjne. Efekty są takie, że szpitale mają teraz więcej chętnych na badania, niż przewiduje kontrakt z NFZ. Robią je, czekając na dodatkową zapłatę z funduszu. Zwiększają się też kolejki do diagnostyki – rośnie liczba potrzebujących, ale miejsc, w których może być wykonywana, nie przybywa. Ponadto w tym obszarze wąskim gardłem jest czekanie na opisy badań: radiologów brakuje. Zdaniem prof. Maciejczyka w takiej sytuacji być może należałoby się zastanowić, czy nie zrobić ostrzejszych kryteriów dostępu do diagnostyki dla pacjentów nieonkologicznych.

Nie mogę spać

To, że zainteresowanie badaniami jest ogromne, potwierdza Jacek Krajewski, lekarz rodzinny, prezes Porozumienia Zielonogórskiego. Jak mówi, chorzy są coraz baczniejsi, jeśli chodzi o stan zdrowia. Zauważa też jednak i inną prawidłowość – czasem prośby o diagnostykę nie są adekwatne do stanu zdrowia. – Bo oprócz tych pacjentów, co miałem przed pandemią, coraz częściej zdarzają się tacy, którzy odczuwają ogólny niepokój. Mają problemy ze snem – mówi Krajewski.

I faktycznie – pogarszający się stan psychiczny jest kolejnym popandemicznym skutkiem. Liczba świadczeń w I kw. 2023 r. w porównaniu do ostatniego przedpandemicznego roku wzrosła o jedną piątą. To, co jest pozytywne, że ma to miejsce poza szpitalami. U specjalistów czy w ramach pilotażu – czyli leczenia w środowisku jak najbliżej domu; takiej opieki wcześniej nie było. Wzrost zapotrzebowania na leczenie psychiatryczne, jak mówi prof. Piotr Gałecki, konsultant ds. psychiatrii, powinien wiązać się z większymi nakładami. Wyceny nadal nie odzwierciedlają kosztów. A leczenie, pozaszpitalne, wiąże się z wydatkami pacjentów z własnej kieszeni.

Wzrost problemów psychicznych widać także w innych danych – liczba prób samobójczych w całym zeszłym roku była o ponad 21 proc. wyższa niż przed pandemicznym 2019 r. Wyniosła 14 520, czyli o 2,5 tys. Polaków więcej.

Część już zmarła

Czy uda się ten dług zdrowotny odrobić? Eksperci mają wątpliwości – po utrudnionym dostępie do specjalistów dopiero w tym roku dochodzimy do poziomu sprzed pandemii. Jednak nadal wizyt jest mniej. W leczeniu szpitalnym także nawet w 2022 r. nie doszliśmy do stanu sprzed lockdownu.

– Długu zdrowotnego nie da się prosto odrobić – mówi Jerzy Gryglewicz, ekspert Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego w Warszawie, zaznaczając, że istniał jeszcze przed pandemią. Zawsze mieliśmy problem z dostępnością i pełnym zaspokojeniem potrzeb zdrowotnych. Bożena Janicka, prezeska Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia, zwraca uwagę na to, że w przypadku ambulatoryjnej opieki specjalistycznej sytuacja wciąż niewiele się zmieniła. – Są powiaty, w których na wizytę trzeba czekać nie tygodniami, ale miesiącami. Tak jest w przypadku kardiologa, diabetologa czy endokrynologa – zaznacza.

Zaskakujące jest to, że spada liczba osób leczących choroby płuc, z powodu których przyjęto mniej pacjentów w AOS oraz w szpitalnych oddziałach – odpowiednio o ponad 14,6 proc. i 7,9 proc. Czy to dlatego, że jest ich mniej czy że nie mają się gdzie leczyć? Nasi rozmówcy mówią, że jedno i drugie. – Pacjentów jest mniej, bo wzrosła śmiertelność w niektórych obszarach. COVID-19 zmienił ich strukturę. Ci z wielochorobowością często nie przeżywali. Dlatego jest ich dziś mniej i przez to zapotrzebowanie na niektóre świadczenia jest mniejsze – zauważa Bożena Janicka. ©℗

Z których świadczeń korzystamy najczęściej / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe