Reklama
Mamy dziennie na świecie niemal 4 mln przypadków zakażeń. Każdego dnia osiągamy kolejny rekord w porównaniu z poprzednimi falami.
Przewidzieliśmy to już w listopadzie. Jak tylko pojawiły się pierwsze sygnały o nowej mutacji. Wtedy też wydaliśmy ostrzeżenie, że czeka nas najgorsza fala w porównaniu z tymi, z którymi mieliśmy do tej pory styczność. Ostrzegaliśmy, że w styczniu i lutym czeka nas bardzo dużo przypadków. I są.
Jesteśmy też w dużej mierze wyszczepieni.
Chronią nas oczywiście szczepienia, więc jest lepiej, niż gdybyśmy zetknęli się z tą mutacją bez nich. Ale skala rozprzestrzeniania się wirusa jest niespotykana, a szybkość, z jaką się przenosi, jest niebezpieczna.

Reklama
Ile ta fala będzie trwać?
To bardzo trudne pytanie.
Bo wirus jest nieprzewidywalny?
Nie. Nieprzewidywalne są kroki, które podejmą państwa. Mamy dane dotyczące tego, jak wirus się rozprzestrzenia i jak jest groźny, ale nie wiemy, jakie będą reguły w poszczególnych krajach, a to ma wpływ m.in. na szybkość transmisji. Nie wiemy, jak duża będzie to ostatecznie fala. Na pewno jeszcze nie osiągnęliśmy szczytu i nie wiemy, jak będzie wysoki. I kiedy. A trudno planować to na podstawie przebiegu poprzednich fal.
Prognozujecie przebieg pandemii za pomocą modeli matematycznych?
Tak. I w tym tygodniu będziemy mieli kolejne wyniki. Ale jak mówiłem, liczba zmiennych, których nie da się przewidzieć, jest bardzo duża. I nie da się wszystkiego zaprogramować - przede wszystkim polityki wobec wirusa, więc robiąc założenia, zakładamy, że nic się nie zmieni. Najbardziej niebezpieczne jest to, że skala zakażeń przy Omikronie stanowi bardzo duże zagrożenie dla systemów opieki zdrowotnej. Czyli dla pacjentów i to nie tyle z COVID-19, tylko reszty, która będzie miała ograniczony dostęp do służby zdrowia. To jest ten powód, dla którego należy szybko reagować i działać.
Może być gorzej?
Tak. Wszędzie rośnie liczba przypadków, a w niektórych państwach fala dopiero wzbiera.
Ale w Wielkiej Brytanii czy we Francji już jest spadek.
Tak. W Wielkiej Brytanii zaczęło się wcześniej. Ale ona jest poza Unią…
Wirus nie wie, co to brexit.
To fakt, że tam zaczęło się wcześniej i widać powolną stabilizację. Możemy czerpać doświadczenie z tamtejszego przebiegu tej fali. Ale znów - Francja, o której wspominacie - tutaj nie wiadomo, co jest efektem restrykcji, a co jest efektem wycofywania się wirusa. Należy też pamiętać o tym, że różne państwa mają różny poziom zaszczepienia społeczeństwa.
W listopadzie wydaliście pierwsze ostrzeżenie. Macie nowe systemy monitoringu i wychwytywania potencjalnego zagrożenia. Mogliście przewidzieć, że taka mutacja się pojawi?
To są dwie różne sprawy: wykrywanie i przewidywanie. I tak, bardzo szybko wyłapaliśmy, że Omikron już jest. Szybko go zidentyfikowaliśmy jako zagrożenie. Ale nie mamy szansy, by przewidzieć, kiedy pojawi się nowy wariant.
Czyli nie wiecie, kiedy będzie nowy?
Nie.
Mówił pan o różnych politykach wdrażanych przez państwa. Dało się zapobiec rozprzestrzenieniu się wirusa w Europie?
Państwa członkowskie próbowały wprowadzić restrykcje dotyczące podróżowania, żeby właśnie temu zapobiec. Były próby zamykania lotów, badania przyjezdnych, ale było za późno. I zawsze byłoby za późno. Bo wirusa się wykrywa, jak jest już fizycznie w społeczeństwie. I trudno kontrolować jego przemieszczanie się. Jedyne, co można robić, to wprowadzać bardzo ostre restrykcje w tej społeczności, w której został zidentyfikowany.
Tak jak pan mówił: fala nadal trwa. Nie osiągnęliśmy jako Europa szczytu. Polska dopiero zaczyna. Czy można coś jeszcze zrobić?
Zawsze można zrobić coś jeszcze lepiej. Moim zdaniem został popełniony jeden błąd. Uwierzyliśmy, że szczepionki stanowią rozwiązanie problemu.
Jak to? A nie stanowią?
Już tłumaczę. Są niezbędne, ale niewystarczające. Chronią nas przed ciężkim przebiegiem, ale nie stanowią bariery przed przenoszeniem się wirusa, więc błędem jest to, że ludzie szczepiąc się, przestali być ostrożni i uwierzyli, że mogą robić, co chcą. To złudne i niebezpieczne.
Czyli nie szczepionki, ale przekonanie, że stanowią panaceum, okazało się złudne.
Tak. Bo owszem chronią nas przed ciężkim przebiegiem, dzięki temu śmiertelność jest niższa niż przy Delcie czy Alfie. I jest to najlepsze, co mamy, ale nadal - przy takiej szybkości Omikrona - nie można zachowywać się tak, jakby nie było zagrożenia.
Czy pan mówi, że potrzebowaliśmy lockdownu, żeby zapobiec?
Nie wiem, czy lockdownu, bo to jest rozwiązanie tylko czasowe. I trudne do udźwignięcia dla społeczeństwa. A i tak wirus wcześniej czy później się pojawi. Ale jednak nie da się działać bez żadnych obostrzeń. Niewątpliwie było błędem to, że w środku Delty i czwartej fali wszystko było otwarte, odbywały się imprezy masowe, koncerty, mecze. Trzeba było kierować jak największą liczbę osób na telepracę, ograniczać liczbę osób na imprezach masowych i pilnować noszenia maseczek. A tego nie było.
Mówi pan, że to był błąd?
Żaden ekspert od zdrowia publicznego ani naukowiec nie rekomendował takiego działania.
Mówi pan o Polsce?
Nie, o całej Europie. Nie mogę komentować działań poszczególnych państw.
Czy Omikron to ostatni kuzyn SARS-CoV-2, który sprawia nam kłopoty?
Być może Omikron jest ostatni. O końcu pandemii będziemy mogli jednak mówić dopiero, kiedy najbardziej rozpowszechniony stanie się wariant, którego zachowanie będziemy w stanie przewidzieć - np. że będzie powracał w sezonie zimowym. To pozwoli nam lepiej prognozować zarówno liczbę przypadków, jak i hospitalizacji.
Nareszcie jakaś dobra wiadomość.
Jednak nawet wówczas będziemy znajdować się pod stałym zagrożeniem epidemiologicznym. Będziemy bowiem mieli do czynienia nie z jednym, ale dwoma wirusami zdolnymi do wywoływania pandemii - grypą i SARS-CoV-2. Chodzi o to, że gdy tylko skończy się obecna pandemia, to od razu powinniśmy zacząć przygotowywać się do kolejnej.
Kolejnej? Obecna trwa już dwa lata. Omikron, ponowne wprowadzenie obostrzeń - to daje wrażenie, jakbyśmy cofnęli się na pandemicznej planszy o kilkanaście pól.
Niekoniecznie. Oczywiście wirus chce ominąć zapory, jakie mu stawiamy, ale traci również swoją siłę. Jeśli uda dokończyć się szczepienia, a do tego zapewnić preparaty dla mieszkańców innych krajów - to jest nasza droga wyjścia. Wiemy też, jakich błędów nie popełniać w przyszłości. Wszystkie pandemie się kończą. Ta też się skończy.
Omikron uderzył w nas bardzo gwałtownie. Mogliśmy zrobić więcej?
Już na początku grudnia ECDC opublikowało tzw. szybką ocenę ryzyka. Przekazaliśmy wszystkim państwom członkowskim, że najgorsze dopiero przed nimi oraz że powinny w związku z tym powrócić do obostrzeń, nawet tych bardzo restrykcyjnych.
Skoro znów jesteśmy przy obostrzeniach. Co pan myśli na temat paszportów covidowych?
To był świetny pomysł, bo zachęcił ludzi do przyjmowania preparatów przeciw COVID-19, ale nie można ich uznać za panaceum. Powtarzam: szczepienia chronią przed ciężką postacią choroby. Jeśli w tej sytuacji pozwolimy zaszczepionym na szeroki margines swobody, to ignorujemy fakt, że też mogą przenosić koronawirusa.
ECDC dopiero na początku listopada zmieniło zdanie w sprawie dawek przypominających. Nie za późno?
Nie. Nasze rekomendacje wynikały z wiedzy o tym, jak długo trwa odporność zapewniana przez szczepionki. Wiemy, że efekt ochronny trwa kilka miesięcy, a potem traci na sile. Ów spadek objawia się zwiększeniem podatności na infekcję. Ochrona przed ciężką postacią COVID-19 spada znacznie wolniej, ponieważ w mniejszym stopniu jest oparta na przeciwciałach, a bardziej na pamięci komórkowej. Nie chcieliśmy więc, żeby dawki przypominające się „zmarnowały” - tzn. były podawane osobom, które już były chronione przed koronawirusem.
Europejska Agencja Leków, a także Światowa Organizacja Zdrowia niedawno podały w wątpliwość strategię opartą na kolejnych, podawanych co parę miesięcy dawkach przypominających.
Chodzi o to, że kolejne dawki mogą już nie „dokładać” się do efektu ochronnego tak jak wcześniejsze. Może ten optymalny osiągamy już po trzeciej. Firmy farmaceutyczne co prawda pracują nad preparatami wymierzonymi w Omikrona. Prawda jednak jest taka, że zanim zostaną dopuszczone na rynek, Omikron najprawdopodobniej już odpuści. Liczymy więc na to, że kolejny wariant będzie do niego podobny. W pewnym sensie jest to jednak zakład: nie wiadomo, jak będzie wyglądał następny wariant. Dlatego Anthony Fauci (doradca prezydenta USA ds. medycznych - red.) powiedział ostatnio, że potrzebujemy lepszych szczepionek. To znaczy opartych na innych częściach wirusa, które nie zmieniają się aż tak bardzo.
Czyli białko kolca jako cel dla szczepionki odpada. Szukamy dalej.
Przeciw wielu wirusom mamy doskonałe szczepionki, których nigdy nie trzeba było udoskonalać. Skuteczność szczepionek zależy jednak też od patogenów, w które są wycelowane. Wirusy jak grypa czy SARS-CoV-2 to wirusy RNA, co oznacza, że się zmieniają. I dlatego wywołują pandemie.
Moderna ogłosiła niedawno, że pracuje nad preparatem 2 w 1: przeciw grypie i koronawirusowi zarazem.
Szczepienia kojarzone to bardzo dobry pomysł. Mamy wiele takich preparatów, jak chociażby MMR (przeciw odrze, śwince i różyczce - red.).
Podczas całej pandemii co jakiś czas wraca pytanie o szwedzki model, w którym nacisk kładzie się na naturalną odporność.
Taka strategia to nigdy nie jest dobry wybór. Co tak naprawdę oznacza, że dana populacja osiągnie naturalną odporność? Że zachoruje wiele osób, niektóre z nich ciężko. Część umrze. Dlatego raczej powinna nas interesować odporność, jaką taka populacja może osiągnąć za pomocą szczepień. Oczywiście Omikron jest bardzo zakaźny: zachowuje się w sposób, który niejako zmusza wszystkich do nabycia odporności. W pewnym sensie nawet stoimy w obliczu wielkiego eksperymentu, bo skoro zakazi się wielu ludzi, to odpowiednio wysoki będzie też poziom naturalnej odporności. Jak to wpłynie na kolejne fale - nie wiadomo. Może więc być tak, że jest to początek końca.