Reklama

Polski Ład proponuje proste remedium: dosypanie pieniędzy do systemu. Istotne jednak nie jest to, ile przeznaczamy na system opieki zdrowotnej, a to, dlaczego na wizytę czeka się długo, pacjent jest petentem, a nie klientem, wreszcie dlaczego trudno o satysfakcję z pracy w publicznej ochronie zdrowia.

Aby poprawić stan służby zdrowia, trzeba zacząć od właściwej diagnozy. Po pierwsze, diagnoza, jaką stawia Polski Ład, pomija traktowanie całego systemu opieki zdrowotnej jako całości. Jeśli zwiększymy ilość środków na państwową ochronę zdrowia, pośrednio uderzy to w rynek prywatny. Jeszcze bardziej widoczny będzie efekt wypychania – mniej pieniędzy w kieszeniach części obywateli sprawi, że bardziej oszczędnie będą podchodzili do prywatnych wizyt lekarskich. Według OECD wydatki na ochronę zdrowia w systemie w 2019 r. rozkładają się w proporcji 71,8 proc. na wydatki publiczne i 28,2 proc. na prywatne. Po drugie, mamy w Polsce doskonale wykształconych lekarzy i pielęgniarki, dysponujemy dobrym, często bardzo nowoczesnym sprzętem. Pomimo to nasz system opieki zdrowotnej jest w zapaści: personelu medycznego jest za mało (2,5 lekarza na 1000 mieszkańców), a średnia wieku pielęgniarek jest zbyt wysoka (53 lata). Dzieje się tak dlatego, że funkcjonuje przekonanie, iż służba zdrowia jest niczym służba wojskowa – powołaniem, a nie zwyczajnymi usługami. Pracownicy publicznej ochrony zdrowia funkcjonują więc w większości w nieatrakcyjnej, niekonkurencyjnej i nierynkowej rzeczywistości.
Po trzecie, system poboru pieniędzy na opiekę zdrowotną w postaci składki jest na chwilę obecną niefunkcjonalny, a zmiany, które ma wprowadzać Polski Ład, tylko pogłębią jego niefunkcjonalność. Ustalenie składki zdrowotnej dla firm jako procenta od dochodu, niezależnie od jego wysokości, sprawi, że podatek liniowy (19 proc.) stanie się fikcją. Dofinansowanie NFZ ze środków pochodzących z podniesienia obciążeń podatkowo-składkowych poniesionych przez przedsiębiorców spowoduje podniesienie cen sprzedawanych towarów lub usług co najmniej o wysokość straty wywołanej podatkiem, co może wzbudzić procesy inflacyjne.
Funkcjonująca obecnie składka zdrowotna uzależniona od dochodu w przypadku etatowców czy osób pracujących w oparciu o umowę-zlecenie jest równie złym rozwiązaniem. Dlaczego? NFZ jest w istocie państwowym ubezpieczycielem, a składka jest „ubezpieczeniem”, a nie podatkiem. Ubezpieczenie to jest przymusowe i oderwane od rzeczywistości rynkowej. Podwyższenie składki zdrowotnej czy wprowadzenie systemu poboru dla firm jako procenta od dochodu nie rozwiąże fundamentalnego problemu niedopasowania ilości pieniędzy na lecznictwo z faktycznym zapotrzebowaniem na świadczenia. Oczekiwana reforma musi oznaczać, że pobierana składka powinna przybrać postać kwotową. Podobnie, jak nie płacimy za bilety w transporcie procentem od dochodów, tylko w zależności od długości trasy, klasy przewozu czy szybkości transportu, tak składka powinna przybrać formę wykalkulowanego ubezpieczenia (zróżnicowanego w zależności od grup wiekowych, zakresu ubezpieczenia, co się wiąże z różnymi wydatkami na świadczenia zdrowotne, w tym gwarantowaniem przez państwo pakietów dla części grup).
System poboru składki zdrowotnej mógłby zostać przekształcony w ubezpieczenie zdrowotne, które niczym ubezpieczenie dóbr posiadanych (zdrowie też jest dobrem) powinno podlegać prawom rynku na każdym szczeblu usług medycznych. Zmaterializuje się wtedy rynkowa kalkulacja ryzyka (osoby uprawiające sporty ekstremalne będą ponosić wyższe koszty), a także promowanie zdrowego trybu życia (wyższe koszty będą ponosić osoby palące papierosy). To niepopularne zdanie, ale odejście od przekonania – będącego instytucją nieformalną – że ochrona zdrowia nie może być nastawiona na zysk jest krokiem w kierunku jej naprawy – pozytywnym przykładem sukcesu prywatnych usług są medycyna estetyczna, rehabilitacja czy stomatologia.
Reformując system opieki zdrowotnej, należy wziąć pod uwagę, że pieniędzy publicznych nigdy nie starczy na wszystkie darmowe świadczenia. Trzeba ustalić priorytety i zadbać o zmniejszenie marnotrawstwa, zgodnie z ekonomicznymi prawami Gossena. Podzielić świadczenia zdrowotne na te w pełni refundowane dla każdego Polaka (ciężkie, nagłe, ratujące życie czy onkologiczne); średnie – współfinansowane, ze zdecydowaną refundacją, oraz podstawowe, umiarkowanie refundowane, szeroko dostępne na rynku prywatnym. To sprawi, że świadczeniodawcy zaczną konkurować między sobą o pacjentów. Ceny usług w NFZ powinny być jawne i podawane do wiadomości pacjenta za każdym razem przy wizytach czy leczeniu, nawet jeżeli całość pokrywa z „ubezpieczenia” państwo. W tej chwili kultywujemy naiwne przekonanie, że leczenie jest albo „za darmo”, ale z kolejkami (lub korupcją pozwalającą je ominąć), albo „prywatnie” za pieniądze, podczas gdy często jest to gdzieś pomiędzy jednym i drugim. W istocie wyceny usług czy pracy w NFZ są w większości fikcją, tak jak obecna wycena składki pobieranej w różny sposób od różnych grup społecznych, jak i fikcją jest obecnie dyskutowana wycena, ile trzeba dosypać pieniędzy – rządowi biurokraci wywróżą z fusów niezbędne liczby. Rozwiązania dotyczące ochrony zdrowia w Polskim Ładzie nie tylko nie rozwiązują problemów systemowych, ale wręcz je pogłębiają oraz utrwalają obecny system, w którym każdy – pacjent czy pracownik systemu – widzi marnotrawstwo publicznych środków.
Dr Sergiusz Prokurat, Instytut Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk