W ciągu prawie dwóch miesięcy, od 7 czerwca przeciw COVID-19 zaszczepiło się niewiele ponad pół miliona nastolatków, czyli mniej więcej jedna czwarta dzieci w grupie 12–17 lat.
To najmniejszy odsetek ze wszystkich kategorii wiekowych. Dla porównania w grupie 18–30 lat wskaźnik ten wynosi 39,2 proc.; 31–40 – 42,4 proc.; 41–50 – 52,8 proc.; 51–60 – 60,2 proc.; 61–70 – 71,5 proc. Najwyższy odsetek zaszczepionych jest w grupie 71–75 lat, gdzie preparat przyjęło 74 proc. populacji. Wśród osób starszych – 76 i więcej lat – wartość wskaźnika spada do 65,2 proc. (wyliczenia Michała Rogalskiego).
Na tle innych krajów polskie nastolatki wypadają nieźle, chociaż należy wziąć pod uwagę różnice regulacyjne oraz w sposobie gromadzenia statystyk. Dla przykładu w USA po pierwszej dawce jest 37,4 proc. osób w wieku 12–15 lat oraz 48,4 proc. w wieku 16–17 lat – z tym że preparat Pfizera od początku był tam podawany młodzieży od 16. roku życia, a grupie 12+ od początku maja.
Reklama
We Włoszech po pierwszej dawce jest 29,6 proc. młodzieży w wieku 12–19 lat. W Izraelu wskaźnik ten wynosi 41,4 proc. W Hiszpanii, gdzie szczepienia nastolatków zaczęły się wyjątkowo późno, po pierwszej dawce jest 8,2 proc. młodzieży. Czechy idą łeb w łeb z Polską – po pierwszej dawce jest tam ok. 25 proc. Zarówno Niemcy, jak i Wielka Brytania podają preparaty przeciw COVID-19 wyłącznie nastolatkom narażonym na ciężki przebieg choroby.
W Polsce, zdaniem ekspertów, wyszczepienie może wzrosnąć. Od września akcja szczepień ma być prowadzona w szkołach. Zgodnie z jednym z pomysłów rodzice na początku roku szkolnego wyrażaliby zgodę, dzięki czemu dziecko mogłoby później otrzymać preparat w swojej placówce. To byłoby ułatwienie, ale rząd rozważa także działania w drugą stronę, utrudniające życie nieszczepionym – np. wprowadzenie regularnych testów, również dla uczniów, którzy nie mają ochrony przeciw COVID-19.

Reklama
Kolejnym krokiem w walce z pandemią mają być szczepienia najmłodszych. Trwają już badania nad grupą 5–11 lat. W przyszłym tygodniu zaś ruszają badania kliniczne preparatu firmy Pfizer jeszcze młodszych dzieci – poniżej piątego roku życia. Udział w nich wezmą także maluchy z Polski (oprócz tego z Finlandii, USA i Hiszpanii). Będzie to tzw. druga faza badań, do której producenci przechodzą po pozytywnych wynikach pierwszej, sprawdzającej, czy preparat nie jest szkodliwy (wzięło w niej udział 144 dzieci w USA).
W sumie obejmie ona 4,5 tys. dzieci. Część otrzymuje placebo, reszta prawdziwie szczepienie. Pierwsze wyniki spodziewane są między wrześniem a listopadem.
Zainteresowanie badaniami wśród rodziców jest duże. Do prowadzących je ośrodków w Warszawie na 20 miejsc zgłosiło się 400 osób. Jak opowiada rodzic, którego córka bierze udział w badaniu, polega ono na prowadzeniu dzienniczka, w którym odnotowuje się objawy po przyjęciu szczepienia – gorączkę, kaszel czy zmęczenie. – Myślę, że córka dostała placebo, bo nie ma żadnych efektów ubocznych – mówi nasz rozmówca.
Wykonywane są także badania krwi m.in. na poziom przeciwciał.
Lekarze, którzy prowadzą badania, nie chcą wypowiadać się pod nazwiskiem ze względu na hejt, którego – jak mówią – doświadczają na co dzień, od kiedy zaczęły się szczepienia nieletnich oraz badania kliniczne prowadzone z udziałem najmłodszych. Stowarzyszenie STOP-NOP (największa organizacja zrzeszająca antyszczepionkowców) organizuje akcję pod hasłem „Chrońmy dzieci”, urządzając pikiety pod placówkami, które biorą udział w badaniach klinicznych.
– Pod naszym ośrodkiem stoją transparenty z hasłami w stylu „doktor Mengele”. Dostajemy groźby – mówi jedna z lekarek. Podkreśla, że badania są w pełni dobrowolne, zgodnie z międzynarodowymi standardami. Zgodę na ich rozpoczęcie wydał Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych. Lekarka dodaje, że ataki antyszczepionkowców nie wywołały fali odmów wzięcia udziału w badaniu.
Włączenie najmłodszych do programu ochrony przeciw COVID-19 budzi kontrowersje głównie dlatego, że dzieci chorobę przechodzą raczej łagodnie. Przyjęcie szczepionki ma więc nie tyle chronić maluchy, ile wzmocnić odporność zbiorową.
Jak podkreślają eksperci, od każdej reguły są jednak wyjątki. Także najmłodsi są narażeni na efekty uboczne choroby, które pojawiają się dopiero po dłuższym czasie, m.in neurologiczne czy kardiologiczne. Opinie ekspertów są jednak podzielone; część lekarzy uważa, że program szczepień powinien skupić się na najstarszych, dla których choroba stanowi duże zagrożenie. Do tego dochodzą argumenty bardziej globalne – niektórzy uważają szczepienie dzieci w krajach zamożnych przed dorosłymi w krajach niezamożnych za porażkę moralną.
Eksperci Europejskiego Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób – agencji odpowiedzialnej za monitorowanie sytuacji epidemiologicznej w państwach Starego Kontynentu – zwracają jednak uwagę, że kwestia wyszczepienia dzieci nabierze znaczenia podczas IV fali, w której na pewno będzie dominował wariant Delta – znacznie łatwiej przeskakujący z człowieka na człowieka niż „oryginalny” SARS-CoV-2 i stanowiący w związku z tym większe zagrożenie również dla dzieci. O ile dotychczas rola najmłodszych w roznoszeniu wirusa była dyskusyjna, o tyle w nowych warunkach bez szczepień mogą okazać się głównymi transmiterami.
Do tej pory nastolatki nie miały wyboru – musiały się szczepić preparatem Pfizera, jedynym dopuszczonym dla tej grupy wiekowej. 23 lipca Europejska Agencja Leków zatwierdziła dla grupy 12–17-latków kolejny, produkowany przez Modernę. Obydwa w badaniach klinicznych z udziałem młodzieży zapewniały 100 proc. ochronę przed COVID-19.

Dwa razy więcej zmarnowanych dawek

Z dnia na dzień ponad dwukrotnie wzrosła liczba zutylizowanych szczepionek odnotowanych w rządowych statystykach. Do wtorku 27 lipca w rubryce wykazującej zmarnowane preparaty było wpisane ok. 70 tys. To liczba wyliczona od samego początku szczepień – czyli od stycznia 2021 r. Wczoraj zwiększyła się do niemal 162 tys. Powód? Jedną z przyczyn jest to, że dane nie zawsze są uzupełniane na bieżąco. Drugą – spadające zainteresowanie szczepieniami. Część szczepionek mogła ulec utylizacji z powodu awarii prądu w trakcie burz.
– Nadwyżki są wyrzucane. Nie da się nawet zwrócić do Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, jeżeli okres ważności jest krótszy niż dwa tygodnie – mówi jeden z kierowników punktów szczepień. Zaburzenia powoduje również brak przewidywalności w zgłaszaniu się chętnych na szczepienia. Zdarza się, że jednego dnia preparat jest wyrzucany, a następnego brakuje go, bo zgłasza się więcej osób.
RARS już jakiś czas temu przyznawała, że taki problem się pojawi. Na dniach ma ruszyć sprzedaż za granicę, żeby uniknąć takich sytuacji. Przygotowanych jest ok. 4 mln preparatów, głównie na Ukrainę, ale także do państw bałkańskich (np. Czarnogóra) czy Gruzji.
Klara Klinger, Grzegorz Osiecki
Od prawie dwóch miesięcy w Polsce przeciw COVID-19 szczepi się młodzież w wieku 12–17 lat. Rękaw podwinęła już jedna czwarta tej grupy – wynik podobny jak w Czechach, chociaż nieco gorszy niż w USA – tam jednak nastolatki otrzymują preparaty nieco dłużej niż nad Wisłą.
Według rządu odsetek zaszczepionej młodzieży wkrótce będzie jeszcze większy, bo we wrześniu może ruszyć podawanie preparatów w szkołach. Choć jednocześnie obecna liczba i tak może być napędzana przez wyjazdy zagraniczne, które wymagają zaświadczenia o szczepieniu. W przyszłym tygodniu w Polsce (i nie tylko) ruszają badania szczepionek z udziałem dzieci do piątego roku życia. Poprowadzi je kilka placówek w całym kraju. Stan dzieci po podaniu preparatu będzie ściśle monitorowany.