Na początku września Ministerstwo Zdrowia ogłosiło nową strategię w walce z koronawirusem. Główny ciężar walki miał zostać przesunięty na lekarzy POZ – mieli badać pacjentów, u których nie wystąpiła poprawa, zlecać badania na SARS-CoV-2 oraz odciążyć sanepidy w kierowaniu pacjentów na izolację i zwalnianiu ich z niej. Jednak ostatecznie znaczną cześć obowiązków POZ i sanepidów przerzucono na barki specjalistów chorób zakaźnych, z którymi nic nie konsultowano.

Przeciwko takiemu kształtowi strategii protestowało Porozumienie Zielonogórskie, które uważało, że sparaliżuje ona prace przychodni. W apelu do Ministerstwa Zdrowia przedstawiciele Porozumienia pisali, że jeśli resort przerzuci ciężar opieki nad pacjentami zakażonymi koronawirusem na podstawową opiekę zdrowotną, dojdzie do załamania systemu, przychodnie POZ staną się wylęgarnią COVID-19, a starsi pracownicy odejdą z pracy.

W efekcie rozmów z lekarzami rodzinnymi ministerstwo zmodyfikowało strategię. W najbardziej oczywistych sytuacjach lekarze POZ będą mogli zlecać testy na COVID-19 na etapie teleporad, bez osobistego badania.

Strategia zakłada również odejście od koncepcji szpitali jednoimiennych i utworzenie trzech poziomów zabezpieczenia szpitalnego. Poziom I ma dotyczyć wszystkich, tj. ponad 600, placówek znajdujących się w sieci szpitali (PSZ). Mają tam być miejsca (izolatki) umożliwiające przyjęcie pacjenta z podejrzeniem COVID-19 i pozostawienie go do czasu otrzymania wyniku badania.

Reklama

Poziom II obejmie zabezpieczenie miejsc leczenia pacjentów z COVID-19 w oddziałach zakaźnych i obserwacyjno-zakaźnych ponad 80 szpitali.

Na poziom III będzie się składać dziewięć szpitali wielospecjalistycznych dla pacjentów z COVID-19 – we Wrocławiu, Grudziądzu, Puławach, Krakowie, Warszawie, Kędzierzynie-Koźlu, Białymstoku, Tychach i w Poznaniu. Będą w nich leczeni nie tylko pacjenci zakażeni koronawirusem.

Reklama

Kilka dni po wejściu strategii w życie lekarze zakaźnicy alarmują, że system przestaje być wydolny, oddziały są przepełnione, izolatki to fikcja, zaczyna brakować leków, a testy za 120 mln zł nie dają wiarygodnych wyników.

- W ostatnich dniach Ministerstwo Zdrowia popełniło szereg błędów, które doprowadziły do sytuacji, w której dzisiaj, gdyby nie wysiłek i dobra wola moich współpracowników, mógłbym z powodu braku miejsc zamknąć Izbę Przyjęć w kierowanej przeze mnie Klinice – mówi prof. Robert Flisiak, Prezes Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych. Profesor kieruje Kliniką Chorób Zakaźnych i Hepatologii w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku, w którym – jak mówi – sytuacja epidemiczna była dotychczas jedną z lepszych w kraju: stosunkowo mało zakażeń i mała liczba mieszkańców. Mimo tego, gdyby nie podjęcie decyzji o przeniesieniu niektórych pacjentów do innych oddziałów, według zaleceń ministerstwa dzisiaj należałoby wstrzymać jakiekolwiek przyjęcia chorych. Obawia się jednak, że realizacja tego scenariusza to kwestia kilku dni. Jak do tego doszło? Zdaniem prof. Flisiaka jest to efekt zmodyfikowania pierwszej wersji strategii walki z koronawirusem i odejścia od dobrze znanej ścieżki postępowania ze wszystkimi innymi zakażeniami dróg oddechowych.

W tej chwili każdy zakażony pacjent – czy to posiadający ciężkie objawy zakażenia, lekkie czy nawet bezobjawowy (co teoretycznie jest niedopuszczalne, ale w praktyce możliwe) – jest kierowany przez lekarzy POZ do szpitala zakaźnego. W rezultacie dzisiaj do szpitali w całej Polsce mogło trafić ponad 1500 osób. Nie trafiło tylko dlatego, że wielu lekarzy POZ nie zastosowało się do tych zaleceń. Jednak jutro będą to setki. I, jak podkreśla prof. Flisiak, nie jest to efekt rozporządzenia czy jakiegokolwiek innego oficjalnego aktu prawnego. Takie „zalecenie” zostało zamieszczone w formie rysunkowej na stronie internetowej ministerstwa i jest traktowane z powagą równą rozporządzeniom.

– Lawina pacjentów, którzy nie powinni w ogóle trafić do szpitala, znalazła się na izbach przyjęć. Ci pacjenci powinni być załatwieni na wcześniejszym etapie. Trzeba pamiętać, że lekarze POZ od początku istnienia systemu mieli pełnić rolę „sita” zatrzymującego większość chorych. W przypadku strategii walki z COVID-19 to „sito” jest bardzo dziurawe. Trzeba też pamiętać, że choć mamy w Polsce kilkadziesiąt oddziałów zakaźnych, to raptem kilkanaście jest samodzielnych, czyli takich, w których 24-godzinną opiekę pacjentom są w stanie zapewnić specjaliści chorób zakaźnych. W pozostałych przypadkach, w zakresie dyżurów oddziały zakaźne korzystają z pomocy lekarzy innych specjalności – tłumaczy prof. Flisiak. Tu dochodzimy do kolejnego problemu. Dane Izb Lekarskich, na których opiera się Ministerstwo Zdrowia, pokazują, że w Polsce jest kilkuset lekarzy specjalizujących się w leczeniu chorób zakaźnych. Są one jednak niedoskonałe, ponieważ do czynnych lekarzy zaliczają również tych, którzy są na emeryturze, ale dalej są gdzieś zatrudnieni, np. na pół etatu, a także tych, którzy pomimo posiadanych uprawnień pracują poza jednostkami chorób zakaźnych. Rzeczywista liczba lekarzy zakaźników waha się, jak wskazuje prof. Flisiak, między 300 a 400. – Jeśli sytuacja się nie zmieni i minister zdrowia nie wycofa się z podjętych w ostatnich dniach decyzji, to część z nich jest zdecydowana porzucić tę specjalizację – alarmuje mój rozmówca.

W myśl strategii ministerstwa, tych 300-400 specjalistów chorób zakaźnych jest obecnie odpowiedzialnych również za nakładanie na osoby odsyłane do domu „nakazu izolacji”. – Do tej pory procedura ta była domeną całej sieci sanepidowskiej. Zgodnie ze strategią jesienną, ma się tym zajmować lekarz dyżurny, który ma na głowie cały oddział chorych i izbę przyjęć. Oczywistym jest, że sobie z tym nie poradzimy, skoro cała machina sanepidu była w tym zakresie niewydolna – mówi prof. Flisiak.

Jak mówi prof. Flisiak, od samego początku epidemii w Polsce ciągnie się mit powielany przez Ministerstwo Zdrowia dotyczący tysięcy przygotowanych i wolnych łóżek w oddziałach zakaźnych. Dlaczego jest to mit? – Podaje się tysiące miejsc w szpitalach zakaźnych zapominając, że ci pacjenci wymagają izolacji. Na przykład nie wszyscy, którzy do nas trafiają, mają już wynik, nie możemy więc położyć ich na sali razem z innymi zakażonymi. Zakażonych koronawirusem nie możemy też kłaść z innymi chorymi np. zakażonymi HIV czy z zapaleniami opon mózgowo-rdzeniowych. W efekcie pacjent, który dziś trafia na mój oddział, do czasu wyjaśnienia jego choroby zajmuje de facto trzy miejsca, ponieważ muszę go odizolować od innych chorych. Co więcej, w przypadku oddziałów chorób zakaźnych nie można w magiczny sposób rozmnożyć miejsc poprzez dostawki na korytarzach lub zagęszczenie sal – opowiada prof. Flisiak.

Problemem stała się również likwidacja szpitali jednoimiennych. Ich powstanie służyło skoncentrowaniu sprzętu, którego brakowało. Obecnie, kiedy jest on dostępny, takie szpitale nie są konieczne, więc ich likwidacja mogłaby się sprawdzić, gdyby zapisy dotyczące „buforowych łóżek” w szpitalach poziomu I były egzekwowane. – Teoretycznie wszystkie szpitale muszą mieć łóżka izolacyjne. Większość szpitali je zadeklarowała w minimalnej wymaganej ilości, ale często nawet to jest fikcją, ponieważ nie spełniają one standardów izolacji. Szpitale nie chcą ich spełniać, ponieważ jest to kosztowne, ale jednocześnie nikt nie weryfikuje deklaracji szpitali – mówi prof. Flisiak.

To, co bulwersuje lekarzy w ostatnich dniach, to rozesłanie do szpitali testów antygenowych zakupionych na początku pandemii, gdy uczono się dopiero metod diagnostycznych. Nic więc dziwnego, że testy z tamtej „epoki” cechują się – jak tłumaczy prof. Flisiak – niską czułością i niską swoistością. Efekt? Pacjenci z fałszywie dodatnimi wynikami zamiast być leczeni na właściwe choroby, trafiają w ciężkim stanie na oddział zakaźny, a fałszywie ujemni – na niezabezpieczone oddziały internistyczne czy chirurgiczne, stanowiąc źródło zakażenia i powstania ognisk epidemicznych. – Szpitale, znowu na mocy „prawa powielaczowego”, pismem jednego z wiceministrów zostały zmuszone do stosowania na SOR-ach właśnie tych testów. Jakiś czas po ich zakupie sprawdzano ich wartość w kilku szpitalach i nawet został powołany zespół, który miał ocenić ich skuteczność. Jego prace nie zakończyły się żadnym raportem, ponieważ musiałby on zawierać stwierdzenia jednoznacznie dyskwalifikujące ich wartość diagnostyczną, a to oznaczałoby, że ponad 120 mln złotych zostało wyrzuconych w błoto – komentuje prof. Flisiak. I dodaje, że obecnie wszystkie opiniotwórcze instytucje międzynarodowe i krajowe, które zajmują się walką z koronawirusem, jako jedyny wiarygodny uznają test PCR, którym należy potwierdzać wszystkie wyniki badań wykonanych testem antygenowym. Zdaniem mojego rozmówcy te 120 mln złotych mogłoby wystarczyć na zabezpieczenie dostępu do jedynego zarejestrowanego w UE leku przeciwwirusowego, który pozwala na skuteczne leczenie chorych na Covid-19. Dostępność leku darowanego nieodpłatnie przez producenta już się kończy, a lekarze szacują, że w wielu ośrodkach może go zabraknąć już za 2-3 tygodnie. Kiedy można spodziewać się dostawy? Prof. Flisiak: Ministerstwo nie umie nam udzielić konkretnej odpowiedzi.

Prośbę o odniesienie do powyższych zarzutów skierowaliśmy do Ministerstwa Zdrowia. Odpowiedzi opublikujemy niezwłocznie po ich otrzymaniu