Resort zdrowia chce lekarzom zrekompensować finansowe straty, gdy zostaną zmuszeni do pracy w jednym miejscu.
Do dyrekcji jednego z mazowieckich szpitali przyszli lekarze z oddziału ratunkowego i poprosili o podwyżki za pracę w niebezpiecznych warunkach. Dostali dodatkowe tysiąc złotych. To nie tylko dobre serce kierownictwa. To wynik obawy, że bez dodatku część kadry pójdzie na zwolnienia.
– Już teraz kilkadziesiąt procent zostało w domu – mówi DGP dyrektor placówki. W ten sposób chcą zmotywować pracowników do pozostania na placu boju. A już niebawem mogą nie mieć innego wyjścia – resort chce zmusić personel medyczny do pracy w jednym miejscu. Każdemu dyrektorowi będzie więc zależeć na tym, by lekarz czy pielęgniarka to właśnie jego placówkę wskazali jako swoje główne miejsce pracy.
Reklama
W Małopolsce dyrekcja szpitala, który ma kilka oddziałów wydzielonych dla pacjentów z COVID-19 lub z podejrzeniem, dała 30 proc. podwyżki wszystkim pracownikom medycznym. Jak tłumaczy, w ten sposób chciała ich przekonać, żeby nie korzystali z prawa do opieki nad dzieckiem.
Każdy szpital działa na własną rękę, ogólnych wytycznych nie ma. Gdyby trzymać się ściśle przepisów, lekarze mogliby dostawać niższe pensje niż w czasach pokoju. Pracownik etatowy na chorobowym lub na kwarantannie otrzymuje 80 proc. wynagrodzenia. Ale ile płacić lekarzom, którzy nie są na etacie, tylko pracują na kontraktach (takich jest większość)? Często wynagrodzenie lekarza uzależnione jest od liczby godzin czy zabiegów, które wykona. – Postanowiliśmy, że płacimy wszystkim ryczałtowo, też 80 proc. pensji, którą wyliczyliśmy na podstawie zarobków z zeszłego roku – mówi jeden z dyrektorów. A dodatkowo lekarze, niezależnie od formy zatrudnienia, u których wykryto COVID-19, dostają 100 proc. pensji.

Reklama
Jednak każda placówka ma inną politykę i możliwości finansowe. Potwierdzają to relacje lekarzy. Niektórzy mówią, że kiedy wprowadzono pracę rotacyjną (przez tydzień pracuje część zespołu, a w kolejny – druga), proszono ich, żeby ci, którzy akurat nie dyżurują, wykorzystali zaległe urlopy albo dostaną 60 proc. pensji. Ale już kwestia postojowego, czyli płacenia za pobyt w domu, budzi kontrowersje. Tym bardziej że przyjmowane są bardzo różne rozwiązania, a sytuacja poszczególnych grup jest odmienna. Na przykład w wypadku rezydentów, których wynagrodzenie finansowane jest z budżetu resortu zdrowia, płace nie są obniżane.
Problemów jest więcej – chociażby to, że w szpitalach spadła liczba planowych zabiegów. – U nas spadła również liczba porodów. Mamy oddział, na którym są dzieci z koronawirusem, ciężarne boją się przychodzić do naszego szpitala – mówi jeden z dyrektorów.
Teoretycznie NFZ płaci szpitalom tyle samo – czy wykonują zabiegi, czy nie, ale tylko pod warunkiem, że szpital do końca roku nadgoni obecny przestój. Daje więc swego rodzaju zaliczkę, żeby placówki nie traciły płynności. Czy również dawać taką zaliczkę lekarzom, którzy teraz mniej pracują? – Tylko potem pod koniec roku, jak będą musieli pracować w nadgodzinach, żeby wyrównać obecny przestój, to jaką mamy gwarancję, że nie zażądają wyższych pensji – zastanawia się szef jednej z łódzkich placówek.
Katarzyna Fortak-Karasińska, radca prawny, partner kancelarii Fortak & Karasiński, zwraca uwagę, że przepisy nie precyzują, jaki sposób postępowania należy w tej sytuacji przyjąć. – Te lecznice, które nie mają pieniędzy sieciowych, tylko otrzymują środki za wykonanie konkretnych świadczeń, są teraz w trudnej sytuacji, bo większość planowych zabiegów, wizyt i badań została wstrzymana. Na podstawie zmian wprowadzonych przez resort zdrowia mają teraz dostawać 1/12 przewidzianych środków. Będą jednak potem rozliczone przez NFZ, niestety na razie nikt nie wie, na jakich zasadach. Pojawia się więc problem z wynagrodzeniami dla lekarzy zatrudnionych na kontraktach. Oni bowiem też często wynagradzani są za wykonanie świadczeń – wskazuje.
Jak dodaje, kierownicy placówek chcieliby im za ten okres zapłacić i podejmują pewne ryzyko, bo nie wiadomo, jak fundusz do tego podjedzie przy rozliczeniu. – Ten dyrektor, który chce płacić, powinien właściwie sporządzić aneks, na mocy którego ustala np., że wypłaca teraz zaliczkę, ale niewykluczone, że trzeba to będzie odrobić, bo tego może się potem domagać NFZ. W końcu świadczeń z umowy nie wykonano. Dziś to dylemat szefów, tym bardziej że lekarze słusznie twierdzą, że nie wykonali świadczeń, nie dlatego że nie chcieli, ale ze względu na niezależne od nich okoliczności – podkreśla prawniczka. I przyznaje, że wśród placówek, którym doradza jej kancelaria, nie ma jednolitej wykładni – dyrektorzy przyjmują różne strategie.
Sprawa niedługo jeszcze bardziej się skomplikuje, bowiem resort zdrowia planuje wprowadzić nakaz pracy w jednym miejscu. Do wydania takiego rozporządzenia, dotyczącego pracowników narażonych na kontakt z koronawirusem (czyli obecnie niemal wszystkich), upoważnia ministra specustawa zdrowotna. Powód jest prosty – praca w kilku placówkach powoduje, że lekarze mogą przenosić wirusa z miejsca w miejsce. Dyrektorzy szpitali, którym i tak brakuje rąk do pracy, obawiają się, że znów trzeba będzie podnieść pensje, by zachęcić personel do pozostania Również lekarze obawiają się konsekwencji finansowych tej zmiany.
Dlatego ministerstwo chce im to – przynajmniej częściowo – zrekompensować finansowo. Jak się dowiedzieliśmy, w przypadku lekarzy limitem do wyrównania może być ustawowe minimum 6750 zł – przysługujące specjalistom, którzy podpisali lojalki, czyli zobowiązania do nieudzielania tożsamych świadczeń gdzie indziej. Także w przypadku odgórnego narzucenia im pracy w jednym miejscu w czasie epidemii ich zarobki nie będą mogły być niższe od tej kwoty. Nie wiadomo jeszcze, jakie kryteria będą obowiązywały w przypadku innych zawodów medycznych, ograniczenia bowiem nie będą dotyczyć tylko lekarzy. Szczegóły mają być znane jeszcze w tym tygodniu.